19 sty 2018

Anasarca 'Survival Mode'

CD'17
Album
Sevared Records

Lista utworów:
1.Drinking Blood
2.Survival Mode
3.Cannibal
4.Blue John
5.Touching the Void
6.571
7.Pacific Dread
8.The Donner Party
9.Endurance
10.The Weird Ways (re-recorded) 
11.Scorn (re-recorded)
12.Godly Beings (Obituary cover)
13.Paralyzed
14.Dogmas Ignored (Vomiting Corpses cover)

Po 13 latach przerwy od poprzedniego albumu powróciła maszyna do zabijania, niemiecka ANASARCA. 'Dying', ich album z 2004 roku to cholernie silna rzecz spod znaku Death Metalu i tak jak do niego często wracam, tak również chętnie chwytam za poprzednie wydawnictwa: debiut 'Godmachine' oraz drugi album 'Moribund'. Bardzo ciekawym patentem jaki ten zespół zastosował było podejście do tekstów. Mianowicie, na drugim i trzecim albumie wykorzystano oryginalne teksty kolejno: morderców wyczekujących na zasądzoną karę śmierci, ludzi nieuleczalnie chorych mierzących się dzień w dzień z wizją śmierci. Można jeszcze dodać, że dowodzona ekipa przez Michael Dormann'a, to weterani sceny niemieckiej a ich początki to już rok 1995. 


Jak wygląda oblicze ANASARCA z czasu nagrania ostatniego albumu anno bastardi 2017? Zdecydowana konsekwencja, ponieważ pomimo zmian w składzie, sporej przerwy w aktywności zespołu, Niemcy kontynuują to co zaczęli na swoim pierwszym albumie. Death Metal, który można uplasować w połowie lat 90-tych, celowo nie został zamieniony i nie brzmi jak jakieś nowoczesne gówno. Spokojnie można tu uchwycić, to co zostało zapoczątkowane na 'Godmachine'. Świetna hybryda ciężaru, miażdżących riffów wraz z melodyjnymi partiami tremolo. Praca gitar nie należy do tych z rodzaju popieprzonej techniki. Z drugiej strony, nie można też odmówić tym kompozycjom sporej dawki umiejętności obsługi poszczególnych instrumentów. Pojawiające się co jakiś czas nakładające się na siebie dwie ścieżki gitar, z których każda gra zgoła inny partię, uderzają ze sporą dawką świeżości. A taki zabieg przydaje się w tym graniu, stwarza sporą przestrzeń i pozwala na oddech przed kolejnym niemiłosiernie intensywnym uderzeniem. Właśnie, kolejnym atutem ANASARCA są zmiany temp i muszę przyznać, że zespół brzmi świetnie czy to w zapieprzających blastach czy w średnich tempach. Pojawiają się też zwolnienia, rzadko ale jednak. Całość jest jednak bardzo spójna, zgrabnie zaaranżowana i utwory naprawdę są ciekawe. Wokale, cóż tu się absolutnie nic nie zmieniło. Głębokie growle z pojawiającymi się do podkreślenia pewnych partii utworów wywrzeszczanymi liniami po prostu kopią po dupie. Najważniejsze, że oba wokale są wyważone w swej współpracy, a dodatkowo nie nudzą. Za takim wynikiem może stać brak szablonowości wymiany dwóch barw wokali. Brak jakiejkolwiek obligatoryjności w pojawianiu się tych drugich, a reguła, że muszą być np co refren po prostu nie ma zastosowania. Wrócę jeszcze na chwilę do riffów, bo warto wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy. Melodyjne partie mają w sobie coś niespotykanego za często w Death Metalu. Otóż, gdy obie gitary nakładają na siebie swoje partie, bije z tym riffów niekłamany smutek, jakieś psychiczne cierpienie. Jedyne czego mi tu brakuje, to trochę bardziej wyraźnych rejestrów gitary basowej, która wydaje się jakby ukryta za ścianą gitar i perkusji. 


Czwarty album Niemców stał się faktem i sądzę, że jest to jak najbardziej godny następca trzech poprzednich albumów. Na koniec trwania płyty otrzymujemy też bonusową część. Są to nagrane ponownie dwa utwory z czasów 'Godmachine' (utwory 10-11) oraz dwa covery plus 'Paralyzed' z sesji nagraniowej 'Dying'. Całość trwa 51 minut i naprawdę jest czego posłuchać. Fani Death Metalu powinni być usatysfakcjonowani tym wydawnictwem. Osobiście, ja jestem nawet bardzo.



18 sty 2018

Formorket 'Formorket'

CD'17
Album
Spiritside Productions

Lista utworów:
1.All Souls' Night
2.King of the Black Sun
3.Discording Waves
4.His Flame Burns
5.Moments of the Undead
6.Death and Destruction
7.Walk into Nothing

Zacznę od informacji, iż owa horda już nie istnieje. W 2017 roku nagrali ten oto album i rozwiązali szyki. Początki ich sięgają do 2003 roku i jak na czternaście lat egzystencji nie wypuścili zbyt wielu wydawnictw. Ich kartę w historii węgierskiego Black Metalu można podsumować następującą ilością: dwa dema, split z Der Wald des Absterbens, ep'ka i dwa albumy. Szkoda, bo rzadko się zdarza album, który będąc przesiąkniętym duchem Darkthrone z czasów od 'Plaguewielder' do 'Sardonic Wrath', dodatkowo wręcz emanuje aurą niespokoju. Oczywistym jest, że granie na modłę wspomnianego Darkthrone to kompletnie nic nowego. Tą muzykę słyszeliśmy po tysiące setek razy na innych wydawnictwach. Jedno jest pewne, a mianowicie - FORMORKET uderza w sedno Black Metalu, ohydnego, brudnego i najzwyczajniej pełnego Zła.


Ga'eheln i Saterion obecnie tworzą projekt o nazwie Svoid. Dziwna muzyka z pogranicza post Black Metalu wymieszana z Indie i tym podobnymi nowoczesnymi dźwiękami. Niestety, kompletnie nie moja stylistyka, więc w tym miejscu zakończymy ową wzmiankę na poziomie czysto informacyjnym. FORMORKET to po prostu Black Metal. Przesiąknięty norweską szkołą grania, surowy i charakteryzujący się surowym brzmieniem. Jednakże, horda postarała się by album mimo swej prymitywności na każdym pułapie, został zaopatrzony w dynamiczne, 'nie-garażowe' brzmienie. Dźwięk jaki serwuje na duet z Węgier jest wyraźny, nasycony wylewającym się z niego trupem, ale to nie sala prób. Brzmienie jest o jeden poziom lepsze, tym bardziej z bardzo dobrze słyszalnym basem, którego ponury puls można swobodnie wyłapać z gradu gorączkowych lecz spójnych riffów. Jeśli jesteśmy przy pracy gitar to dodać można, że w większości są oparte na otwartych strunach, pojawiają się partie tremolo i harmonie. Czyli taka podstawa surowizny, ni mniej ni wiecej. Kolejnym atutem są elementarne, niczym wyrwane z podręcznika (o ile taki by istniał), wokale. Przez całość trwania 'Formorket' to istna wojna, niczym ryk bestii nawołującej do masowej zagłady. Głos, który wzywa w swej mocy wszystkich Piekielnych i ich pomioty. Gdy album się kończy, pozostaje pustka.


