19 kwi 2018

Rites Of Thy Degringolade 'The Blade Philospophical'


CD / Winyl '18
Album
Nuclear War Now!

Lista utworów:
1.Above the Highest
2.The Blade Philosophical
3.The Universe in Three Parts
4.Totalities Kompletion
5.I Am the Way, the Truth and the Knife
6.The Final Laceration

Czwarty album Kanadyjskiej brygady śmierci ukazał się na srebrnym krążku na początku lutego tego roku. Miesiąc później ukazała się wersja winylowa. Dobrze widzieć powrót tej hordy, bo po zawieszeniu broni w 2006 roku, zespół zdecydował się na powrót w 2015 roku. Rok później zostaje wydane demo 'The Universe in Three Parts'. Horda na tym nie przestaje i idzie za ciosem wydając kompilacyjny winyl 'Arch Spatial'. Zostają na nim zawarte wczesne nagrania z dema 'Rites of Thy Degringolade' oraz siedmiocalówki 'Totality's Kommand' plus jeden niepublikowany dotąd utwór od którego wzięła się nazwa wydawnictwa 'Arch Spatial' - ten z kolei pochodzi z sesji nagraniowej z okresu drugiego albumu 'Totality'. Czas zatem wbić owe 'Filozoficzne Ostrze' w nasze ciała i zająć się odsłuchem tego morderczego dzieła.


Paulus Kressman, który pierwsze demo i debiut nagrywał w pojedynkę ma w sobie masę zaparcia i pasji do tworzenia hybrydy Black / Death Metalowej. Podczas gdy początkowe jego aranżacje można uznać za dość proste, 'The Blade Philosophical' to kawał solidnej muzyki. To zupełnie inne oblicze twórcze. Otrzymujemy rozbudowane aranżacje, w których pojawiają się na równi blastujące partie wraz z hipnotycznymi, a ponad wszystkim króluje tutaj chora atmosfera. Te fragmenty utworów, gdy RITES OF THY DERINGOLADE wkracza w ultra szybką prędkość są sprawnie kontrastowane przez ciężkie zwolnienia. Właśnie w tych zwolnieniach słychać najwięcej z Death Metalowego oblicza Kanadyjczyków. Powolne walce, które po czasie przechodzą w swego rodzaju dysonanse melodyczne. Tyle, że to cholera świetnie pasuje. Ta pozorna i transowa kakofonia wwierca się w umysł, jak jakaś niedorzeczna myśl; pomysł, który przeraża a jednocześnie fascynuje. Można odnaleźć w tej muzyce psychozę, napięcie porównywalne do Deathspell Omega. Zawiłości kompozycyjne to jedno z oblicz dzisiejszego RITES OF THY DERINGOLADE. Drugim można bez wątpienia wskazać dojrzałość kompozycyjną. Nie mam tu na myśli, że jest to zimno wykalkulowana muzyka - że wraz z kolejnym poziomem umiejętności pisania utworów, zespół wyzbył się pasji i autentyzmu. Absolutnie nie! Jednakże, sposób konstruowania utworów sięgnął wyżyn. Pomimo wspomnianego faktu, że mamy tu bardzo dojrzały i rozbudowany materiał, nie możemy mówić o przekombinowaniu. Nie jest to też album, który po jednym przesłuchaniu sprawi, że z czystym sumieniem stwierdzimy o pełnym jego zrozumieniu. Wydaje mi się, że tytuł 'The Blade Philospophical' jest bardzo adekwatny i tak jak w przypadku filozofii, tak i tutaj jest nad czym spędzać godziny kontemplując dźwięki tej abominacji Black / Death Metalowej. Intensywna praca perkusji, wplecione sola gitarowe, riffy rozwalające zarówno techniką oraz prostotą. Na koniec wokale. Przepełnione furią, przechodzące momentami w szepty i czyste a'la deklamacje. Czy potrzeba czegoś więcej?


Takie powroty to ja rozumiem. Kanadyjczycy nie postawili na łatwość kompozycji, na plastikową papkę, któraby się łatwo sprzedała wśród gołowąsów. Mikstura Black / Death Metalu spreparowana według przepisu RITES OF THY DERINGOLADE to synonim zaawansowanego Zła. To rzeka krwi, która wciąż zbiera własny plon filozoficznym ostrzem oręża Kanadyjczyków. 


16 kwi 2018

Tetragrammacide 'Primal Incinerators of Moral Matrix'


Winyl / CD / Kaseta '17
Album
Iron Bonehead Productions

Lista utworów:
1.Hyper-Spatial Mandala of Intuitive Latencies
2.The Prognosticators of Trans-Yuggothian Meta-Reasoning
3.Radicalized Matrikavyeda Operation: Militarized Cosmogrids Destabilization (Heralding Absolute Contraction)
4.Cyberserking Strategic Kalpa-Terminator (Advanced Acausality Increment Mechanism)
5.Transcranial Ka'abatronic Stimulation Collapse
6.Intra-Dimensional Vessel of Were-Robotics, N-Logics and Assorted Lattice Intelligences
7.Meontological Marga of Misanthropic Computation & Extensive Backwards Physics
8.Imperial Cyanide Voltigeurs (Quantum Threshold Leapers of Hatha-Sorcery)
9.Dismal Ramification of Metamathematical Marmas and Sandhi

W 2015 roku bluźniercy z Indii wydali Ep'kę, po której muzyczny underground został jednoznacznie uświadomiony, że zagłada jest blisko i ta bestia powróci z kolejnym, jeszcze bardziej dosadnym materiałem. Nie wiem skąd i jak to się dzieje, ale zauważalna już od jakiegoś czasu jest zależność: im bardziej egzotyczny kraj pochodzenia, tym większe szanse na totalny atomowy rozpierdol. Wystarczy wspomnieć ich kolegów po fachu z Genocide Shrines ze Sri Lanki. Kurwa! Wychodzi jednak na to, że świat poszedł dalece do przodu. Na tyle, że i soniczny wpierdol wysokich lotów możemy otrzymać z tak egzotycznych miejsc. TETRAGRAMMACIDE powstało w 2012 roku i nie oszczędza swoich wyznawców, regularnie wypluwając kolejne wydawnictwa. Na koncie mają już demo, EPkę, singla, split oraz ten opisywany tu album. Każdy z nich to synonim zagłady i chaosu.


'Primal Incinerators of Moral Matrix' to ludobójstwo. Masowa eksterminacja, zniszczenie, wytępienie gatunku i unicestwienie wszelakiego życia. Na tym można by zakończyć opis albumu trójki zwyrodnialców. Bo co tu więcej dodać? Przecież ten materiał w swej intensywności nie zwalnia nawet na chwilę! Oczywiście, są średnie tempa, wolniejsze patenty na gitarach, ale całokształt jest bezlitosny. Zresztą, po wydawnictwach Iron Bonehead nie spodziewasz się gotyckiego grania. Zerknijmy na aranżacje. Praca gitar w duże mierze jest oparta na zażarcie lawinowym tremolo. W przejściach pojawiają się zwolnienia na otwartych strunach, ale to tylko fragmenty. Przez większość czasu trwania albumu riffy maniakalnie nas okaleczają w bestialski sposób. Nie ma tzw. środka, istnieje tylko mechanicznie precyzyjna zagłada. Brzmienie jest brudne. Horda postawiła w swojej muzyce na element Noise, a co za tym idzie? Przygotujcie się na krwotok uszu. Poza wspomnianym holocaustem tworzonym przez ścianę gitar, otrzymujemy tu niekwestionowany i w całym tego słowa znaczeniu rozpierdol perkusyjny!!! Uragnostic Eliminator tym co zaprezentował... Cholera siedzę z otwartą japą pełną cieknącej śliny - totalny majstersztyk. Prędkości i gęstość gry faceta chyba nie ma sobie równych! Kolejnym mocnym elementem są wywrzeszczane wokale o takim natężeniu nienawiści, że TETRAGRAMMACIDE samymi wokalami mogłaby zawezwać najgorsze plugastwa z każdego wymiaru. Dość specyficznym elementem, który pojawiał się również na poprzednich wydawnictwach hordy były egzotyczne wstawki śpiewów nawiązujących do hinduizmu. Podczas ich trwania pojawiały się silnie przekształcony i wibrujące dźwięki, które tylko uzupełniały atmosferę totalnego szaleństwa i spustoszenia.


