16 lut 2018

Byyrth 'Echoes from the Seven Caves of Blood'


CD / Winyl '18
Album
Iron Bonehead Productions

Lista utworów:
1.Blood Warfare
2.Call of the New Legion
3.Vampyric War Children
4.Abhorrent Eons
5.Cry of the Wurdelak
6.I Dare Not Wake
7.Unhuman
8.Shattered Soul

Tym razem przenosimy się do Kaliforni, a pogodność tego miejsca niech nawet na chwilę nie zmyli waszej czujności. Album ten ma co prawda dopiero się ukazać w marcu 2018 roku, ale wytwórnia zadbała by promówki docierały do pismaków szybko i przed czasem. Po przesłuchaniu tego materiału natychmiast zaczęła się szperanina na regałach w poszukiwaniu debiutu, celem jego przypomnienia. Starość nie radość, a co za tym idzie i pamięć już do nazw nie taka, hehe. Nie dziwię się Niemieckiej wytwórni, że sięgnęła po tą hordę. Mało tego, w zeszłym roku wydali również Amerykanów i ich debiut na winylu. Nie dość, że BYYRTH świetnie pasuje swoim obliczem do katalogu labela, to jeszcze należy im oddać, że muzyka ta jest pełna pierdolonego Zła. Ucieszyło mnie tym bardziej, że horda dostała szansę pod tak zacnymi skrzydłami IBP. A to ze względu na jakże udany debiut, który cholernie cenię. Poniżej kilka słów na temat tego albumu.


BYYRTH gra Black Metal. I pomimo tego, że w warstwie tekstowej w dużej mierze nawiązują do wampiryzmu, to jednak jest bardzo szczere i poważne podejście do tematu. To nie są jakieś durne wynaturzenia dla zabawy a'la Dani i spółka, ta muzyka zaraża, infekuje swą nieludzką formą obdzierając słuchacza z duszy. Wampiryzm jest ukazany od strony brzydoty i zszarganych cierpieniem obłędu bytów. Kompletne szaleństwo sączące się z głośników przypomina dokonania legendarnych Les Légions Noires, ich geniuszu w kreowaniu atmosfery trupiego zimna, riffów śmierdzących śmiercią. W szczególności wczesny Mütiilation, Vlad Tepes, Belkètre czy Seviss. Dla mnie to po prostu coś kapitalnego. Oczywiście, można się czepiać, że to wszystko już było, że nie ma w tym nic oryginalnego. Powstaje pytanie o to czy Black Metal ma być oryginalny? Oczywiście, szanuję hordy które potrafią stworzyć niesamowitą aurę i przekazać ją za pomocą skomplikowanej muzyki. Tutaj napotykamy na zwierzęcy prymitywizm, na pierwotne instynkty. I nie ma znaczenia czy horda zapędziła się w rejon ultra szybkiego grania, czy też tłucze średnim tempem - to co odbieram dzięki BYYRTH i ich Black Metalowi to szaleństwo, przekleństwo istnienia i kult prawdziwej śmierci! Żadnych, ale to absolutnie żadnych półśrodków! Rozkład, odór i ludzkie ścierwo zdychające wszędzie. A koszmarny, przebrzydły, dosłownie odstręczający wokal Lord'a II ścina z nóg! Nieludzki i nienawistny!


Trzeba przyznać, że o BYYRTH może stać się w podziemiu głośno, a ten album zdecydowanie się do tego przyczyni. Maniacy, którzy szukają totalnej surowizny oprawionej w naprawdę niebagatelną kryptę dźwięku, powinni nabyć ten album jak i debiut. Zło, cierpienia i diabelska moc tkwiąca w 'Echoes from the Seven Caves of Blood' jest bezgraniczna. Les Légions Noires wiecznie żywe!