Drugi album FORMORKET ukazał się również na kasecie limitowanej do 50 sztuk. Cholernie szkoda, że Węgrzy zakończyli działalność. Tak purystycznych w swym podejściu jak i wydźwięku podziemie potrzebuje. Wysoki poziom, po prostu czysty Black Metal. Warto mieć ten album w kolekcji. Maniacy norweskiego brudu i prymitywnego grania znajdą tu coś dla siebie.



17 sty 2018

Drowning The Light 'Long Forgotten in the Shadows'

CD'15
Kompilacja
Razed Soul Productions

Lista utworów:
1.Long Forgotten in the Shadows
2.Path of Old
3.The Lonesome Night Sky
4.To Fear Neither Noose Nor Fire
5.Dawn of Fase Prophet
6.Tormented Nights (Restless Visions)
7.Amongst the Bones of Our Ancestors
8.My Honour Is True
9.Back to the Gas Chamber
10.Wandering Alone and Forgotten Forever
11.Broken Bones of a Decaying World
12.Of Celtic Blood & Satanic Pride
13.Spill the Blood of the Lamb (Judas Iscariot cover)

Zanim dotrze do mnie ostatni album Azgorh'a, który ukazał się pod koniec ubiegłego roku, wpadła mi w łapska taka oto składanka. Jest to zbiór nagrań z okresu 2007-2008. Czas ten był okresem współpracy głównodowodzącego DROWNING THE LIGHT z muzykami Tasmańskiej sceny Black Metalowej. Jeśli zaś mowa o zawartości krążka, to mamy tu liczne nagrania ze splitów z: Forbidden Citadel of Spirits oraz z Empire of Tharaphita, taśm demo 'Tormented Nights' i 'Dungeon Rehearsal'. Ta ostatnia demówka to totalny sztylet w plecy nowoczesnej technice nagrań, albowiem ten reh został nagrany na magnetofonie kasetowym w sali prób. 


DROWNING THE LIGHT to od lat ikona surowego grania, które maniacy albo ubóstwiają lub które kompletnie lata innym koło dupy. Horda ta, a może raczej projekt, co roku zasypuje nas przynajmniej kilkoma wydawnictwami i sytuacja ta trwa od 2003 roku. W całej historii dopatrzyłem się jedynie 2005 roku, który pozostał bez jakiegokolwiek śladu wydawniczego. Przez lata, Azgorh zdążył nas przyzwyczaić do specyficznego Black Metalu jaki oferuje. I każde kolejne wydawnictwo, dla tych który okres raczkowania w muzyce mają za sobą i nie zatrzymali się na popłuczynach Behemota, to kolejna wyprawa w świat wampiryzmu, odosobnienia i melancholii dążącej w zamyśle do wyklęcia i zapomnienia. Owszem, od albumu 'From the Abyss' DTL zmienił swoje oblicze i ten album wraz z jego następcą za którym czekam, są podane z nieco lepszym brzmieniem i struktury utworów są bardziej rzekłbym epickie. Na pozostałych wydawnictwach, jak chociażby prezentowana tu kompilacja, DROWNING THE LIGHT poraża prymitywnością brzmienia, surowymi szkieletami kompozycji i silną grą emocji przewijających się w atmosferze ich Black Metalu. Wściekłość przemieszana z pogardą które jątrzą się z blastujących partii wchodzą w pewną symbiozę z nieokreśloną falą negacji. Słuchając tej muzyki mam ochotę wymazać dzień z jego światłem z mojego życia i zatopić się w blasku nocy. Wręcz pierwotne riffy gitar, bas wspomagający akordy i zimne, mizantropijne wokale Azgorh'a. Można by rzec, że to stricte demówkowe granie i czym się tu podniecać? Być może, ale DTL był dla mnie od zawsze spadkobiercą tego co pozostawił po sobie Moonblood. Zgoła odmienne granie, lecz łączące się w surowości, ohydnym i przeklętym klimacie wypełnionym goryczą istnienia. 


DROWNING THE LIGHT i ich kolejne wydawnictwo, które zostało wydane jakiś czas temu, to płyta którą maniacy tej hordy winni zdobyć. Tym bardziej, że split z Forgotten Citadel of Spirits można nabyć obecnie za bagatela jakieś 50-60 dolarów. O rehu nawet nie wspomnę. Kompilacja ta, poza wspaniałą atmosferą odosobnienia czy wręcz pogardy życiem, to zebrane nagrania, które dzisiaj ciężko kupić. Idealne do odsłuchu nocą czy na długich samotnych wojażach pośród gór i lasów.



16 sty 2018

Blood Chailce 'Sepulchral Chants of Self-Destruction'

CD'17
Album
Helter Skelter Productions

Lista utworów:
1.The Unholy Angel of All
2.The Passage
3.Coven
4.The Four
5.Deification
6.Conjuration of the Fire God
7.Sepulchral Chants of Self-Destruction
8.Baptized with Blood
9.Confession
10.Ritual Birth of the Antichrist
11.Blaze of Your Faith
12.Bestial Unification

Po chłoszczącym niczym pejcz bezlitosnej dominy demie, czwórka Finów rok później powróciła z pełnym wydawnictwem. Gdyby wziąć pod uwagę macierzyste zespoły tych kolesi, to nikt by się takiego wpierdolu nie spodziewał. Otóż, chłopaki udzielają się w dziwnych Thrash Metalowych zespołach, z którymi mi zupełnie nie po drodze. Jedną z bardziej znanych ekip zamieszany jest wokalista P.H., a mianowicie mowa tu o Torture Killer. Debiutancki materiał to potężny ładunek krzyżówki Black i Death Metalu, który łamie kości sposobami jakich nie powstydzili by się najlepsi.


Skoro już padła fraza nawiązująca do najlepszych z gatunku, to wpływy Finów nie ograniczają się wyłącznie do Kultu Ross Bay. Rozwiązania aranżacyjne to nie tylko ultra wściekły i chaotyczny, przepełniony furią i amokiem, ściana dźwięku którą niejeden z nas uwielbia. BLOOD CHALICE idzie krok dalej. Poza obowiązkowymi zwolnieniami, które jeszcze bardziej wspomagają odczucie grobowej atmosfery, znajdziemy tu riffy które można by bezproblemowo wykorzystać w Death Metalowych utworach. Dla przykładu taki 'Conjuration of the Fire God' to niesamowity utwór, który bardzo sprawnie łączy właśnie elementy tradycyjnego Death Metalu z bestialskim szaleństwem. Horda sprawdza się w każdym aspekcie, a mowa o jakichkolwiek przeszkodach, gdzie można by usłyszeć słabsze granie jest nie do przyjęcia. Potężne brzmienie, cholernie mocna strona warsztatu muzyków, a dopełnieniem wszystkiego są wokale wspomnianego już wyżej P.H.. Z jednej strony można przyjąć, że to dość prymitywne granie, ale z drugiej mamy tu do czynienia z masakrującą precyzją. Chaos, a raczej kreowanie go, jest w aranżacjach Finów elementem dominującym. Ta czwórka opętanych potrafiła dla własnych potrzeb poskromić go. Tylko po to by ze zdwojoną siłą kreować jeszcze bardziej potężne Zło. Jedno wielkie opętanie, przelewana krew i cmentarny rytuał!