Zakończenie... Jestem rozszarpany, czuję ból po torturach sonicznych. Jest mi więc cholernie dobrze. Efekt jakiego się spodziewałem po trójce tych barbarzyńców został osiągnięty w 100%. Niech chaos i psychoza zawładną światem. To trzeba mieć w swoich zbiorach!



13 kwi 2018

Skeletal Remains 'Devouring Mortality'


CD / Winyl 2018
Album
Dark Descent Records
Century Media Records

Lista utworów:
1.Ripperology
2.Seismic Abyss
3.Catastrophic Retribution
4.Devouring Mortality
5.Torture Labyrinth
6.Grotesque Creation
7.Parasitic Horrors
8.Mortal Decimation
9.Lifeless Manifestation
10.Reanimating Pathogen
11.Internal Detestation

Dnia dzisiejszego, tj. trzynastego kwietnia roku 2018 ukazuje się oficjalna premiera trzeciego albumu amerykańskiego SKELETAL REMAINS. Czekałem na ten album z niekrytą niecierpliwością, ponieważ dwa poprzednie wydawnictwa cholernie mi podeszły. Zespół ten jak rzadko, który potrafił wskrzesić ducha old schoolowego Death Metalu, umieszczając w kompozycjach wszystko co najlepsze z początku lat '90-tych. Jeśli nadal ta nazwa jest Wam obca, możecie znaleźć też i starszą recenzję poprzedniego materiału Amerykanów. Zespół powstał w 2011 roku i początkowo działał pod nazwą Anthropophagy. Jednakże, tuż przed wydaniem pierwszego dema zmienili nazwę na obecną, przy której zostali po dziś dzień. 


SKELETAL REMAINS ma na swoim koncie obecnie już trzy albumy. Ostatni z nich, który właśnie opisuję po prostu mnie rozwalił. Tak jak w przypadku poprzedniego 'Condemned To Misery' uważałem, że zespół już wtedy sięgnął swoich wyżyn, tak po usłyszeniu 'Devouring Mortality' muszę ową tezę sprostować. Poprzednim wydawnictwom absolutnie niczego nie brakowało, ba! Powiem więcej, była zajebiście dopracowane - pasja dla starej szkoły wymieszana z pomysłami jakie panowie zaprezentowali w kompozycjach, chłostała aż miło! Jednakże, ten album stoi klasę wyżej. Nie mam tu na myśli tylko poprawionego brzmienia, które wreszcie wyciągnęło całą dynamikę i potęgę z riffów. Tu przede wszystkim chodzi o kompozycje, o sposób w jaki napisano tą muzykę. Wehikuł czasu jaki zbudowano przy pomocy 'Devouring Mortality' zaskakuje, bo do dnia dzisiejszego większego hołdu dla holenderskiego Pestilence z czasów gdy wymiatali Death Metal nie słyszałem. Do tego otrzymujemy jeszcze olbrzymią dawkę zdrowej mieszanki wspomnianego Death Metalu rodem z Florydy z wczesnych lat 88-93, a przywołanie takich nazw jak Death czy Obituary jest tylko formalnością. Można kopać nawet głębiej doszukując się wpływów, bo echa chociażby tak genialnych nagrań demo jak Incubus 'Incubus' lub pierwszej taśmy demo Nocturnus są tu bardzo wyraźnie słyszalne. Ale przecież to od takich właśnie nagrań się całe te szaleństwo zaczęło. Totalne szaleństwo w którym siedzimy po uszy do dnia dzisiejszego, a każdy z nas gdyby miał wybrać pomiędzy płaceniem rachunków a kupnem kolejnych wydawnictw do kolekcji - wybrałby druga opcję. Niestety prąd się przydaje, a i mieszkać gdzie jest czasem dobrze. Wracając do SKELETAL REMAINS i trzeciego albumu. Rozwinęła się niesamowicie sama paleta aranżacji. W utworach słychać dojrzałość twórców, pewne okrzepnięcie z tematem. Tyle, że pozostaje to w dużym kontraście z pasją, bo tej Amerykanom nie można odmówić. Gitary w przez większość czasu trwania utworów tną bardzo rytmiczne riffy, ale nie brakuje też bardziej zawiłych partii, czyli tego, czym raczyło nas Pestilence na 'Testimony of the Ancient' (przypomnijcie sobie chociażby utwór 'Twisted Truth'). Fantastyczne solówki, które dzięki dopracowanemu brzmieniu płyty są wręcz niebywałe. Partie perkusji eksponują potęgę tego albumu, nie z rzadka zahaczając o blasty jak i bardziej techniczne, połamane partie. Wskazać należy jeszcze fakt, że pomimo użycia triggerów nagrania nie trącają nowocześnie brzmiącą, uładzona papką. Wokale, to nadal ten sam wysoki poziom i odwiecznie żywy kult Mameliego i van Drunena! To jest, kurwa, Death Metal!


'Devouring Mortality' to album, który zostanie doceniony przez wielu. Mam przynajmniej taką nadzieję. Muzyka zawarta na niej jest skierowana do ludzi, którzy się wychowywali na takich dźwiękach, dla których hasło Death Metal było / jest równoznaczne z sensem życia. Zapewne część ludzi, którzy sięgną po ten materiał będą przypadkowymi, sezonowymi słuchaczami. Na to wpływu nie ma nikt. Ale do czego zmierzam w tym podsumowaniu? Otóż, według mnie tak jak obecnie z rozgrzanym sercem wracamy do starych nagrań takich tuzów jak Death, Pestilence i masy innych, tak sądzę, że po latach ludzie będą wracać do muzyki SKELETAL REMAINS. Cholernie im tego życzę.


12 kwi 2018

Ungfell 'Mythen, Mären, Pestilenz'


CD 2018
Album
Eisenwald

Lista utworów:
1.Raubnest ufm Uetliberg
2.De Türst und s Wüetisheer
3.Oberlandmystik
4.Bluetmatt
5.Die Heidenburg
6.De Fluech vom Toggeli
7.Die Hexenbrut zu Nirgendheim
8.Guggisberglied
9.Der Ritter von Lasarraz
10.Raserei des Unholds

UNGFELL pochodzi z Szwajcarii i jego początki datowane są na 2014 rok. Zatem sami przyznacie, że to dość młody stażem twór. Tym bardziej, że nie doszukałem się żadnych poważniejszych konotacji z innymi hordami. Owszem, Menetekel odpowiadający w 100% za muzykę UNGFELL ma jeszcze swój uboczy projekt o nazwie Wyrgher. Z tego co na szybko sprawdziłem debiutancki materiał, to dość złożony, kakofoniczny i eksperymentalny Black Metal. Wracając jednak do opisywanego 'Mythen, Mären, Pestilenz', jest to drugi album Szwajcara. Zadziwiające jak ten facet wydał w ostatnich dwóch latach dwa albumy i to na takim poziomie. Pora kończyć wstępne słowo, lecz dodam jeszcze, że logo jakie obrali na albumach idealnie pasuje do muzyki!