15 lut 2018

Unblessed 'Killing Your Last Drop Of Innocence'


CD'17
Album
Australis Records

Lista utworów:
1.Intro
2.Nonconformist
3.Killing Your Last Drop of Innocence
4.Invoking the Last Tormentor
5.Beyond the Spheres of Ignorance
6.Hunt Down II
7.Blackened Sun
8.Engraved
9.Tic Tac Parasites
10.Ambassador of Death
11.The Son of Hate
12.Outro

Zabierając się do pierwszego odsłuchu posiadając jedynie informacje skąd pochodzi zespół i że para się Death Metalem, wyobrażałem sobie mającą nastąpić ucztę południowoamerykańskiej dzikości. Pełną brudu, niesamowitego chaosu i wszystkiego co w takim graniu najlepsze. Otrzymałem natomiast coś zgoła innego. W szczegóły wdamy się poniżej, teraz kilka informacji o zespole. UNBLESSED pochodzą ze słonecznego Santiago, samego serca Chile. Powstali z grobów w 1999 roku, więc szmat czasu minął i niebawem stuknie im 20 lat aktywności. W przeszłości panowie grzebali w kilku mało znanych lokalnych bandach, jedynym znanym szerszemu gronu może być Thornafire w którym to swego czasu działał gitarzysta Paul Callahan. 'Killing Your Last Drop Of Innocence' to już czwarty album Chilijczyków i szczerze powiedziawszy nazwa ta zupełnie umknęła mojej uwadze. No to przejdźmy do sedna.


UNBLESSED jak wspomniałem gra Death Metal, wychodzi im to całkiem sprawnie, jednak osobiście mi w tym czegoś brakuje. Ładne brzmienie, selektywne instrumenty z bardzo podkreślonym basem grającym dość często na wysokich notach... Niby ok, ale to takie bardzo nowoczesne i szczerze mało mi pasujące do Chilijskiej sceny. Jednak nie mam się tu czego czepiać, skoro i w Stanach Zjednoczonych znajdziemy wyznawców ery Wikingów, to nich i w Chile grają jakby pochodzili z samego USA. Wracając jednak do muzyki, aranżacje są dobrze rozwinięte, przemyślane. Tyle, że pozbawione zupełnie atmosfery Metalu Śmierci. Takie skoczne, miłe, a elementami ze słodkimi melodiami. Nie za wiele mi 'robią' sprawnie pracujące gitary, sprawna gra perkusji gdzie trigger goni trigger... Wokale tu akurat pasują do całej układanki, bo nakładają się zarówno krzyczane jak z growle, które notabene wkurwiają niemiłosiernie. Co gorsza (przynajmniej dla mnie), im dalej wgłębiamy się w ten album, tym bardziej słyszę profanowanie gatunku jakimiś partiami a'la core. Kurwa! Nie, nie, nie! Przepraszam, ale to nie dla mnie.


Ok, zdaję sobie sprawę, że powinnością moją jest nawet w takim przypadku pisać obiektywnie. Jednak, po prostu nie potrafię. Zdaję sobie też sprawę, że znajdą się ludzie, którym takie granie wywołuje gęsią skórę lub inne pobudki. Sądzę, że ludzie którzy stawiają w muzyce na czysty dźwięk i jego klarowne brzmienie, mogą się zachwycać 'Killing Your Last Drop Of Innocence'. Jednak, ci z was, którzy umiłowali sobie by muzyka reprezentowała coś ponad pustą zabawę i niosła ze sobą ładunek emocji poprzez odpowiednią atmosferę, uznają ten album za bezwartościowy. Ja się wynudziłem i zastanawiam się nad ucięciem sobie popołudniowej drzemki. Jeśli tak ma wyglądać dzisiejsze oblicze Death Metalu, to ja podziękuję. Wracam do swojej piwnicy i demówkowych wynaturzeń. 



13 lut 2018

Obscure Burial 'Obscure Burial'

 
CD'17
Album
Invictus Productions

Lista utworów:
1.Lucilia Silvarum
2.Imago Mortis
3.Darkness Spawns
4.I Spoke to Darkness (Black Deserts Divine)
5.Transcending Deity
6.Necrophagous Ritual
7.Dweller in the Abyss
8.Dawn of Eschaton

Debiutancki pełen materiał Finów ukazał się w połowie grudnia 2017 roku. OBSCURE BURIAL w swoim składzie skupia muzyków z innych hord jak chociażby Kadotus, Necromonastery czy Ancestors Blood. Początki sięgają roku 2012 i co ważne zaznaczenia, panowie podążają starą ścieżką - wpierw kasety demo, a dopiero po pewnym czasie pełen krążek. Szanuję takie podejście ze strony zespołu, bo czyni ich to bardziej wiarygodnych, obeznanych w zasadach podziemia. Czasy się jednak nieubłaganie zmieniają, a wraz z nimi i pewne reguły, które dzisiaj niekoniecznie muszą być przestrzegane przez ogół grona. Wracając jednak do Finów, ekipa z Turku proponuje nam wściekłą odmianę diabelskiego Death Metalu, który ma w sobie również elementy stylistyki Black Metalowej. Ohydny, duszny i... Poniżej kilka słów więcej na ten temat.