'Demo 2016' zapowiedziało olbrzymi potencjał tej Fińskiej hordy, a album 'Sepulchral Chants of Self-Destruction' tylko potwierdził owe przypuszczenia. Jeśli BLOOD CHALICE nie uleje z pełnego kielicha krwi strużki w kierunku złagodzenia swojej muzyki, możemy być pewni kolejnych udanych wydawnictw. Póki co mamy ten, wykopany z grobu, ochłap i na pewien czas musi wystarczyć.

15 sty 2018

Tombstalker 'Black Crusades'

CD'15
Album
Shadow Kingdom Records

Lista utworów:
1.Forlorn Recollections
2.Chaos Undivided
3.Blood Thirster
4.Fate Weaver
5.Black Crusades
6.Soul Eater
7.Plague Father
8.Chaos Enthroned

Trio z dzisiejszej recenzji pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i na cel owa ekipa obrała sobie old school Death Metal. Debiutancki album przenosi na bardziej w rejony Szwecji niż w okolice Tampy na Florydzie. I trzeba im to przyznać, fascynacja wysypywanym tonami żwiru na struny wychodzi bardzo dobrze. O tym jednak za chwilę. TOMBSTALKER został powołany do życia w 2008 roku i zanim w 2015 roku wydali debiutancki album, na grobach wylądowały jeszcze dwa dema, dwa splity i jedna Ep'ka. Przyznaję się, że materiał zawarty na 'Black Crusades' to mój pierwszy kontakt z tą nazwą, a do tego na tyle udany, że zachęca by poszukać poprzednich wydawnictw. 


Na samym początku trzeba nadmienić, że TOMBSTALKER odwalił tu kawał całkiem dobrej roboty. Łącząc stylistykę znaną z twórczości takich wręcz legend jak wczesny Dismember czy z tego samego okresu Entombed z marszowo - rytmicznymi patentami niedoścignionych bogów z Bolt Thrower, 'Black Crusades' to konkretny niszczyciel, które powinien dumnie przemierzać morza Death Metalu. Owszem, są odstępstwa od przedstawionego przepisu jaki stosują Amerykanie w swoich utworach, gdy zespół zapędza się w bardziej melodyjne riffy zbliżając się niebezpiecznie do Gothenburga. Na szczęście takowych zapędów jak na lekarstwo, a TOMBSTALKER zadaje cios za ciosem. Riffy gitar są bardzo przemyślanie zaaranżowane, przeskakując z morderczych i brudnych patentów na te bardziej jakby militarne. Szczerze mówiąc, to spoglądając na okładkę zdobiącą 'Black Crusades' nie spodziewałem się takiego grania. Byłem przygotowany na coś spod znaku Brutal Death Metalu, a tu proszę - niespodzianka pełną gębą. Świetne, absolutnie świetne brzmienie perkusji podkreślające naturalność instrumentu ale i zarazem jego olbrzymią potęgę. Partie zagrane przez Basilisk'a nie należą do najłatwiejszych, bo w przejściach czy na zakończenie riffów gitar usłyszymy łamanie temp. Przede wszystkim jednak czuć tu cholerną łatwość gry i jej autentyczność. Egzekucję, na jaką nas wiedzie trio z USA, porównałbym do fachu średniowiecznego kata, który ze swoim już dwudziesto-kilku letnim stażem, wie że dokona tego z dużą precyzją i spokojem. Po prostu skutecznie zabije. Kolejny plus to wokale, które należą do Conqueror Horus'a znanego co niektórym z Pyromancer'a. Facet ma piekielne gardło! Growle i ich niskie rejestry oraz głębia tego wokalu to mistrzostwo!!! Podkreślają we wręcz niestworzony sposób przemoc, gwałtowność i inferno tego tego materiału!


TOMBSTALKER nagrał album po który powinni sięgnąć absolutnie wszyscy maniacy Death Metalu starej szkoły. Materiał został wydany w trzech formatach, więc niech każdy się rozejrzy za własnym egzemplarzem. W 2017 roku zespół wydał jeszcze 7'' z dwoma utworami zatytułowaną 'Chaotic Devotion'. Chyba starczy słów, czas aby przemówiła muzyka sama za siebie. Polecam!



12 sty 2018

Pestkraft 'Pest'

CD'17
Ep
Nigredo Records

Lista utworów:
1.Pest
2.Dark Shadow
3.Misery
4.Suffering Soul
5.Descensus Ad Inferos

Kilka dni temu otrzymałem tą płytę od Katii z Nigredo Records. Płyta miała jeszcze trochę przeleżeć w kolejce do przesłuchania, ale coś mnie cholera tknęło i pomijając wszelakie zaplanowane kolejności przesłuchań, chwyciłem 'Pest' w łapska i umieściłem krążek w odtwarzaczu CD. Okazuje się, że warto czasem posłuchać głosów wewnątrz własnej głowy, podpowiadających to czy owo. PESTKRAFT to zupełnie nowa horda w podziemiu i 'Pest' to ich pierwsze wydawnictwo, które oryginalnie ukazało się w 2016 roku na bandcampie. Karawana śmierci zaczęła swój wymarsz, więc zapraszam na kilka słów odnośnie zawartości tej Ep'ki.


Nigredo Records wydało kolejną pozycję, która jest silnym ciosem. Po bardzo udanym wydawnictwie włoskiego Krowos, tym razem szefowa szwedzkiego labela zarzuciła swe wici na ziemię hiszpańską. Ostatnimi laty podziemie Black Metalowe utworzyło kilka rodzai, czy może właściwym słowem będzie odłamów tej muzyki. I tak oto PESTKRAFT dołączył do grona piewców wszelakich plag i zaraz - co sugeruje nazwa hordy oraz dosłownie tytuł tego wydawnictwa. Black Metal prezentowany przez hiszpańską hordę łączy w sobie trochę z nurtu ortodoksyjnego, ale również wiele w tej muzyce prostoty. W szczególności riffy gitar, które stanowią tutaj główny człon wydawnictwa. Powtarzalność riffów wychodzi tu naturalnie. Słychać, że nad kompozycjami spędzono trochę czasu, ale dalekie to od przekombinowania. W partiach gitar poza oczywistymi riffami piłowanych strun, znajdziemy sporo motoryki rytmicznej. Ten zabieg daje cholernego, pieprzonego kopa i po prostu wybija zęby! Kolejna sprawa, opętane harmonie, które pojawiają się w riffach budują śmiertelną atmosferę. Przy silnie wtórującym, bezustannie pulsującym i  trzaskającym basie, ma się wręcz nieodparte wrażenie kroczących w ciemnościach lekarzy śmierci z charakterystycznymi ptasimi maskami zakrywającymi twarze. Bardzo duże wrażenie zrobiły na mnie wokale, tym bardziej należące do kobiety. Dziewczyna naprawdę wyrzyguje z siebie absolutną ciemność. Jest w tym ból, agonia jawiąca się w krzykach. I jeszcze ta desperacja, ten brak cholernej nadziei! Kurwa, w tym momencie kreacja Zła poprzez dźwięki, poprzez muzykę nabrała nowego znaczenia. 