Dziesięć kompozycji w stylistyce Black Metalu mocno polanego folkowym akcentem robi cholerne wrażenie. Nie są to oczywiście żadne skoczne popierdółki czy muzyka dla ograniczonych debili, nic z tych rzeczy. Przede wszystkim położono mocny nacisk na stronę Black Metalową kompozycji. Owe nawiązanie do muzycznych (i nie tylko) tradycji folku przejawia się tu w kilku elementach, o których warto wspomnieć. A więc mamy trzy utwory instrumentalne, krótkie, ale zupełnie pozbawione instrumentów związanych ze stylistyką BM. Kolejna sprawa to oczywiście otoczka przewijająca się w tekstach przywołujących stare i zapomniane już podania, czarnoksięstwo i postrzeganie śmierci w czasach średniowiecznej zarazy. Praca gitar oparta jest na bogatej linii melodycznej tremolo i kolejny puzzel folkowej układanki. Świetnie dobrane riffy budujące niespokojną atmosferę, porywają słuchacza w zupełnie inny wymiar. Bo jak inaczej można odebrać odgłosy śpiewających ptaków i smutnej gitary akustycznej, które po chwili przechodzą w intensywny Black Metal? Zapewne wiele innych hord dokonywało podobnych zabiegów aranżacyjnych, ale UNGFELL zrobił to w sposób przemyślany. Zdaje się, że owe momenty wstawianych gitar akustycznych w połączeniu z różnymi odgłosami natury pojawiają się w miejscach najbardziej wyczekiwanych. I nie mówię tu tylko o poszczególnych utworach, ale mam na myśli album w całości. Menetekel naprawdę bardzo przemyślał cały aranż tej płyty i wyszło to nader intrygująco. Na potrzebę tego albumu został 'zatrudniony' Vâlant, który zarejestrował partie perkusji. Muzyk bardzo utalentowany, a jego partie na 'Mythen, Mären, Pestilenz' to cholerna potęga! Facet miesza średnie tempa z szybkimi blastami, łamie tempa, jest czego posłuchać! Dobrym posunięciem było również postawienie na nie tak do końca czyste brzmienie, albowiem UNGFELL sięgnął po surowe gitary robiące sporo wizgu. Dynamikę podtrzymują wyraźne linie gitary basowej, która pozostaje w kontraście z kompletnie prymitywnymi i chaotycznymi wokalami! Użyty na całym albumie niemiecki język dodaje jeszcze większej twardości muzyce, która i bez tego omamia słuchacza bez opamiętania. Na domiar wszystkiego dochodzą jeszcze czyste wokalizy, o których zapomniałem wspomnieć wymieniając folkowe elementy. Na tym zakończymy.


Chciałoby się rzec, że z zacieraniem łapsk czekam na kolejny album Szwajcara. Dużo byłoby w tym prawdy, ale i też nie do końca byłbym szczery. Powiem tak: chcę się napawać tym albumem jeszcze przez długi czas. Nowe wydawnictwo zakłóciłoby ten proces, więc niech się Menetekel nie spieszy z kolejną dawką muzyki. Konkretny album, dojrzały a zarazem nie został pozbawiony swojego prymitywnego wdzięku. Bo tego ma aż nadto! Słuchać i kupować!


11 kwi 2018

Moloch Letalis / Death's Cold Wind 'Czarci Skowyt / Apeiron'


CD' 17
Split
Old Temple

Lista utworów:
1.Moloch Letalis - Czarci skowyt
2.Moloch Letalis - Zaciskam kły
3.Moloch Letalis - Na wieki martwy
4.Moloch Letalis - Mściciel
5.Moloch Letalis - Zdrajca
6.Death's Cold Wind - Apeiron
7.Death's Cold Wind - Miasma
8.Death's Cold Wind - Sexo Satanico
9.Death's Cold Wind - Demon (Mon)archy
10.Death's Cold Wind - Aidem Dade (Grimorium Verum cover)

'Czarci Skowyt / Apeiron' - tak oto doszło do połączenia sił polskich bluźnierców z MOLOCH LETALIS z ekwadorskim komando DEATH'S COLD WIND. Split jest zaiste zacnym wydawnictwem, prezentującym dwa oblicza, dwa spojrzenia na diabelski metal. Obie hordy istnieją już szmat czasu w podziemiu i po takim czasie doszły do maniakalnej niemalże perfekcji, jak przeprowadzać egzekucje na słuchaczu, który w takich dźwiękach się odnajduje. Należy jeszcze na wstępie dodać, że split ten nie jest dla każdego. Większość gołowąsów, którzy chełpią się słuchaniem muzyki ekstremalnej (kurwa, kocham ten slogan, haha!) od X czasu, a nigdy nie sięgnęli w głąb podziemia, mogą ominąć to wydawnictwo. Brak tu bowiem poprawności, że o jakichkolwiek kompromisach nie wspomnę.


Pierwsze pięć utworów spreparowali nasi rodacy. Cholera, tak jak uwielbiam album 'Zgliszcza' (nowego albumu na chwilę obecną jeszcze nie słyszałem) i uważam go za punkt zwrotny w dyskografii tria z Wrześni, tak to co zaprezentowali na 'Czarcim Skowycie' to pierdolone mistrzostwo! Z dwóch zespołów, które są na tym splicie, to MOLOCH LETALIS składnia się bardziej ku czarnemu metalowi. Horda czerpie zarówno jeszcze z Death Metalu oraz przewijają się sporadyczne zapożyczenia z Thrashu. Pięć utworów zawartych tutaj to bardzo dynamiczne granie, nacechowane smrodem siarki piekielnej i pełne brudu. Swoisty hołd dla starych dni, prostego grania, w którym moc i najzwyczajniejszy w świecie rozpierdol w imię Diabła mówią same za siebie. Pierdolonym kielichem krwi wzniesionym ku chwale dziewiątego kręgu Piekieł, są tutaj polskie teksty. Żadne zaskoczenie jeśli chodzi o Moloch Letalis. Kurwa, jak to tutaj pasuje!!! Ohyda zaakcentowana polskim językiem, wyborność.


Drugim pomiotem wprost z ekwadorskiej otchłani jest DEATH'S COLD WIND. Podobnie jak w przypadku pierwszej części splitu, tak i tutaj otrzymujemy pięć utworów. Różnica jest taka, że to co w przypadku MOLOCH LETALIS było dodatkowym elementem w ich kompozycjach, tutaj dominuje - Death Metal. Siermiężny, old schoolowy do bólu i w tym cały jego urok. Gdybym miał stawiać w ich przypadku na największe inspiracje, wskazałbym na stare nagrania Morbid Angel. Utwory są długie, ale ich budowa jest prosta i łatwo zapada w pamięć. Nie są przekombinowane i skupiają się wokół powtarzających się partii. W muzyce Ekwadorczyków ujęła mnie swoboda w poruszaniu się w sprawdzonych już rejonach metalu śmierci. Nie szukają nowych rozwiązań, nie stawiają na popularny obecnie gruz czy cholera wie co jeszcze. Słychać, że w tym co tłuką, w tej archaicznej wersji Death Metalu, czują się wybornie. Stara szkoła skierowana do odbiorców właśnie takiej muzyki.
'Czarci Skowyt / Apeiron' to udany split. Prosta, bezpośrednia muzyka lejąca po pysku i łamiąca kości. Zapewne sąsiedzi nie podzielają mojego entuzjazmu związanego z tym wydawnictwem, trudno niech cierpią. Czas na kolejny odsłuch, a muzyka Diabła niech się niesie!