OBSCURE BURIAL przenosi nas dźwiękami w czasy, kiedy to demówkowe szaleństwo i tape trading był na porządku dziennym. Do czasu kiedy to underground wręcz emanował niesamowitymi nagraniami na kasetach magnetofonowych z kserowanymi okładkami lub odręcznie rysowanymi logami. Można by powiedzieć, że 'Obscure Burial' krąży wokół niskiego budżetu. Bez zbędnych finezji, bez wyszukanych rozwiązań. Warto zauważyć, że cała ekipa bardzo dobrze radzi sobie z instrumentami, ale materiał ni cholery nie jest przekombinowany. A to brzmienie... Aaaaarrgghhhh! Niesamowite, stara szkoła pełną gębą! Pojawiające się sprzężenia, podkreślający ową aurę wszechobecny brud powala na kolana. Praca gitar oparta jest na prostych riffach z przeważającymi partiami tremolo. Na tym jednak nie koniec. Pojawiają się w aranżacjach zwolnienia i na otwartych strunach lub przy bardziej rytmicznych fragmentach zespół zapieprza równie wybornie. Uczta prostoty podanej w bezpośredni sposób! Spora ilość solówek, które to również jak i pozostałe patenty, aż ociekają niedbałością przelewając na słuchacza hektolitry ciemności. Nieobliczalne wokale L.K., znanego ze swoich wyczynów we wspomnianym Kadotus, są jeszcze bardziej ohydne, przepełnione przemocą i przepastnym skrajnym fanatyzmem. Materiał jest niczym wyrwany z paszczy otchłani, pełen obłędu i szaleństwa. Demoniczna entropia, chaos i śmierć.


Kończąc powoli ten krótki tekst, zaznaczę, że o OBSCURE BURIAL bedziemy jeszcze słyszeć. Jeśli horda nie zamilknie jak przywoływany tu już kilka razy Kadotus, to należy im wróżyć zawojowania undergroundu. Oczywistym jest, że taką muzyką nie podbiją świata, ale przecież nie mają tego zapisanego w harmonogramie. 'Obscure Burial' przemówi i to potężnym głosem do maniaków Śmierć Metalu, tego sprzed lat, tego prawdziwego. Bezapelacyjnie, jeden z mocniejszych albumów roku 2017. Chociaż cholera jasna, lista jest kurewsko długa.



12 lut 2018

Blood Red Fog 'Thanatotic Supremacy'



CD'18
Album
Deviant Records

Lista utworów:
1.Thanatotic Supremacy
2.The Master Speaks
3.Astral Witch
4.Angels
5.Join with the Earth
6.Puhe Mestauspaikalla

Po trzech latach z hakiem powraca z kolejnym, już czwartym albumem fiński BLOOD RED FOG. Początki hordy to okolice roku 2004, kiedy to w miasteczku Kuortane lunatyk ukrywający się pod pseudonimem B.R.F. i opętany Black Metalem zakłada ten twór. Następstwem są wydawnictwa, które dość regularnie się ukazywały w podziemiu. Począwszy od 2005 roku i pierwszego dema, projekt ukazywał swoje piekielne oblicze już wielokrotnie. A każde z tych oblicz różniło się od poprzedniego, pozostając jednak w ramach tego, co zostało wyznaczone na początku. Podejrzewam, że zamysł grania fińskiego z krwi i kości Black Metalu przyszedł naturalnie. Pomimo, że horda miała momenty w swej historii skłaniania się ku smutnej czy wręcz depresyjnej aurze w utworach, to jednak ten element fińskiej drapieżności był zawsze do wychwycenia. 'Thanatotic Supremacy' po części może dementować ową teorię, ale to już ocenicie sami. 