Debiut PESTKRAFT zdecydowanie należy zaliczyć do udanych. Mocne wydawnictwo, które prawdopodobnie nie zawojuje podziemia, ale przecież nie w tym rzecz. Najważniejsze, że solidność kompozycji, autentyczność pomysłów przekazanych i nagranych w sposób jaki zrobili to Hiszpanie, pozwala z niecnym uśmieszkiem na gębie cieszyć się tym wydawnictwem. Polecam.



Aegrus 'Thy Numinous Darkness'

CD'17
Album
Saturnal Records

Lista utworów:
1.Embodiment of Chaos
2.Call of Lucifer
3.Psalms of Satan
4.Thy Numinous Darkness
5.The Black Stream of Death
6.Dark Essence
7.Transcendence
8.Black Goat Manifest

Na scenie istnieją od 2005 roku i pomimo tego, że to już 13 rok aktywności Fińskiego AEGRUS się właśnie zaczął, jakoś nigdy za specjalnie aktywni nie byli pod względem ilości wydawnictw. Rzekłbym nawet, że to bardziej taka przecięta liczba wydanych materiałów biorąc pod uwagę staż Finów. Jednakże nie od dzisiaj wiadomo, że ilość nie zawsze idzie w parze z jakością. Może i dobrze, że jest jak jest, bo co tu wiele ukrywać - do Black Metalu marki AEGRUS nie można się przyczepić. Tak więc biadolenia nie będzie, a poniżej krótki opis zawartości 'Thy Numinous Darkness'.


Jak przystało na Finlandię i Black Metal z tamtych stron, muzyka zawiera sporą dawkę mrocznej melodyki zawartej w ciernistym brzmieniu gitar. Niestety, jedynym mankamentem jaki mogę tu wytknąć to brzmienie całego albumu. I tak, jeśli gitary są zarejestrowane z wystarczającą ilością jadu, tak niestety sekcja rytmiczna została za bardzo 'ugłaskana'. Odnoszę wrażenie, jakby 'Thy Numinous Darkness' trochę na tym stracił. Poniekąd można to traktować również jako zaletę, bo w przypadku Finów album zyskał sporo przestrzeni, a same kompozycje są poza większą czytelnością, są także bardziej dynamiczne. Dodatkowo na obronę śpieszę zauważyć, że brzmienie jest dalekie od wszelakiej nowoczesnej błazenady szerzącej się wśród znanych mainstreamowych zespołów. Koniec końców, do tragedii daleko. Wspomniałem o melodyjności linii gitar i sprawa ma się następująco. Otóż, poza świetnie przekazanym klimatem fanatyzmu ku czci Diabła, niektóre riffy mają w sobie elementy jakby zaczerpnięte z folkloru Fińskiego. Być może przesadzam z tym porównaniem, ale zdarzyły się o ile dobrze pamiętam momenty na albumie gdzie 'brewka mi tyknęła' ze zdziwienia. Nie przypominam sobie by na poprzednim albumie były podobne nawiązania, stąd i pojawienie się znaku zapytania w mojej głowie. Utwory zawarte na drugim albumie Finów należą do grupy tych dłuższych, bardziej rozbudowanych i oscylują w granicach sześciu minut. I pomimo powtarzalności riffów, monotonii nie znajdziemy. Bardzo dobrze zaaranżowane partie perkusji, które bardzo dobrze podkreślają poszczególne partie gitar, ale i też świetnie współgrają z rozwścieczonymi wokalami. Te z kolei, niczym nawiedzone koszmary przewijają się przez całość trwania albumu. Wyjątkiem jest przedostatni utwór, spokojniejszy i wyłącznie instrumentalny. 


Tytuł jednego z utworów będzie pasował idealnie jako podsumowanie. Mówię tu mianowicie o 'Transcendence'. Według mnie, 'Thy Numinous Dakrness' jest właśnie formą transcendencyjnej dewocji, kompletnego oddania się z pułapu duchownego. Z każdym kolejnym przesłuchaniem odbiorca odnajduje coraz większe pokłady Zła, zimna i niemoralności, które niczym kolejne lawiny zasypują ofiary ścieżek górskich. Ścieżek 'Świętej Ciemności'.



11 sty 2018

Wound 'Engrained'

CD'17
Album
F.D.A. Records

Lista utworów:
1.I Am Havoc
2.The Gateway to Madness
3.Thy Wrath and Fire
4.Morbid Paradigm
5.Carrion
6.Of Non Serviam
7.The Plague
8.Engrained

Drugi album niemieckiej brygady WOUND, to kontynuacja wytyczonego na debiucie 'Inhale the Void' old schoolowego Death Metalu. Muzyka jaką wykonuje ten zespół mocno haczy o rejony starej dobrej Szwecji. Oczywiście chłopaki dorzucają tu swoje przysłowiowe pięć groszy czyniąc tym samym materiał jeszcze ciekawszym. Początki WOUND sięgają roku 2011. Mija rok - Niemcy rejestrują swoje pierwsze i jedyne do tej pory demo zatytułowane 'Confess to Filth - Demo MMXII'. Ten materiał daje im w efekcie przepustkę do obecnej wytwórni z którą pracują do chwili obecnej. 


'Engrained' został mocno zakorzeniony w szwedzkiej szkole Death Metalu. Im bardziej album się rozkręca tym bardziej odnoszę wrażenie, że mam do czynienia ze starym At The Gates z czasów chociażby 'Slaughter of the Soul'. Czy to dobrze? Cóż, przyznaję się bez bicia, że mi takie granie bardzo leży. Mając na uwadze, co obecnie wspomniany zespół sobą prezentuje, tym chętniej posłucham kolejnych kilka razy hołdu ku takiemu graniu jakim jest ten album. Zacznijmy zatem od brzmienia, które jest imponujące. Słychać w nim ducha czasów przeszłych, ale to nie wszystko. WOUND dorzucili też wyrazistość, podkręcili brzmienia basowe, przez co album nie może być definiowany tylko przez swoją melodyjność riffów. Gdyby odseparować riffy od wspomnianych partii melodii, to pozostałoby nam jakieś 30-35% składające się na rytmiczne zagrania, przejścia i prostotę, która powoduje, że łeb sam się kiwa. Są momenty gdzie zespół wyraźnie idzie w kierunku d-beat wybijanego tempa, ale to jeszcze bardziej podkreśla rutyniarstwo starej szkoły. I gdzieś między tymi wszystkimi melodiami a bezpośrednim graniem wiruje, wplata się zabójcza substancja. Draństwo te wyzwala sporą dawkę wściekłości, jątrzy i rozsierdza do granic bólu. Materiał zawarty na 'Engrained' po prostu Death Metal. Może nie aż tak bezpośredni w swej brzydocie, chamstwu i ohydzie, ale na swój sposób nadal sprzedający potężnego kopa w jaja. Zróżnicowane tempa, wściekłe wokale budują napięcie stopniowo by uwolnić furię monolitu WOUND. 