10 kwi 2018

Heretic Cult Redeemer 'Kelevsma'


Kaseta '18
Album
Helter Skelter Productions

Lista utworów:
1.The Hidden One
2.Desert of Revelation
3.Phosphorous Queen
4.Dark Formlessness
5.Son of Loss
6.Thy Forethought Fire
7.Death Touch 333
8.Eleven Kings
9.Arcane Union
10.Across the Line

Oczekiwanie na następcę debiutu 'Heretic Cult Redeemer' po pięciu latach uznaję za zamknięte. Drugi materiał Greków ukazał się około miesiąca temu na kasecie. Trzeba powiedzieć sobie jasno, horda nie zarzuca nas obfitością swoich wydawnictw. Początek istnienia to rok 2009 i dopiero w 2013 roku Grecy dali znać o sobie debiutanckim pełnym wydawnictwem. Wtedy to debiut wydał na CD i winylu znany wszystkim Iron Bonehead, a po roku wznowienie na CD pojawiało się za sprawą polskiego Hellthrasher. Jednak w przypadku HERETIC CULT REDEEMER bardzo dobrze sprawdza się powiedzenie, że więcej nie zawsze oznacza lepiej. Dwa wydawnictwa na przestrzeni dziewięciu lat to niewiele, ale ma to swoje przełożenie na jakość. Inwokacje otwierają bramy nieznanego, czas wkroczyć w wymiar wściekłego obłędu.


HERETIC CULT REDEEMER przez ostatnie pięć lat milczenia przeszedł pokaźną metamorfozę. Na debiutanckim albumie można było usłyszeć już jakoby wstęp do oblicza muzyki z jaką dane nam jest obcować dzisiaj. Horda nie obrała innej ścieżki i jest to nadal Black Metal, ale o silnym nacechowaniu okultystycznym i przepełniony atmosferą śmierci. Nie zrozumcie mnie źle, że twierdzę teraz o debiucie jak o miałkim wydawnictwie - zdecydowanie nie! Grecy przy okazji drugiego albumu zagłębili się zdecydowanie głębiej w szaleńcze odmęty otchłani czarnej sztuki, ale ten fakt nawet laik usłyszy. Atmosfera jaką ta muzyka emanuje jest w pełni złowroga, ale też magnetycznie przyciągająca i popychająca słuchacza w coraz to dalsze stany obłąkania. Materiał trwa prawie pięćdziesiąt minut, a ja odnoszę wrażenie jakby ktoś dociskał moją głowę do ziemi albo i próbował wetrzeć ją poniżej, do grobu. Aranżacyjnie dzieje się tu niesamowicie wiele. Efektem tego jest odczuwane szaleństwo. Namacalne, zimne, a jednak palące żywym ogniem. Praca gitar to spora dawka zazębiających się riffów, pełnych harmonii i hipnotyzujących linii melodycznych. Całkiem czytelne brzmienie pozwala wychwycić poszczególne partie instrumentów, które z każdym przesłuchaniem odkrywają bardziej ukryte aranżacje. Spore zmiany można zauważyć w dyktowanej prędkości utworów. Świetne nawiązania do głębokiego okultyzmu i rytualnej formy przekazu wychwytujemy w manierach wokalnych. Sporo śpiewów i zawodzeń na modłę Dalekiego Wschodu czy samej Grecji wprawia w słuchacza w odpowiedni nastrój, ale to nie wszystko. Pojawiają się fragmenty konstrukcji utworów, które są bardzo 'połamane' (np w 'Phosphorous Queen' i uderzają sporą dawką psychodelicznych wręcz dźwięków. Wypada to nader ciekawie, albowiem HERETIC CULT REDEEMER posiadł rzadką umiejętność łączenia tych wszystkich elementów układanki i dostarczania ich słuchaczowi w sposób pozbawiony zawiłości. 


Drugi materiał Greków stał się faktem. Cholernie dojrzała muzyka, która zdecydowanie wykracza poza ramowy i klasyczny Black Metal. Czy to dobrze czy też nie, to już niech każdy oceni wedle własnego sumienia. Dla mnie jest pewne, że rytualna atmosfera jaką zapewnił mi HERETIC CULT REDEEMER na drugim albumie 'Kelevsma' jest niepowtarzalna. Czuć opary intensywnych kadzideł, odurzona percepcja... Polecam!



Nar Mataron 'Tales of the 12 Gods'


Kaseta '94
Demo
Melancholy Promotion

Lista utworów:
1.Hymn to Zeus
2.The Chosen One
3.Enfold Thy Strength

Tym razem Grecja i pierwsze demo hordy NAR MATARON. Powstali w 1994 roku, ale już po dwóch demosach zespół rozpadł się, a może raczej podzielił na dwa fronty. Założyciel Lord Alatoth kontynuował pracę w swoim macierzystym pomiocie, podczas gdy Kaidas i Unblessed II odeszli w 1995 roku i założyli istniejący do dziś Naer Mataron. Tak więc można się tu doszukiwać podwalin początków greckiego zespołu, który obecnie nagrywa dla Witching Hour Productions. Lord Alatoth wydaje mi się, że bardziej jest rozpoznawalny w podziemiu dzięki swojemu innemu projektowi istniejącemu do dziś, a mianowicie Vorphalack. Znowuż tego początki sięgają aż do 1988 roku gdy jeszcze funkcjonował pod nazwą Psychic Crush i wykonując barbarzyński Death Metal. 


Pierwszy znak istnienia jaki zafundował podziemiu NAR MATARON miał jeszcze tego samego roku, w którym datuje się rok powstania hordy. Kaseta demo była bardzo krótkim materiałem, albowiem te trzy utwory trwały nieco ponad siedem minut. Dodatkowo, otwierający jak i zamykający to kompozycje instrumentalne zagrane na klawiszach. Pierwszy, to bardzo posępny utwór. Słychać tu klawisze zrobione na wzór brzmienia fortepianu ponad którymi niesie się głos deklamowanego uwielbienia dla greckiego boga, Zeusa. W ostatnim natomiast pobrzmiewają organy kościelne i ten sam głos deklamuje linie tekstu. Udany zabieg, ale przyznaję, że byłoby znacznie ciekawiej gdyby utworów natury Black Metalowej było tu znacznie więcej. W takim stanie rzeczy otrzymaliśmy przeważającą ilość czasową oraz w liczbie kompozycji - muzyki zagranej na instrumentach klawiszowych. Środkowy utwór 'The Choosen One' to jedyna odsłona umiejętności aranżacji Black Metalowych na debiutanckim demie Greków. Obecnie, gdy człowiek już zjadł zęby na tej muzyce, w uszy natychmiast rzucają się charakterystyczne klawisze pobrzmiewające w tle utworu oraz równie charyzmatyczne riffy zawierające w sobie zarówno melodykę jak i drapieżność. Do tego należy wspomnieć bardzo udane wokale Lord Alatotha, którego skrzeczenie jest wręcz opętane. 



9 kwi 2018

Mascharat 'Mascharat'


CD'17
Album
Séance Records

Lista utworów:
1.Intro
2.Bauta
3.Médecin de peste
4.Mora
5.Vestibolo
6.Simulacri
7.Iniziazione
8.Rito
9.Outro

Włoski MASCHARAT debiutował zeszłego roku albumem, który wydaje mi się zaginął wśród sporej ilości wydawanej muzyki. A szkoda, bo naprawdę warto się z twórczością hordy zapoznać. Pierwsze kroki stawiali w 2010 roku, ale swoją obecność w podziemiu zaznaczyli dopiero w 2014 roku demem o tytule 'Demo 2014'. Kolejnym etapem jest opisywany tutaj album z 2017 roku, który bardzo mnie zaskoczył. O tym będzie jednak później. Teraz gwoli wstępu skupię się na genezie nazwy zespołu. Słowo 'Mascharat' wywodzi się z języka arabskiego i posiada dwojakie znaczenie. Pierwszym z nich jest 'kawał, dowcip, sztuczka', drugim natomiast 'amoralna i chaotyczna sytuacja'. Jest jeszcze trzeci trop. Etymologia tego słowa ma również swoje ślady w języku włoskim, czyli 'maschera' co oznacza 'maskę'. Dobór nazwy zapewne przysporzył niemałego trudu, ale efekt gdy nad nim się zastanowić imponuje. Otóż, wg tego co znalazłem na stronie zespołu album ten jest ezoteryczną narracją zakorzenioną głęboko w tradycji karnawału. Utwory to osobne rozdziały o naturze symbolicznej. Ich tytuły nawiązują do poszczególnych masek karnawałowych, a one same pełnią funkcję wdrożenia słuchacza w proces inicjacji i transformacji. Zachęcające, nieprawdaż? Poniżej trochę więcej szczegółów o zawartości albumu 'Mascharat'.