Słuchając już otwierającego utworu zatytułowanego tak samo jak i sam album, możemy usłyszeć istotne zmiany. Ubierając to w słowa podsumowania, można powiedzieć, że ten album jest najdzikszym i najbardziej chaotycznym w dyskografii B.R.F. i spółki. Zresztą, nie będę się skupiał i rozbierał na czynniki pierwsze poszczególnych utworów. Spójrzmy na ten album jako na całość. Masa tutaj dynamicznego grania, ubranego w konkretną melodię. Ta z kolei, będąc daleką od słodkiej, niczym rdzawe ostrze wdziera się brutalnie w nasz umysł. Bardzo dobrym rozwiązaniem jest tutaj balansowanie pomiędzy Chaosem a systematycznym dozowaniem impasu czy nawet odrętwiałości. Rzadko kiedy spotykam się z tak spójnymi materiałami łączącymi w sobie tak sprzeczne z założenia elementy. Chaotyczność, demoniczność i groza przeplatają się z lamentem, boleścią. W utworze 'Astral Witch' pojawiają się wręcz płaczliwe gitary. To jakby BLOOD RED FOG był medium i transcendencją dźwięków przenosił nas między wymiarami. Do tego dochodzą niesamowite wstawki ambientowe, które nakreślają atmosferę czyniąc przekaz muzyczny Finów jeszcze bardziej dosadnym. Produkcja albumu też nie należy do tzw. czystych, bo w pracy gitar pozostawiono miejsce na brud, ale nie jest to też wydawnictwo garażowe. Taki środek, który tutaj pasuje wybornie. Podkreśla przestrzeń muzyki, rozwija wręcz potencjał hordy. Riffy w dużym procencie są oparte na melodyce, która aż zapiera dech w piersiach. Pozbawiona banalności, pełna emocji które aż rozrywają duszę, wirują jak opętane zmierzając ku pustce. Ta muzyka jest tak bardzo desperacka, rwąca do nikczemnej izolacji... Zakończę to mini sprawozdanie wzmianką o wokalach. B.R.F. krzycząc wydaje się jakby nie miał nic do stracenia. Głos pełen ciemności, pełen Diabła. Zniszczony, opętany, w objęciach śmierci. Chaos, a potem nicość.


Czwarty album 'Thanatotic Supremacy' to bardzo dojrzała, wrząca od pasji płyta. To podróż przez nieznane zakamarki naszego ja, podróż w rejony niebytu za życia. Niesamowity i tyle, po cóż się więcej rozwodzić na tym? Wypatrywać i kupować, bo warto!


8 lut 2018

Demonbreed 'Where Gods Come To Die'


CD / Winyl '16
Album
Testimony Records

Lista utworów:
1.Where Gods Come to Die
2.Vultures in the Blood Red Sky
3.A Thousand Suns Will Rise
4.Summon the Undead
5.Revenge in the Afterlife
6.Empty Grave
7.Red Countess
8.Perish
9.Barren Wasteland
10.Folded Hands
11.Blood Colored (Edge of Sanity cover)
12.Seed of Ferocity

Trochę czasu już minęło od daty wydania tego materiału, ale lepiej późno niż wcale. Co więcej, szczerze nie spodziewałem się takiego grania. Wiadomo, że pod samym szyldem Death Metalu może kryć się wiele, tak jak i w przypadku chociażby Blacku. Jednakże Niemeicka maszyna śmierci nie dość, że mnie zaskoczyła, to jeszcze pojmała jako jeńca, mamiąc do przejścia na ich stronę. Długo się nie zastanawiając, jestem sojusznikiem tych bezlitosnych oprawców. DEMONBREED powstał w 2015 roku i poza debiutanckim albumem wydali jeszcze split z The Dead Goats. Za prędko pewnie nie sięgnę po tą siódemkę, ale album wystarczająco wynagradza mi swą zawartością. Panowie na co dzień śmieszkują w jakimś Grindowym projekcie Milking The Goatmachine, do którego kompletnie mi nie po drodze. Czas zatem zajrzeć do miejsca gdzie przybywają bogowie by umrzeć, zapraszam.