Niemcy wydali w szeregach F.D.A. Records drugi album, bardzo udany album. Ci z was, którzy uwielbiają melodyjność wymieszaną z solidną pięścią wymierzoną w pysk, powinni bez zastanowienia sięgnąć po ten materiał. Nie jest to granie gdzie blast goni blast. Nie jest to także krypta wypełniona pleśnią, ani gruzowisko. 'Engrained' to pomnik dla melodyjnej i starej Szwecji.



Förgjord 'Uhripuu'

CD'17
Album
Werewolf Records

Lista utworów:
1.Johdanto
2.Uhripuu
3.Kuolleiden yö
4.Täyttymys
5.Vahvempi kuin koskaan
6.Nälkämaan laulu
7.Kiviseen syleilyyn
8.Tie, totuus ja kuolema
9.Ovat korpit pois lentäneet
10.Joutsenlaulu (Yö cover)

Zeszłego roku Finowie wydali swój trzeci już album, tym razem pod skrzydłami Werewolf Records. Horda ma swoje początku już w 1995 roku, ale pod obecną nazwą działa od 1999 roku. Pamiętam jeszcze moje pierwsze spotkanie z tym tworem przy okazji 'Henkeen ja vereen', kompilacyjnego wydawnictwa które katowałem niemiłosiernie długo. Pomimo, że był to raptem zbiór nagrań z prób, demosów z czego jedno z nich nie było nigdy wydane, to surowość i totalny brud brzmienia porwał mnie bezpowrotnie. I tak już z FÖRGJORD zostałem po dziś dzień. 


'Uhripuu' można by określić mianem charakterystycznego albumu Black Metalowego dla Fińskiej sceny. Chropowatość brzmienia, ten jakże rozpoznawalny brud połączony z prostotą struktur utworów, daje w efekcie piorunujący efekt. Prawda jest taka, że słuchając ich muzyki nawet bez kwapienia się celem tłumaczenia ich tekstów z fińskiego, przekaz może zostać bardzo łatwo zrozumiany. Poziom Zła czającego się w dźwiękach skomponowanych przez FÖRGJORD jest wręcz na wyciągnięcie ręki, rzeczywisty i namacalny. Co więcej, wyegzekwowanie melodii połączonej z niesamowitym feelingiem z tak rygorystycznego wręcz podejścia do Black Metalu jak w przypadku tego albumu , zakrawa na miarę przynajmniej bardzo przemyślanego i jeszcze bardziej udanego w efekcie zabiegu kompozycyjnego. Pod całunem prymitywnej surowizny skryte zostały łakome kąski, które wychodzą na jaw po kilku przesłuchaniach. W szczególności riffy gitary prowadzącej - melodie, które nawet po części mają w sobie mały procent folkloru. Trudno to opisać, ale album ma naprawdę wręcz genialnie ułożoną set-listę. Wszystko jest cholernie spójne, a kolejność utworów wydaje się być bardzo przemyślana. Kolejny plus 'Uhripuu' to wyważenie brzmienia i poziomów głośności wszystkich instrumentów, włączając w to także wokale. Te z kolei, pomimo swej donośności i pieprzonej trucizny jaką w sobie niosą, nie zagłuszają pozostałych partii reszty hordy. Niby nic wielkiego, ale pamiętać należy, że w tak nieugłaskanym materiale, to jednak spore wyzwanie które udało się osiągnąć. Poza wspomnianą aurą Zła, jest tu też spora dawka bólu. W wolniejszych partiach i tam gdzie pojawiają się fragmentami klawisze, atmosfera gęstnieje i ujawnia się właśnie owe cierpienie. Mocne, całą duszą i diabelnie wyraziste (w szczególności w utworze 'Kiviseen syleilyyn'). 


Trzeci album FÖRGJORD to konkretny album, którego maniacy Fińskiego Black Metalu nie powinni przegapić. Ci z was, którzy opisywaną hordę znają, wiedzą czego się spodziewać. Połączenie brudu z niesamowitą dawką Zła i mąk daje efekt, którego doświadczycie słuchając trzeciego opusu zatytułowanego 'Uhripuu'.



10 sty 2018

Dråpsnatt 'Skelepht'

CD'12
Album
Frostscald Records

Lista utworów:
1.Meningslösheten
2.Klardrömmar
3.Skelepht
4.Tonerna till vårt slut
5.Échec
6.Förruttnelsens hypostaser
7.Valan
8.Intigheten

W 2016 roku DRÅPSNATT zawiesił działalność na dobre. Osobiście bardzo cenię ten zespół i mimo, że już nie istnieją, często wracam do ich twórczości. Duet ten pochodzi ze Szwecji i jego początki datują się na rok 2005. Zanim doszło do rozwiązania szeregów, Szwedzi nagrali trzy albumy. Każdy z nich na wysokim poziomie, z polotem i masą pomysłów. Trochę to przykre, że masa gównianych ścierwojadów z ledwością potrafiących trzymać gitary nagrywa kolejne bezwartościowe materiały, a zespół pokroju DRÅPSNATT kończy działalność. Na pocieszenie pozostawili nam jako swą spuściznę trzy wspaniałe albumy spod znaku Atmospheric Black Metal. Tym razem gruzu nie będzie.


Trzeci i zarazem ostatni album, to bardzo atmosferyczne granie. Duet wciąga nas w wir wykreowanego świata nakreślonego dźwiękiem w którym to dominują siły Matki Natury wymieszane ze smutkiem i wściekłością. Te dwa ostatnie 'epitety' można mnożyć na wszelaki sposób i wyciągać z nich pochodne, albowiem śmiem zaryzykować, że nikt nie jest w stanie opisać ogromu ładunku emocjonalnego włożonego w ten materiał. Struktury utworów powalają bogactwem poszczególnych patentów. Brakuje jednostajności, utwory zaskakują rozwiązaniami i wpleceniem w ich szkielety czystych gitar, instrumentów smyczkowych, pianina czy klawiszy. Brzmi to arcyciekawie, kusi i zachęca do kolejnych odsłuchów, przy których to odkrywamy kolejne smaczki nie wychwycone poprzednio. Mocno brzmiące i wysunięte na przody gitary nie są pozbawione w swej surowości mocy, którą DRÅPSNATT serwuje z umiarem przeplatając co rusz spokojne partie z nacechowanymi brzydotą. Zauważycie tu sporo partii bez gitar z pejzażami stworzonymi przez klawisze, a w tle rytmicznie bijącą perkusję. Są też chwile jak chociażby w 'Klardrömmar' gdzie duet ucieka się nawet do dziwnych elektronicznych sampli. Trzeba się do nich przyzwyczaić, bo patrząc na całokształt albumu, w tych miejscach bardzo dobrze pasują. Wokale to istna zaciekłość, histeria a nawet obłęd które momentami przechodzą w doniosłe czyste śpiewy. Szwedzi znakomicie operują emocjami. Trzeba po prostu czuć tą muzykę, żyć nią, by móc dokonać takiej żonglerki natłokiem emocjonalnego liryzmu.