Zacznijmy od tego, że MASCHARAT gra Black Metal, któremu daleko do prymitywizmu. Owszem, skupiając się na pracy gitar odnajdziemy sporo partii tremolo i prostych wręcz intuicyjnych riffów. Jednak rzadko się zdarza by to one wiodły prym. W większości trwania albumu otrzymujemy hipnotyczne, zimne riffy wspomagane gitarą prowadzącą (która również bardzo powoli rozwija swoją melodykę). Te fragmenty, które są transowe nie wprawiają słuchacza w oniryczny stan. Jest wręcz odwrotnie, bo otrzymujemy sporą dawkę dźwięków pobudzających ciekawość. słuchacz wyczekuje co nastąpi kolejne, jakim torem potoczy się dalsza część utworu / albumu. Sporą robotę odwalają tutaj instrumenty klawiszowe czy też całe utwory o funkcji interludium. Odciągają naszą uwagę od hipnozy utworów i zostajemy poddani kolejnej transformacji. Idąc dalej, tempa utworów są różne. Uczestniczymy w powolnych, odurzających fragmentach utworów by po pewnym czasie zostać wrzuceni w wir absolutnego obłędu. Produkcja albumu została dopieszczona, ale w granicach zdrowego rozsądku. Daleko temu materiałowi do piwnicznego brzmienia, lecz wydaje mi się, że to zaowocowało bardziej przytłaczającym dźwiękiem i atmosfery. Gitary zostały wysunięte na przód wraz z basem, podczas gdy perkusja została jakby lekko schowana. W niczym to jednak nie wadzi, bo pozwala słuchaczowi na bardziej wnikliwe słuchanie z elementem doszukiwania się pewnych smaczków. A tych zdecydowanie tu nie brakuje... Gitary pozbawione przesterowania, klawisze pojawiające się 'znienacka' by podkreślić dany fragment utworu... Wokale, zero zastrzeżeń. W formie Black Metalu jaką wykonuje MASCHARAT potrzebne było urozmaicenie i sięgnięcie po kilka barw głosu. 


Album zdecydowanie wart uwagi. Włosi postawili na dość nieszablonowe rozwiązania jeśli chodzi o otoczkę tekstów nawiązujących mocno do literatury oraz okultyzmu. Ma to swoje przełożenie na muzykę, która ma sporo do zaoferowania. Znając życie, osoby które na zawsze pożeniły się ze stylistyką starego Darkthrone - nie sięgną po ten album. Ale czy on jest awangardowy? Nie, zdecydowanie nie. To szersze spektrum widzenia czarnej sztuki.


5 kwi 2018

Balmog 'Vacvvm'


CD / Winyl '18
Album
War Anthem Records
BlackSeed Productions

Lista utworów:
1.Qui immolatus iam non moritur…
2.Eating the Descendant
3.Hodegetria
4.Vigil of the Blinds
5.Inde Deus Abest
6.Come to the Pulpit
7.Gignesthai
8.…sed semper vivit occisus

W 2015 roku Hiszpanie wydali swój drugi album, który według mnie był punktem zwrotnym w ich muzycznej ścieżce. Od tego czasu pojawiło się kilka pomniejszych wydawnictw -> trzy splity oraz kompilacyjne wydawnictwo kolekcjonerskie zawierające oba albumy na kasetach w drewnianym pudełku z sigilem Lucyfera. Żeby nie było za łatwo, limit to raptem 40 sztuk. Jeżeli mowa zaś o splitach, to BALMOG dzielił swój materiał z kolejno: Ered, Nakkiga oraz Sartegos. Na trzeci album nie dane nam było długo czekać, bo oto niebawem po dwóch latach wypełnionych wspomnianymi wydawnictwami, na początku marca tego roku ukazuje się 'Vacvvm' pod skrzydłami War Anthem Records. Historia początków hordy sięga 2003 roku, czyli już niemały szmat czasu są obecni w podziemiu. Śledząc ich wydawnictwa począwszy od drugiego dema, kiedy to w łapska wpadł mi 'Pestilent Rats For Your Moribund Children' łatwo można wychwycić postęp jaki ten zespół przeszedł. I trzeba przyznać, że wyszło to Hiszpanom na dobre.


'Vacvvm' przenosi nas w stan oślepienia. Słuchając nowego albumu BALMOG, mam wrażenie wyostrzenia zmysłów percepcji duchowej, przy których wzrok to zbędne narzędzie postrzegania. Oferowany Black Metal jest cholernie nacechowany spirytyzmem, aż po granice możliwości. Jednakże, nie opiera się wyłącznie na hipnotycznych partiach. Kompozycje są bardzo rozbudowane, połączone jakąś niewidzialną nicią i spójne niczym rytm pierwotnego rytuału. To właśnie urzeka najbardziej, owa prostota zamknięta w wielu pomysłach aranżacyjnych. Tym bardziej dzięki takiemu zabiegowi stylistycznemu, można intensywniej odczuć wspomnianą wyżej atmosferę. Osiem utworów wchodzących w skład 'Vacvvm' porywa zróżnicowaniem w kreowaniu emocji, ale również owa kreacja trzyma silnie w ryzach spójności cały program trwania albumu. Wynurzająca się z aranżacji groza dopełnia czarę ciemności. Demoniczność, która została nacechowana zatęchłym mrokiem, wyłania się z każdym utworem z osobna. Przejdźmy teraz stricte do muzyki. Trzeba przyznać Hiszpanom, że stawiając na prostotę aranżacyjną, w której postanowili zawrzeć hipnotyczne, anty-ludzkie, plugawe riffy, stworzyli najzwyczajniej fundamentalną podwalinę tego czym jest Black Metal. Praca gitar w połączeniu z pracą basu, który wyrzuca swoje jadowite partie jak czarne serce pompujące czarną, martwą krew... To najzwyczajniej zachwyca. Faktem jest, że takie ujęcia stylistyczne to nic nowego. Mój zachwyt wziął się jednak z emanującej łatwości z jaką zespół tego dokonał. BALMOG nie wypada słabiej w jakiejkolwiek części albumu, z każdą szybkością radzi sobie wybornie. Wokalnie otrzymujemy konglomerat Black Metalowych wrzasków, ale też i mówionych partii z pogłosem radiowym. Wprowadza to niemałe urozmaicenie i wyrywa z transu. 


W dzisiejszych czasach nie sztuką jest nagrać, a już tym bardziej wydać swoją muzykę. Przekonwertować jednak idee w taką muzykę o takim potencjale i atmosferze, to naprawdę coś. Bezpośredniość połączona ze spirytualizmem. Ślepnąć wam nakazano, zatem nurzajcie się w odmętach czerni dusz waszych.