'Where Gods Come To Die' to dwanaście utworów trwających czterdzieści pięć minut. Początkowo wydawało się zbyt długim materiałem. Jednakże aranżacje, które wypływają na powierzchnię niczym ze studni pomysłów jeden za drugim, rekompensują czas spędzony w obecności dźwięków DEMONBREED. Death Metal, który prezentuje ta ekipa to old school na modłę szwedzką. A że ja, co już niejednokrotnie powtarzałem, mam kompletnego pierdolca na punkcie tego grania - zostałem kupiony natychmiastowo. Dźwięk jaki wypracowano na debiucie bardzo przypomina 'The God That Never Was' autorstwa Dismember. Nie jest to jednak, bezmyślna kopia tego brzmienia. Niemcy wyciągnęli tu większą przestrzeń, którą zagęścili mocnymi gitarami nie pozwalając tym samym by werbel bardzo odstawał od reszty instrumentów. Absolutnie nie czepiam się teraz brzmienia jakie osiągnęli Szwedzi na albumie z 2006 roku, ale dzięki gęstszej ścieżce gitar DEMONBREED brzmi mocno i cholernie dobrze. Tempa samej muzyki są również zróżnicowane, bo Niemcy przyśpieszają i zwalniają lub raczą nas średnimi tempami. Bardzo dobrym przykładem takich średnich temp jest 'Revenge In The Afterlife', taki mój hicior, przy którym zdzieram gardło wyjąc do refrenu. 'Where Gods Come To Die' charakteryzuje się również dużą ilością potężnych riffów, które swoją melodyjnością zbijają z nóg. Ostre jak brzytwa, okaleczają ciało. Głębokie growle Jost'a są po prostu potężne! Słychać w nich moc i ten old schoolowy feeling! Na koniec dostajemy jeszcze na deser cover Edge Of Sanity, który niech mnie szlag trafi, jak nie jest zajebiście wykonany! 'Blood Colored' z albumu 'Purgatory Afterglow' rozwalił! W szczególności zaskoczyły mnie czyste wokale, które niewiele tylko odstają od oryginału Dana Swanö. 


Mam nadzieję, że chłopaki już zbierają dupsko i majstrują przy nowym albumie. Świetny album, po prostu świetny. Death Metal starej szkoły, zagrany z dobrymi i nieprzeciętnymi pomysłami. Słychać, że to nie jest dla żartu, że faceci po prostu uwielbiają takie granie. I oby jak najdłużej kroczyli tą ścieżką.


7 lut 2018

Streams Of Blood 'Allgegenwärtig'


CD / Taśma '17
Album
Folter Records
Worship Tapes

Lista utworów:
1.Stella Nova (Collapse)
2.Corrosion
3.Detox
4.Open Your Third Eye
5.Fusion
6.Man Owes Nature Only Death (Conduct)
7.Regeneration
8.Transformation

Trzeci album Bawarczyków ukazał się w 2017 roku i kilka słów sobie o nim powiemy. Zanim jednak przeskoczymy do konkretów, kilka słów o samej hordzie. Otóż, STREAMS OF BLOOD powstali w 2009 roku i już tego samego roku nagrali EP'kę zatytułowaną 'Antilife'. Szczerze mówiąc przeszła raczej echem po podziemiu, przynajmniej mi nie było dane zapoznać się z tym materiałem. Potem nadeszły lata dwóch pierwszych albumów, a tym samym zespół coraz mocniej zaznaczał swoje istnienie maniakom z podziemia. Drugi album 'Ultimate Destination' został już wydany przez obecnego wydawcę i może dzięki bardziej sprawnej dystrybucji Folter Records, nazwa STREAMS OF BLOOD stawała się bardziej rozpoznawalna. Co do labela nadal czkawką odbija mi się zażenowanie wydania pewnych polskich pryszczatych klownów, ale pierdolić to. Chcieli to wydali, Polski underground miał ubaw i ma do dziś, amen. Teraz przejdźmy do zawartości trzeciego albumu Niemców.