'Skelepht' jest niczym dobra książka, gdy kończymy lekturę a nasz bohater przetrwał mimo ogromu kłopotów, cieszymy się z bogato spędzonego czasu a zarazem dopada na smutek, że to już koniec. Osobiście niezbyt często wracam do tych samych książek. W przypadku muzyki czy zaspany, czy wkurwiony czy w normalnym nastroju otwartego grobu - wracam w każdej chwili. Tym bardziej do takich ujmujących albumów jaki na pożegnanie zaoferował nam DRÅPSNATT.

Wytwórnia już nie istnieje - brak linka.


Filthdigger 'Damned by the Living Dead'

CD'16
Album
Cavernous Records

Lista utworów:
1.Ended Life
2.The Living Dead
3.Nuclear Spit
4.Rapid Descend
5.Tortured
6.Nagasaki Nightmare

Ekipa ta pochodzi z Norwegii z Oslo i zanim nagrali ów ohydny debiut ociekający ropą ze zjełczałych tkanek zwłok poddanych naturalnemu procesowi rozkładu, wypuścili cztery taśmy demo. Debiut tych maniaków jest dostępny w każdym z możliwych formatów, chociaż kasety w chwili obecnej będzie trudniej dostać. Początki zespołu sięgają raptem 2012 roku, ale do cholery to jest tak dobry wpierdol, że to trzeba mieć. Piszcie do zespołu po swoją sztukę, a poniżej już tłumaczę dlaczego warto mieć ich album.


Piewcy żywych trupów i śmierci pod wszelaką postacią - tak można by w skrócie opisać przekaz tej Death Metalowej maszyny do zabijania. Materiał zawarty na 'Damned by the Living Dead' nie trwa nawet trzydziestu minut, ale jest to wystarczająco intensywne doświadczenie i muszę przyznać, że w zupełności wystarcza. Co więcej, te sześć utworów skopało mi tak dupsko jak rzadko który album nawet przez czterdzieści minut. A więc co tu tak naprawdę nagrano? Otóż, brudny i niechlujny Death Metal z zaczerpnięciami ze stylistyki punkowej. Niby nie jestem zwolennikiem takich połączeń, a już tym bardziej wspomnianego gatunku, ale FILTHDIGGER wykonał mistrzowsko swoje zadanie. Brud brzmienia, prostota aranżacji i chaotyczne wokale - czyż można chcieć czegoś więcej? Riffy gitar przez większość albumu to miks otwartych strun wraz z intensywnym tremolo. Ta druga cześć sposobu rzygania riffami daje bardzo dobry efekt kojarzący się z cuchnącymi, dusznymi produkcjami rodem z najczarniejszych krypt. Jakby jednak na to nie patrzeć, to jest w tym coś co definiuje ich Death Metal jako typowo skandynawski. Po trochu nawet bardziej idący w stronę szwedzkiej stylistyki. Niewygodną dla ucha atmosferę potęguje tu dodatkowo brzmienie, które swój syf wylewa na słuchacza setkami kolejnych wiader. I na koniec wokale. Cóż, zwolennicy growli mogą odpuścić sobie. Nekromizör wrzeszczy, a momentami końcówki wyszczekanych fraz brzmią niczym wycie konającego. Po prostu konkret.


Bez sztucznego napinania się i po kilku demach FILTHDIGGER nagrał swój debiut, który maniacy brudnego Death Metalu powinni mieć. Prymitywny, chamski, nieokiełznany i przesiąkniety smrodem zgnilizny. Taki Death Metal to czysta przyjemność.



9 sty 2018

Insulter 'Crypts of Satan'

CD'16
Album
Witches Brew

Lista utworów:
1.Into the Pits of Gehennah
2.Demon Reborn
3.Thrashing Hell
4.Black Blood Desecration
5.Destroy All Holiness
6.Rites of Possession
7.Satanic Bier
8.Into Battle

Debiutancki album ekipy z Niemiec przeszedł dość niezauważony. Być może się mylę, ale nie widziałem wysypu recenzji dotyczących tego krążka, a wywiadów tym bardziej. Szkoda, bo trio z zza naszej zachodniej granicy zapierdala z konkretną muzyką. Najprościej można by 'Crypts of Satan' wrzucić do szufladki Blackened Thrash Metalu i nie rozpisywać się ani zdania więcej. Prawdą jest, że takie dźwięki przemawiają najlepiej same za siebie. Taka parszywa moja rola i poniżej znajdziecie krótki opis tego co wychwyciłem słuchając debiutanckiego materiału Niemców.


W przypadku INSULTER i ich albumu sytuacja od samego początku jest dla mnie patowa, bo nie znalazłem niczego co by chociaż położyło cień mogący ich przekreślić. Przypomina to scenariusz rodem: 'mam 180 kg wagi i by nie stracić życia stosuję dietę by móc być bezpiecznie poddanym operacji, jednak codziennie skutecznie wpierdalam 2 paczki chipsów'. Chęć uczepienia się jakiekolwiek fragmentu tej płyty przypomina skuteczność diety przywołanego powyżej biedaka. Jakiejkolwiek bzdury bym nie wyssał z palca na temat tej płyty, muzyka sama się obroni niczym tłuste paczki przekąsek. Pozostawiając jednak na boku dietetyczne rozkminianie, trzeba przyznać, że INSULTER wykonał kawał zajebistej roboty. Zastanawia mnie tylko ubogość pozycji w dyskografii. Od 2005 roku wydali tylko jedno demo i ten album. Z tego co też udało mi się zaobserwować, kolejny jest już promowany i niebawem się ukaże. Z drugiej strony, pieprzyć owe powody! Ważne, że powstał tak zajebisty album i śmiało można powiedzieć, że zawiera w sobie elementy kwintesencji spod znaku Blackened Thrash Metal. Cholernie rytmiczne granie poruszające się po sprawdzonych przez lata patentach. Kompletnie nic nowego, nic absolutnie wnoszącego do tego gatunku, ale mi wystarcza! Świetna autentyczność, pieprzona pasja połączona z jadem jakim plują w naszą strone riffy gitar doprowadza do obłędu. Muzyka INSULTER to zdecydowanie koncertowe piekło, podejrzewam że na żywo ten materiał po prostu zmiata z powierzchni! Warto zwrócić uwagę na utwór 'Black Blood Desecration', który jest cholernie ciężkim walcem o strukturze w przynajmniej 90% Death Metalowej. Pulsujący bas wprawia w drżenie membrany kolumn, a jazgot gitar podstawia ostatni gwóźdź do trumny. Rytmiczne bicie perkusji nadaje niesamowitej mocy, przebicia muzyki w dynamiczny silnik napędzający kawalkadę ośmiu utworów 'Crypts of Satan'. Wokale są bardzo zbliżone do barwy głosu Sataniac'a z Desaster, a to według mnie już na sam koniec bardzo duża rekomendacja.