4 kwi 2018

Sawhill Sacrifice 'Pimeyteen ja kuolemaan'


CD'17
Album
Wolfspell Records

Lista utworów:
1.Kutsu
2.Sota edessämme
3.Minä palvelen Saatanaa
4.Kosmos
5.Yksi ainoa totuus
6.Lopullisen voiman äiti
7.Huutoni universumiin
8.Pimeyteen
9.Valkyria (Nokturnal Mortum cover)

Egzystujący od 2009 roku SAWHILL SACRIFICE, w drugiej połowie zeszłego roku wydał swój trzeci album. Przyznaję, że dopiero teraz zapoznaję się z ich muzyką. Pierwszy kontakt i jakże znamienny, bo cholera jest tu czego słuchać. Ale powoli, zaraz do tego dojdziemy. Finowie pochodzą z miasteczka Hyvinkää, które leży na południu ich kraju. Miasteczko to podałem nie bez powodu, bo z tej lokalizacji wywodzą się również takie hordy jak Kalmankantaja, Azaghal, Lathspell, Wyrd, Svartkraft, Oath czy Olio Tähtien Takana. Tak więc miasteczko małe, ale z jak bogatą ilością hord / projektów. Z informacji zamieszczonych w internecie odnośnie samego zespołu wynika, że na początku swojej drogi parali się miksturą Black i Thrash Metalu. Obecne oblicze hordy to Black Metal, które jest mocno zakorzenione we wczesnych dniach powstawania norweskiej sceny.


'Pimeyteen ja kuolemaan' mozna przetłumaczyć jako 'Ku ciemności i śmierci'. Odzwierciedla to muzykę, którą możemy usłyszeć na trzecim już krążku Finów. Jestem kompletnym abstynentem, gdy mam do czynienia z językiem fińskim. Jednakże, tłumacząc chociaż same tytuły utworów, zauważam że tematyka zarówno kosmosu jak i Satanizmu nie jest hordzie obca. Tytuły takie jak 'Nadchodzi Wojna', 'Opuszczam Wszechświat' czy 'Służę Szatanowi' - mówią same za siebie. Niestety na potrzebę tej recenzji odezwała się we mnie wrodzona leniwość i tekstów utworów, chociaż fragmentów, nie przepisałem w słownik online. Zdjęcia na potrzebę albumu wykonano w lasach (lub ten element został wzbogacony pracą w Photoshopie co w sumie jest mało istotne), a to również pokazuje nawiązanie do tradycji gatunku oraz pokazanie związku z Naturą samej hordy. Przechodząc do muzyki, mamy do czynienia z Black Metalem czerpiącym pełnymi garściami ze starej szkoły, ale także potrafiącym mocno odcisnąć piętno na słuchaczu nieszablonowymi pomysłami. Być może na pierwszy rzut ucha takie zestawienie brzmi jak kolejna porcja papki awangardowej nudy. SAWHILL SACRIFICE na szczęście potrafi tak ułożyć kompozycje, że odbiorca w nawet najbardziej 'dziwnych' fragmentach trwania albumu nadal siedzi bez ruchu chłonąc ogrom muzyki. To właśnie należy oddać Finom, że ich muzyka ma bardzo dużą przestrzeń i dzieje się w niej naprawdę sporo. Tu nawet powtarzalność poszczególnych riffów czy fragmentów utworów nie zakłóca przepastności materiału. W muzyce zespołu jest obecny ten element, że niemożliwym jest wychwycenie wszystkiego co 'Pimeyteen ja kuolemaan' oferuje w pierwszym przesłuchaniu. A pomimo owego niebosiężnego rozmachu kompozycji i tak łatwo się przyswaja. Praca gitar w dużej mierze oparta jest na dwóch kanałach: mamy i rytmiczną w tle oraz prowadzącą, która nie z rzadka sięga po partie tremolo - te uderzają pompatycznością budowanej melodyki. I pomimo że nie jestem zwolennikiem czystego brzmienia, tak muszę przyznać, że tutaj zrobiło ono robotę. Triggery na perkusji, dobrze zaakcentowane linie basu, czytelne gitary z charakterystyczną chropowatością i wściekłe, wręcz klasyczne wokale w Black Metalu. Te ostatnie zostały wzbogacone jeszcze o czyste wokalizy, zarówno śpiewane jak i w wersji deklamacji. 


Pięćdziesiąt dwie minuty materiału mijają bardzo szybko! Nie sposób się nudzić przy tym materiale, ja właśnie czwarty raz wciskam play. 'Pimeyteen ja kuolemaan' jest egzemplarycznym materiałem z Finlandii. Wiem, można się uczepić klarownego brzmienia. Jednak aranżacje linii melodycznej utworów wskazują bezpośrednio i wyłącznie na ten kraj. Czekam na kolejną propozycję tej hordy, bo magnetyzm ich Black Metalu po prostu mnie urzekł. Emocje które biją z twórczości SAWHILL SACRIFICE można porównać do skalistego urwiska, o które rozbijają się rozszalałe fale żywiołu morskiego. I niech te słowa posłużą za zakończenie. Kupować!



Crematory 'Confirmed Suffering'


Kaseta 1989
Demo
Wydawnictwo własne

Lista utworów:
1.Apocalypse
2.Give Me Few Days More
3.Necrophagous
4.Injured

Zespołów funkcjonujących pod nazwą CREMATORY przewinęło się w historii Death Metalu przynajmniej kilka. Nasza omawiana ekipa była z Finlandii i jest to jedyne demo jakie zarejestrowali. Ponownie, mogę tylko powiedzieć 'szkoda', albowiem materiał do dnia dzisiejszego daje radę. Tu na celowniku mamy sprawie zagrany Death Metal ze sporą dawką Thrashu. Szczerze powiedziawszy, to mało to fińskie granie było. Bezsprzecznie kojarzyło się z takimi hordami jak Merciless, chociaż muzyka czwórki Finów była bardziej melodyjna. Ale o tym wszystkim poniżej.


Materiał nagrany na 'Confirmed Suffering' to niespełna dwanaście minut muzyki. Pozostawia to spory niedosyt, który i tak już nie zostanie zaspokojony z racji nieistnienia zespołu. Tak jak wspomniałem we wstępie, mamy tu do czynienia z bardzo sprawną mieszanką Death i Thrash Metalu. Utwory charakteryzują się niezłą dynamiką, a przedstawione w oczywistej analogowej formie dźwięku - powalają swoją nieprzeciętną dynamiką. Biorąc pod uwagę, że materiał powstał w 1989 roku, to naprawdę mieliśmy wtedy do czynienia z ultra mocną demówką. Praca gitar została oparta w większości na rytmicznych riffach wspomaganych gitarą prowadzącą, której to partie były bardziej melodyjne. O dziwo, całość została tak sprytnie połączona, że demo nie traci przysłowiowego pazura. Dołożono też kilka agresywnych solówek. Dodatkowo materiał ma zajebistą płynność i każdy z utworów wchodzi bez najmniejszego zająknięcia. Perkusja, proste partie i wymowne. Nie ma miejsca na udziwnione łamanie tempa albo wyczesaną technikę w trakcie przejść akcentujących końcówkę powtórzeń riffów. Partie basu są bardzo wyraźne już od samego początku utworu 'Apocalypse' i pozostają ze słuchaczem do samego końca trwania materiału. Nawet w szybszych aranżacjach, gitara basowa nie zanika w tumulcie pozostałego instrumentarium. Maniera wokalna - to właśnie ona nasuwa najbardziej skojarzenia z wczesną Szwecją. Na wpół wykrzyczane, chropowate wokalizy zostały bardzo dobrze dobrane do muzyki CREMATORY. Na ile był to wybór kalkulowany, a na ile młodzieńcza pasja? Cóż, tego się zapewne już nie dowiemy. 
Finowie pozostawili po sobie raptem cztery utwory, a CREMATORY zszedł w czeluści grobowe. Czasem warto wrócić do takich zapomnianych perełek. Posłuchać żywiołowego i spontanicznego grania, którego coraz to mniej w czasach dzisiejszych. Czasy się zmieniły, a dalsze biadolenie i tak nie wskrzesi fińskiej hordy. 