STREAMS OF BLOOD prezentuje Black Metal będący konglomeratem starej szkoły z hipnotycznym graniem oraz mocnego, żeby nie rzec mięsistego brzmienia jak na tą stylistykę. Muzykę zawartą na 'Allgegenwärtig' można podzielić na dwie części. Ultra szybkie blastujące partie, które łączą się ze średnimi tempami oraz hipnotycznymi riffami gitar. Czterdzieści pięć minut mija w kontemplacji zagłady połączonej z anty-ludzką atmosferą. Utwory są bardzo ciekawie zaaranżowane i często pojawienie się blastujących partii zaskakuje. Są to nawet wstawki na zakończenie taktu chociażby po dwie, trzy sekundy. Robi to wrażenie, ukazując jak duet jest obeznany z warsztatem własnych instrumentów. Z drugiej strony, takie techniczne podejście może zabijać ducha samej muzyki. Słuchając 'Allgegenwärtig' odnoszę wrażenie, że zespół wypracował kompromis. Słychać autentyzm z którego biją techniczne umiejętności. To klucz do sukcesu spójności i dojrzałości materiału. Pojawiają się momenty z delikatniejszą melodyjnością, jak choćby na zamykającym utworze 'Transformation'. Tam też gitara prowadząca, przechodząca w solową trąca Heavy zagrywkami. Nic w tym absolutnie kłótliwego, ot kolejny smaczek. Growobą aurę roztaczają natomiast wokale. Thymos, charcząc, mrucząc czy wykonując jeszcze inne demoniczne inwokacje, rozsiewa niesamowitą grozę. Ta z kolei jest bardzo poważna, a w każdym słowie słychać niechęć z pogardą. A fragmenty gdy owe wokale mają w tle pełną hipnotycznego transu, żałobną gitarę prowadzącą - istna uczta dla zdeprawowanych dusz! 


'Allgegenwärtig', póki co bez wersji winylowej, ale dla maniaków kaset i wygodnickich od krążków CD - wiecie gdzie je nabyć. A jak nie wiecie to szukajcie, bo w dzisiejszych czasach to nic trudnego. Ja jednak nie o tym. Materiał hordy z Bawarii, to solidny Black Metal, który wobec obecnej kondycji sceny podziemnej - ani nie szokuje, ani nie odstręcza. Jest po prostu solidny, jak i wiele innych albumów. 


Mass Burial 'Breeding Plagues'


CD'17
Album
Immortal Souls Productions

Lista utworów:
1.Intro
2.Breeding Plagues
3.I Must Remain Awake
4.Cyanide
5.Premature Inhumation
6.Necromancer
7.Age of Blasphemy
8.Flesh
9.Redemption Through Suffering
10.Gutted Alive
11.Hell

Pod koniec 2017 roku, Hiszpanie wydali swój trzeci krążek. Okazji do celebracji było, bo pomijając ekscytację muzyka towarzyszącą wydawaniu każdego nowego materiału, to dodatkowo właśnie strzeliło zespołowi piętnaście lat w służbie Death Metalu. Historia MASS BURIAL sięga bowiem początku 2002 roku, kawał czasu i przede wszystkim wytrwałości. Nie ma co ukrywać, że nigdy nie byli popularni i w zinach z branży jakoś nie huczało o ich nowych wydawnictwach. Owszem, wywiadów się kilka przewinęło. Zmierzam jednak w tej zawiłości do tego, że zespół istnieje z czystej chęci grania muzyki, którą się fascynuje od lat. Zwykła ludzka pasja zawarta w old schoolowym i nieludzki Death Metalu. Krótki opis trzeciego albumu poniżej.