Trochę ponad trzydzieści minut i album bardzo szybko się kończy. Jego dynamika powiązana z old schoolowym graniem zawiązuje solidny pakt z bardzo dużą łatwością odbioru materiału. Nie jest to bynajmniej nic złego, bo każdy utwór z osobna stanowi doskonały przykład tego czym jest, był i będzie po prostu Metal. Czekam zatem na drugi album Niemców i mam nadzieję, że będzie równie mocny jak jedynka.



Jordablod 'Upon My Cremation Pyre'

CD'17
Album
Iron Bonehead Productions

Lista utworów:
1.En Route to the Unknown
2.Liberator of Eden
3.Chants for the Black One
4.Hin håle
5.A Sculptor of the Future
6.Of Fiery Passion
7.Upon My Cremation Pyre

Młode trio z Malmö, którego początki sięgają 2015 roku, wydało zeszłego roku pod skrzydłami Iron Bonehead swój debiutancki pełen album. Szwedzi zanim nagrali 'Upon My Cremation Pyre' wydali jeszcze dwie taśmy, z czego jedna również była sygnowana nazwą niemieckiego labela. Album, poza opisywanym tu formatem CD, został wydany również w postaci winylowej, również przez Iron Bonehead Productions. 


Siedem utworów składających się na całość debiutu JORDABLOD to bardzo przyjemna dla ucha różnorodność. Trzeba oddać Szwedom ich bardzo udany a zarazem szczery hołd dla samego Bathory, ale na tym chłopaki nie poprzestają. Dźwięki wydobywające się z poszczególnych utworów to specyficzna mieszanka. Owszem, wypadkową do stworzenia tej hybrydy jest bezsprzecznie Black Metal, ale słychać tu wpływy folkowe (w szczególności w liniach gitar) czy całym utworze 'Hin håle' który wręcz ocieka mrocznym romantyzmem. Aranżacje utworów są zróżnicowane, a ich rozbudowane struktury sięgające nawet ponad jedenastu minut robią wrażenie. JORDABLOD oferuje coś według mnie na tyle zaskakującego, że owa muzyka w pełni słuchacza porywa. Pomimo wyraźnych wpływów z przeszłości, 'Upon My Cremation Pyre' oferuje też sporą dawkę psychodelicznych gitar, okultystycznych melodii w pełni łączących się właśnie z folkowymi klimatami. Kolejną sprawą wartą zauważenia jest sama motoryka albumu, która nie wynika z dynamicznych partii basu czy galopującej na oślep perkusji. W przypadku debiutu JORDABLOD wszystko wydaje się jakby uśpione (nawet gdy horda rozpędza się do bardzo szybkich prędkości), co oczywiście nie jest żadnym zarzutem czy ujmą. Dzięki temu, debiut Szwedów wydaje się być bardziej wciągający, bardziej dojrzały i jest takim w rzeczywistości. Elementy, które nie zostały podane wprost na talerzu a chowają się za zamglonymi strukturami kompozycji z których aż bije gęsta aura okultyzmu i tajemniczości nadając całokształtowi 'Upon My Cremation Pyre' wyjątkowej atmosfery. Bardzo dobrze współgrają z kompozycjami i wykreowaną aurą wokale, które swą chropowatością i siarczystą barwą wbijają się mocno w łeb. Tym bardziej, że one same w sobie również stanowią sporą różnorodność.


Debiut JORDABLOD to duże zaskoczenie. Tak dojrzałej muzyki spodziewałbym się raczej po starych wyjadaczach, którzy założyli n-tą hordę. A tu jak na złość, młodzi kolesie, do tego nie zrzeszeni w innych projektach (przynajmniej takie mam informacje na dzień dzisiejszy) i zapieprzający z taką muzą. Świetna pozycja, więc kto nie zna niech szybko odsłucha i kupuje. 



12 gru 2017

Exhumed 'Death Revenge'

CD'17
Album
Relapse Records

Lista utworów:
1.Introduction: Death Revenge Overture
2.Defenders of the Grave
3.Lifeless
4.Dead End
5.Night Work
6.Unspeakable
7.Interlude: Grave-Makers of Edinburgh
8.The Harrowing
9.A Funeral Party
10.The Anatomy Act of 1832
11.Incarnadined Hands
12.Death Revenge