27 mar 2018

Schizodeath 'Empire of Dirt'


Schizodeath 'Empire of Dirt'
CD-r'18
Demo
Produkcja własna

Lista utworów:
1. Empire of Dirt
2. Bipolar Mental Crack
3. Spiral Prog Anhedonia
4. Essence (outro)

Z początkiem tego roku ukazało się pierwsze demo wałbrzyskiego Schizodeath. Z tego co mi wiadomo, zespół ten ma swoje początki jeszcze we wczesnych latach '90-tych. Z gruzów Cremathory powstał Quo Vadis, a po rozpadzie tych ostatnich zrodził się opisywany tutaj hord. Tamten okres jednak nie został uwieńczony żadnym oficjalnym nagraniem. Powstało kilka rehów, które najzwyczajniej na przestrzeni czasów przepadły. Po reaktywacji hordy, po wielu latach zmagań z przeciwnościami, otrzymujemy 'Empire of Dirt'. Tak czy owak, materiał ten można przyrównać do portalu, który przeniesie słuchacza w złote czasy demówkowego szaleństwa. W czasy, które również i SCHIZODEATH współtworzył na lokalnej undergroundowej scenie.
Otrzymujemy od zespołu trzy utwory autorskie, które zamyka outro. SCHIZODEATH porusza się w stylistyce Thrash / Death Metalowej z lekkim ukłonem w stronę technicznego grania. Słychać od pierwszego riffu otwierającego utworu 'Empire of Dirt', że muzyka ta nie została skomponowana przez nowicjuszy. Głęboko sięgające korzenie początków sceny mają swoje odbicie w tym czym raczą nas wałbrzyszanie. Utwory od strony aranżacyjnej są zróżnicowane. Powiem szczerze, dziwi mnie to ale na plus. Pierwsze demo i dojrzały cholernie materiał. Sporo godzin spędzonych na sali prób nie poszło na marne. Wracając jednak do szkieletów poszczególnych utworów, to mamy tutaj np nacisk na bardziej Thrash'owe oblicze w tytułowym utworze. Fajne, dynamiczne i rytmiczne patenty przy których łeb sam się wprawia w kiwanie. Z kolei następujący po niem 'Bipolar Mental Crack' wali prosto po pysku. Po ciężkim, naprawdę świetnym wejściu, zaczyna się old schoolowe pieprzone piekło. Cholernie urzekły mnie na całym materiale gitary. Poszczególne riffy, ich wymienialność i kolejność tworzą bardzo przemyślaną całość. Pojawiają się partie szybsze, na przemian ze zwolnieniami i słucha się tego bardzo dobrze. Demówka ta zdecydowanie nie jest skierowana do szerokiego grona odbiorców, bardziej to ukłon dla starych wyjadaczy którzy od wczesnych lat '90-tych siedzieli po uszy w tym szaleństwie. Co jeszcze? Dodam, że brzmieniowo materiał nie jest pozbawiony charakterystycznego brudu. Naturalnie brzmiące gitary, nieprzekombinowane w studio, dzisiaj to już rzadkość. Jedyny minus jak dla mnie to trochę zachowawcze partie perkusji. W niektórych fragmentach mógłby kopać bezpośrednio po ryju, przyśpieszyć zamiast brnąć w jednostajnym średnim tempie. Może też trochę zbyt klarownie brzmiące? Oceńcie sami. Materiał naprawdę wart posiadania, a owa sprawa z perkusją to tylko niuansik.


22 mar 2018

Revolting 'Monolith of Madness'


CD' 18
Album
F.D.A. Records

Lista utworów:
1.Blood, Blood, Blood
2.Procession to the Monolith
3.Ode to Hastur
4.Cadaver Patrol
5.Night of the Tentacles
6.March of the Revolter
7.The Faceless Deformity
8.Broomstick Legions
9.A Wedding for the Dead
10.From Out the Deep

Gdybym próbować uszergować chronologicznie co do tej pory nagrał lub chociażby w czym maczał paluchy Rogga, otrzymalibyśmy listę długą i wypełnioną po brzegi z ilością obietnic jak przed wyborami wśród kandydujących posłów. Na szczęście REVOLTING i polityka to dwa różne bieguny. Z szumem spłukiwanej wody wpuszczamy głęboko do szamba salonowe gierki dla panów w ślicznych garniturach. Rogga, to jeden z niewielu obecnych ludzi na scenie, który nie ma zamiaru złożyć broni i non stop atakuje słuchaczy coraz to nowszymi wydawnictwami. Z aktywnych zespołów / projektów warto wspomnieć następujące:  Dead Sun, Echelon, Eye of Purgatory, Humanity Delete, Johansson & Speckmann, Megascavenger, Necrogod, Paganizer, Putrevore, Ribspreader, Rogga Johansson, Severed Limbs, The Grotesquery, Those Who Bring the Torture. Jest jeszcze kilka innych, które łączą Death Metal z Crustem lub Industrialem - powyższa lista przytoczonych to te, które są solidnymi porcjami starej szkoły Death Metalu. Wracając jednak do samego zespołu. REVOLTING powstał w 2008 roku i ma na swoim koncie obecnie już sześć duzych wydawnictw. 'Monolith of Madness' to po prostu szwedzki Death Metal.


Szósty album ekipy z Gamleby, małego miasteczka w południowej Szwecji, to solidna dawka Śmierć Metalu zagrana w tradycyjny sposób. Dziesięć utworów trwających około trzydziestu sześciu minut mija bardzo szybko. Nie ma co się oszukiwać, że muzyka zawarta na 'Monolith of Madness' jest skierowana do konkretnego odbiorcy. Mowa o uniwersalnym słuchaczu poprzez pryzmat zawartej tu muzyki, jest sporym nieporozumieniem. Dlaczego? Otóż, większość riffów jest nacechowana sporą melodyjnością. Nie każdy maniak Death Metalu zapuści się w te rejony, jednakże czciciele szwedzkiego Deathu by móc sięgnąć po ten album, jak najbardziej będą torować sobie drogę w bezpardonowy sposób łokciami. Linia melodyczna pracy gitar jest bardzo dobrze wyważona. Zachowany został balans pomiędzy rytmicznymi riffami, które agitują machinę marki REVOLTING do jeszcze bardziej wzmożonej pracy. Melodyka pojawia się w motywach przewodnich powodując, że aranżacje mają lepszą płynność i zostają obdarte z archaizmu. Słucha się tego naprawdę dobrze, a pojawiające się gitary solowe dodają jeszcze większego animuszu. Co więcej? Partie basu, zarejestrowane w czytelny sposób są jednak trochę schowane pod piaszczystym, szwedzkim brzmieniem gitar. Aczkolwiek, ten bezduszny puls jest wyczuwalny w szczególności gdy zespół zwalnia do średnich temp. Wartym zwrócenia uwagi jest fakt dość 'spokojnego' podejścia pracy perkusji. Mało tu wyszukanych przejść akcentujących zakończenia riffów, nie znajdziemy zbyt wielu łamań tempa, a całokształt wygląda jakby wyszedł spod rąk muzycznego ascety. Czy to źle? Niedopatrzenie? Bardzo szczerze w to wątpię. Jestem przekonany wręcz, że tak miało być. Podkreślenie tych elementów, niewyszukanej gry na rzecz bijącej po mordzie pasji, jest mianownikiem tego albumu. Nad wszystkim dominują jeszcze potężne growle Roggi i, kurwa, ja jestem rozwalony tym albumem.


Podsumowując w dość szybki i krótki sposób, Rogga Johansson tu występujący pod ksywką Revolting Rogga, przyzwyczaił nas do solidności albumów w których bierze udział. Nie każdemu musi wchodzić bez popity takie granie, ale przyznać trzeba, że w stylistyce w jakiej się obraca, robi zajebistą robotę. Szósty album REVOLTING stał się faktem, a ja w spazmatycznych drgawkach wciskam play na odtwarzaczu już n-ty raz. Long live Rogga! Long live REVOLTING!