'Breeding Plagues' w zasadzie niewiele różni się od swojej poprzedniczki 'Soul's Necrosis'. To nadal ten sam Death Metal mocno osadzony w szwedzkich realiach stylistycznych. Może z trochę większym naciskiem na przebojowość kompozycji, bo głowa sama zaczyna się bujać w rytm muzyki jaką nas uraczyli Hiszpanie. Dodatkowo, wspomniana przebojowość jest tu jak najbardziej na miejscu. Album trwa albowiem ponad czterdzieści minut, a bez takiego zabiegu byłby po prostu nijaki. Zacznijmy od przyjrzenia się partii wokalnych. Raúl Weaver dysponuje chropowatym growlem, który jest wręcz wyjęty z podręcznika o szwedzkim DM. Pasuje tu wręcz wybornie, a kilka smaczków jakie się pojawiają w trakcie trwania albumu, jeszcze bardziej uprzyjemniają słuchaczowi dźwiękową torturę. Wspomnę chociażby o utworze 'Necromancer' gdzie dwa growle nakładają się w strofie na siebie tworząc wrażenie jakby dialogu. Aranżacyjnie w utworach dzieje się naprawdę sporo, chociaż z drugiej strony na to patrząc, MASS BURIAL ma skłonności do powtarzania danych patentów w trakcie trwania utworów. Jednak na tyle dobrze to jest skomponowane, że jako słuchacz łykam to jak żul piwo z Biedronki. Wchodzi wyśmienicie, bo nie ma innego wyjścia. Melodyjność obsypanych piaszczystym brzmieniem riffów miesza się z rytmicznymi patentami, zwolnieniami - a morda moja cieszy się coraz to bardziej. Praca perkusji również nie pozostawia na nas suchej nitki. Świetne podbijanie riffów podwójną stopą, szybkie partie mieszają się z średnimi łączone naprawdę niezłymi przejściami. Bas został lekko wysunięty i brzmi ciekawie, dudniąc na równi z szwedzkimi gitarami. Całość została dopełniona sensownymi solówkami i niezaprzeczalnie przywodzą skojarzenia z takimi tuzami jak Dismember czy wczesny Entombed. I to by było na tyle.


MASS BURIAL pozostaje nadal w podziemiu, a 'Breeding Plagues' napędzi mu nowych wyznawców. Pomimo, że to nadal Death Metal drugiej ligi, to słucha się go wyśmienicie. Hiszpanie mogą spokojnie być dumni ze swojego materiału, hołdując tym samym zasadzie nie poddawania się i robienia swojego dalej. Materiał przebojowy, ale nie miałki i przede wszystkim z cholernym jadem! Z każdym przesłuchaniem opętuje mnie bardziej, a śmiertelna trucizna toczy się przez żyły... Aaaarrrggghhh!



5 lut 2018

Fullmoon Lunacy 'Invocation'


Taśma'17
Demo
Sol Records

Lista utworów:
1. A Swarm of Insects
2. A Distant World
3. His Unborns Sons
4. Shadowrealm
5. Invocation Ritual

St. udzielający się w tak zacnych hordach jak Shores Of Ladon, Shroud Of Satan czy Thorybos, wydał pod koniec zeszłego roku dwie demówki swojego solowego projektu. Pierwsze demo FULLMOON LUNACY zatytułowane 'Invocation' ukazało się wpierw w 2012 roku i zostało udostępnione w kilku sztukach jedynie osobom uprzywilejowanym, blisko współpracującym z samym twórcą. Podczas gdy pod koniec zeszłego roku Sol Records przygotowywała wydanie drugiego dema, nakłonili St. na jednoczesne wydanie i tego materiału. W sumie dobrze się stało, bo to naprawdę świetny materiał. Black Metal, który bezproblemowo zdominuje duszę niejednego maniaka i pozostanie na długo w odmętach zatęchłego podziemia.


Materiał zawarty na tym demo trwa niecałe dwadzieścia pięć minut. Jak na demo to przyzwoity czas, a przyznać muszę że czas ten mija bardzo szybko. Zdecydowanym atutem tego materiału jest jego potężne brzmienie, które w zestawieniu z piwniczną aurą opętania rozsadza resztki rozsądku. 'Invocation' ma to do siebie, że jest okraszone rytualnością. Każdy kolejny utwór i wszystkie składowe na nie się składające z osobna, są jak kolejny pradawny obrządek, a wokale brzmią jak tytułowa inwokacja, zawezwanie. FULLMOON LUNACY sięgnął po sporą ilość ambientalnych efektów. Chociażby w 'Invocation Ritual' przenosi nas za pomocą Dark Ambientu w najmroczniejsze z możliwych miejsc, gdzie krążąc słyszymy odgłosy wyjących bestii, przerażające wibrujące dźwięki i wszechobecną wilgoć w postaci kapiących kropel nasuwających kojarzenie z korytarzami pod ziemią. Tymi, o których zapomniała ludzkość. Miejsce, o którym wiedzą tylko nieliczni i zjawiają się tam celem odprawienia rytuałów. Niesamowita atmosfera, złowrogi wydźwięk stworzonego materiału budzi zarówno strach jak i olbrzymią ciekawość. Pierwsza część dema, tj. trzy pierwsze utwory w których są spod znaku Black Metalu, uderzają swą intensywnością. Proste riffy gitar, hipnotyczne i zimne, pełne piekielnej nienawiści. Takie granie pokazuje i udowadnia po raz n-ty, że wirtuozeria nie jest cechą pożądaną w tej muzyce. FULLMOON LEGACY idealnie się sprawdza w tym kanonie prymitywnej mocy, cholernego Zła i wszech zalegającej czerni. 