Trochę się już tego uzbierało, bo to już ósmy pełen album ekipy ze Stanów Zjednoczonych. Przynajmniej według zespołu i ich dyskografii tak należy to liczyć. Wątpliwym jest natomiast zaliczanie do nowych albumów wydawnictw na których są tylko covery zespołów które być może są dla nich inspiracją, lub podwójny album sprzed dwóch lat - to dwa albumy sprzed wielu lat nagrane ponownie i wydane pod jednym, ale innym szyldem. Osobiście nie posiadam, bo nie akceptuję takich chwytów ze strony zespołów, ale zapewne maniacy nazwy EXHUMED kupili je również. Dobra, żale na bok - czas na kilka informacji o bohaterach dzisiejszej recenzji. Początki zespołu sięgają 1990 roku i zanim w 1998 roku ukazał się ich pełen debiut, Amerykanie wydali siedem demosów i osiem splitów. Trochę inaczej niż dzisiaj, prawda? W 2005 roku zespół zawiesił działalność by powrócić po pięciu latach i od 2010 roku do dzisiaj wypluwa na świat kolejne wydawnictwa. 'Death Revenge' to ostatni bękart kalifornijskich piewców horroru, a poniżej kilka słów na temat tego wydawnictwa.
Zacznijmy może od tego, że nie jestem pewien gdzie ulokować twórczość EXHUMED. Z jednej strony wydaje ich Relapse i jeżdżą w trasy po całym świecie, ale z drugiej strony jakoś nie widać masy wywiadów, reklam nawet w kolorowych pismach muzycznych (chociaż może się mylę, bo z tymi mam do czynienia raz na powiedzmy miesiąc gdy idę do Empiku po kolejny wydanie miesięcznika 'Nowa Fantastyka'). Ponad to, ich muzyka pomimo klarownego brzmienia które nadal kopie w dupsko, nie zeszła na psy. Momentami, jak chociażby riff przewodni w 'Incarnadined Hands' jest za melodyjnie i Amerykańskie granie zostaje zalane Szwecją z Gothenburga. Podrasowano produkcję, ale to nadal ten sam zespół który nagrał 'Gore Metal' i który poszedł do przodu jeśli mowa o budowaniu poszczególnych aranżacji. Szczególnie przejawia się to w zaawansowanych i cholernie profesjonalnych solówkach. Oczywiście nie znajdziemy tu przebierania palcami, które jest na tyle przekombinowane a tym samym tandetne, że jakością przypominają dzisiejsze filmy z udziałem zombie. Dziwnie to może zabrzmi, ale te solówki też mają na celu budowanie klimatu horroru i
patologii, który mówcie co chcecie ale wylewa się spośród tych kompozycji. Gitary są bardzo czytelne ale ich dźwięk w trakcie realizacji nie został spłaszczony, nadal jest tu sporo przestrzeni. Przyjemnie się tego słucha, mimo że to ani tak do końca z grobowca się nie wywodzi, ani też nie przebywało w pradawnych jaskiniach chaosu. Ot, solidne bardzo granie. Wokale to nadal dwa przeplatające się wzajemnie -> growl i krzyczany. I wiecie co? To nadal zdaje egzamin, mimo upływu tylu lat, to co zapoczątkował Carcass (chyba oni?!) do dnia dzisiejszego daje radę, urozmaica odsłuch ale też i buduje niewidzialną więź właśnie z takimi klasykami gatunku do których ten zabieg nawiązuje. Co więcej? Otóż, chyba tyle - album naprawdę jest ok, dobrze się go słucha i tyle. Bez padania na kolana, ot solidnie.
'Death Revenge' nie wprowadził niczego nowego, nie zaskoczył, po prostu się pojawił jako kolejny album EXHUMED. Takim właśnie jest wydawnictwiem, nie szukającym nowych tabunów ludzi którzy go kupią, jest skierowany do tych którzy od lat słuchają Amerykanów i dobrze im w tym hermetycznie zawężonym środowisku. Być może komuś będzie przeszkadzać, że zespół brzmi bardziej 'nowocześnie' niż to miało miejsce kiedyś, ale takie są reguły tej gry poza undergroundem.



11 gru 2017

Blood Tyrant 'Aristocracy of the Twilight'

CD'16
Album
Iron Bonehead Productions

Lista utworów:
1.Dawn of a New Supremacy
2.The False Heresy
3.Undying Iron Will
4.Barbaric Wampyrism
5.Clandestine Bloodmists
6.Engulfed by Purifying Flames
7.Inertia Meditation

Holenderski BLOOD TYRANT ma swoje początki w podziemiu bliżej nieznane, ale pierwsze demo które oficjalnie zostało wypuszczone ukazało się w 2016 roku. Dwie persony skryte pod pseudonimami The Wampyric Specter i Baron Yrch Malachi współtworzą ową hordę, a Black Metal prezentowany przez nich to nawiązanie i czerpanie z minionych już lat gdy gatunek ten dopiero się formował. Nie to ślepy hołd oddany tamtemu okresowi, bliżej temu do określenia połączenia korzeni Black Metalu z interesującymi strukturami klawiszy. Zresztą, jeśli zaraz po wydawnictwie pierwszego demo 'Night of Blood Moon' zainteresowała się nimi Niemiecka Iron Bonehead Productions, to chyba już coś znaczy. Z racji małej ilości szczegółów na temat historii hordy, poniżej kilka słów na temat debiutanckiego albumu. Dodam jeszcze tylko, że warto również sprawdzić projekt o nazwie Orodruin za który odpowiedzialny jest w pełni Baron Yrch Malachi.
Na album składa się siedem utworów z czego w pierwszym część pełni rolę intra odegranego na instrumencie klawiszowym. Tym samym, ostatni utwór jest outrem, tyle że już w całości. Całość trwa raptem niecałe trzydzieści minut i cóż, cholernie szybko to mija i szczerze to nie pamiętam kiedy czułem aż taki niedosyt względem zakończenia danego materiału. Po każdej pół godzinnej uczcie biegnę jak oszalały do mojego CD-playera celem naciśnięcia przycisku odpowiedzialnego za ponowne odtwarzanie płyty. Intro, w którym wyłania się a z aranżacji klawiszowej szczęk oręża, odgłosy galopu koni i bitewny zgiełk jest niesamowitym preludium do tego materiału. Gdy tylko milknie i wchodzą surowe gitary i zostaję porwany szaleństwem tego materiału. Jest prosty, surowy do szpiku kości tak silnie, że Gordon dostałby zawału jeśli sprawa odbyła by się w jego kuchni. Mówiąc jednak zupełnie serio, to widzę tu ukrytą, może nie do końca celową sugestię. Gdyby wziąć na warsztat rozumienia cel takiego intra można dojść do wniosku, że to zarówno nawiązanie do dawnych czasów (co oczywiste) i wykorzystanie elementu bitwy jako dość uniwersalnego w tej stylistyce muzycznej. Z drugiej jednak strony czy połączenie wydźwięku intra z taką surowością nie jest również celowe i chyba powinno być odbierane jako nawiązanie do wspomnianych już początków Black Metalu wczesnych lat '90-tych. Takie luźne dywagacje, ale kto wie, może i trafne.
Wspomniałem we wstępie, że występuje tu frapujący miraż surowizny z instrumentami klawiszowymi, więc teraz kilka słów o tym. Pojawianie się ich na materiale jest niczym wykres sinusoidy, tym samym atmosfera na 'Aristocracy of the Twilight' jest jedną z tych które wciąż sieją niepewność wymieszaną z ekscytacją. Pojawienie się partii klawiszy to niczym objawienie grozy podanej w sposób podniosły, wręcz dostojny. Takiego cholernie mrocznego, wyszukanego wampiryzmu. Stąd może i moje skojarzenia stylistyki BLOOD TYRANT z Australijskim Drowning The Light. Aranżacje gitar pomimo surowości, a tym bardziej gdy dochodzi szybka perkusja i blachy wręcz hałaśliwie zagłuszają riffy, są podane w eminentny, pompatyczny sposób. Naprawdę nie potrafię tego inaczej ubrać w słowa, ale podejrzewam, że mogę to zgonić na dominującą atmosferę tego wydawnictwa, o której co nieco wyżej napisałem. Kulminacyjnym i kluczowym elementem są charyzmatyczne, skrzeczące wokale. Niczym barbarzyński monument swą potęgą dominują partie gdzie się pojawiają. Tym bardziej ciekawe, że to wokalizy jakie powinny się znajdować na większości materiałów Black Metalowych. 
Holendrzy nagrali naprawdę solidny debiut i czuję, że dla maniaków prawdziwej czerni 'Aristocracy of the Twilight' jest / będzie nie lada rarytasem. W takich wydawnictwach, gdy atmosfera łączy się z pasją, a bekartem tych dwóch jest istne Zło, więcej mi nie potrzeba.