20 mar 2018

Damnatory 'The Persistence of Archaic Dogma in Contradiction to the Traceable Basis of Subsistence by Church Wanders into Theosophy Veils the Virtual Ulterior Motive of Clergymen'


Kaseta 1991
Demo
Wydawnictwo własne

Lista utworów:
1.Introitus: Escalation of Hermitage - Consequences Pauperize the Intellectual Property (Only Valid for Psychopaths?)
2.A Rest-Cure on Sufferance... Cause of Rigor Mortis Six Feet Under the Garden of Death
3.Blackjack
4.Mad World
5.A Patriotism Motive to Fight and Forsake Everything Beguiles Your Life Expectancy
6.Postludium: Suggestion

To drugie demo szwajcarskiego DAMNATORY. Zresztą, gdy pada nazwa Szwajcaria i mówimy tu o muzyce pod katem dalekiej przeszłości, do głowy automatycznie przychodzą takie nazwy jak Hellhammer czy Samael. Mało kto zapamiętał z tamtego okresu takie twory jak chociażby opisywany DAMNATORY. Po pierwszej taśmie reh zatytułowane 'The Orge', rok później nagrywają demo o trzeba przyznać dość przydługim tytule. 'The Persistence of Archaic Dogma in Contradiction to the Traceable Basis of Subsistence by Church Wanders into Theosophy Veils the Virtual Ulterior Motive of Clergymen' można przetłumaczyć plus minus jako 'Trwałość archaicznego dogmatu w sprzeczności z identyfikowalnymi przez Kościół podstawami egzystencji zmieniający się w teozofię i zasłaniający ukryty motyw duchownych'. Cokolwiek chłopaki chcieli nam tu przekazać, zrobili to w dość pokręcony sposób. A może to ja błędnie tłumaczę tytuł? No, mniejsza z tym. Faktem pozostaje demo, które nawet po latach zachęca do kolejnego przesłuchania.


DAMNATORY parało się Death Metalem. Trochę było w ich muzyce naleciałości ze stylistyki Grindowej, co przejawia się w szybkich blastujących partiach. Brzmienie było bardzo charakterystyczne dla nagrań demo z tamtego okresu. Żadnych studyjnych fajerwerków, proste łojenie zarejestrowane bez zacierania śladów pewnych niedociągnięć. Pojawiają się zarówno wspomniane partie pełne blastów, tutaj muzyka przybiera na sile i staje się jedną wielką ścianą dźwięku. Przy średnich i wolnych tempach szwajcarzy operują większą jakby swobodą przekazu. Słuchając tego materiału po wielu latach odnoszę wrażenie, że pomimo solidnego wpierdolu jakim słuchacz był okładany przy szybkich partiach - to właśnie tutaj zespół się trochę rozjeżdżał, tak jakby nastał moment improwizacji i byle szybciej i głośniej. Zrzucam to na barki młodości członków DAMNATORY i ich szczerej pasji do grania muzyki. Bardzo imponującym elementem jest pojawiająca się tutaj linia melodyczna, sposób w jaki się rozwija. Chorobliwe dźwięki w wypatrzony sposób tworzą doskonałą otoczkę do pokręconych tytułów utworów. Soldine growle, które słychać, że zostały również zarejestrowane bez korekty. Ostatnim znakiem życia DAMNATORY jest demo z 2003 roku: 'The Second Side of the Coin ...', które zostało wydane dziesięć lat po EPce 'Docta Ignorantia' z 1993.




15 mar 2018

Time Lurker 'Time Lurker'


CD / Winyl / Kaseta '17
Album
Les Acteurs de l'Ombre Productions
Monotonstudio Records

Lista utworów:
1.Rupture
2.Judgment
3.Ethereal Hands
4.Reborn
5.No Way Out from Mankind
6.Passage
7.Whispering from Space

Mało kto zapewne pamięta francuski Death Metalowy Catacomb i ich nietuzinkową muzykę. Jednym z utworów na EPce 'In the Maze of Kadath', która została wydana ponownie w 1993 roku jako demo, był właśnie 'Time's Lurker'. Mick, jedyna persona odpowiedzialna za TIME LURKER, nazwał swój projekt po właśnie tym utworze. Okazuje się, że jego ciocia i wujek, kolejno Nathalie (instrumenty klawiszowe) oraz James Moreau (wokale) wchodzili w skład Catacomb. Takie wychowanie przyszłego pokolenia to ja rozumiem, hehe. A tak na poważnie, to całkiem ciekawa historia. Fajnie, że Mick zainteresował się muzyką, a ta owładnęła nim do tego stopnia, że zaczął sam tworzyć. Odkładając naszą historyjkę na bok, jak widać wydawcą została wytwórnia Les Acteurs de l'Ombre Productions obracająca się głownie wokół Atmospheric Black Metalu. Mieli kilka dziwnych wydawnictw na koncie, jak chociażby post-hardcoreowe gówno Deluge, ich sprawa w co ładują pieniądze. Faktem jest, że tutaj mamy strzał w dziesiątkę. 


Debiutancki album TIME LURKER to siedem utworów, których atmosfera, rozciągnięta w przestrzeni kompozycji, uderza dramatyzmem. Nacisk został położony na mglistą, trochę jakby rozmytą lub zdeformowaną wizję. Gdyby odnieść jednak tytuł albumu i nazwę projektu do literatury Lovecrafta, nasuwają się automatycznie skojarzenia z kosmicznym horrorem. Temu skojarzeniu, bądź też rozumieniu tej muzyki, jest mi najbliżej. Zazębia się w logiczną całość. Dziwny, niepokojący klimat kompozycji jest wszechobecny. Z jednej strony, w Black Metalu dni dzisiejszych taka aura jest niczym nowym, nie zaskakuje ani nie ściska słuchacza za gardło. Z drugiej jednak strony, Mick stworzył tutaj naprawdę niepowtarzalną atmosferę. Uśpione pierwotne Zło, które wychyla swój paskudny łeb w aktach wściekłych przebłysków, by ponownie oddalać się na chwilowy spoczynek przy akompaniamencie bardziej hipnotycznych, spokojniejszych fragmentów materiału. Urzekła mnie bardzo w tym materiale jedna rzecz. Mianowicie, słuchając go nie znajduję bezpośredniej nienawiści, gniewu. Te cechy zostały skryte przed słuchaczem, zakamuflowane niczym skradający się dywersant. Aranżacyjnie znajduję tu trochę Deathspell Omega, tyle że owe naleciałości wpływu są podane w sposób nieczytelny, zamazany. Tak jak w najgorszym koszmarze - widzisz setki wyciągniętych z mglistej scenerii rąk próbujących ciebie dosięgnąć, które w ostatniej chwili, tuż przed schwyceniem cofają się. 'Time Lurker' jest właśnie taką muzyczną alegorią. Wracając jeszcze do samych aranżacji. Na albumie znalazło się sporo partii wolnych, czystych gitar, klawiszy, psychodelicznych sampli potęgujących szaleństwo owej groteski. Na sam koniec dodam jeszcze, że wokale Micka to pieprzone cudo! Desperacja, rozpacz, wściekłość, dysharmonia i kontrastowość... Świetna rzecz.


TIME LURKER, francuski projekt jednoosobowy zagości na jakiś czas w moim odtwarzaczu. Jest w tym albumie coś, co mnie poruszyło. Trudno mi to określić, ale emocje które Mick wpuścił do tego wydawnictwa są niczym kakofonia rozdartej duszy porwanej obłędem. A do mnie to bardzo przemawiam. Jednym słowem, polecam.