Na pierwszym demie, Niemiecki FULLMOON LEGACY stworzył Black Metal, który swoim terrorem wdziera się w spirytualność słuchacza. Arcygroźny, nieprawdopodobnie makabryczny i nieludzki materiał. Łączenie elementów Dark Ambientu z Black Metalem przenosi materiał w zupełnie inny wymiar. Projekcja koszmaru dopiero się zaczęła. W kolejce czeka do odsłuchu drugie demo i mam nadzieję, że zaspokoi mój apetyt równie doskonale jak 'Invocation'.

Brak linku do zespołu

2 lut 2018

Ascended Dead 'Abhorrent Manifestation'


CD / Winyl / Kaseta '17
Album
Dark Descent Records
Invictus Productions

Lista utworów:
1.The Promised Time
2.Bloodthirst
3.Perdition
4.Ensnared for Eternity
5.Dormant Souls
6.Subconscious Barbarity
7.Fissure of Chaos
8.Dawn of Armageddon
9.Last Ritual (Possessed cover)
10.Inexorable Death

Trzeba przyznać, że ostatnimi latami coraz więcej wartościowych rzeczy się ukazuje. Scena undergroundowa ma się nader dobrze zarówno w Death Metalu jak i Black Metalu. Jak zawsze w takim przypadku można bawić się w malkontentów i narzekać, jednak dziś nie mam na to siły. Całą uwagę w tym momencie skupiam na tym niesamowitym albumie, który dopiero teraz wpadł mi w łapska. Z twórczością Ascended Dead zetknąłem się jakieś dwa lata temu przy okazji taśmy kompilacyjnej wydanej przez Blood Harvest 'The Advent' Cholernie mocna rzecz, jednak grzebiąc za starymi materiałami nie udało mi się ich zdobyć. Tak więc pozostało cieszenie uszu z kulawego, pierdolonego Youtube. Wracjąc do krótkiej historii Amerykanów, ich początki to rok 2011. Na koncie jedno demo, jedna Ep'ka, dwie kompilacje i ten oto album. Wczorajszego dnia opisując najnowszy album Undergang, opisywałem koneksje m.in. ich basisty z Funebrarum. Okazuje się, że to tak naprawdę mały świat. C. Koryn, perkusista ASCENDED DEAD, napierdala w perkusję również i w Funebrarum. Na tym jednak koneksje i mieszanie składów się nie kończy. Muzycy przelewają swoją krew również w takich aktach jak Invocation War, Ritual Necromancy, Weregoat, Terror Oath, Engorged czy Extraneous. I tak jak pierwsza i ostatnia nazwa nic mi nie mówią, to pozostałe trzy ekipy to najwyżej półki bluźnierstwo. Czas na kilka słów o 'Abhorrent Manifestation'.


Debiut ASCENDED DEAD to bardzo wysoko postawiona poprzeczka. Pomijam już fakt samej intensywności albumu, ale kompozycyjnie to się po prostu niesamowicie trzyma jako całość. To jeden z pierwszych ważnych punktów, że mimo uderzającej z potęgą huraganu ściany dźwięku, horda nie popada w bezładny chaos. Najśmielszym punktem tego wydawnictwa jest brak jakichkolwiek umizgów w kierunku kompromisu. Death Metal, który zdecydowanie omija pole zwane Brutal, a ziarno zasiał na old schoolu i nawiózł go sporą ilością jaskiniowego prymitywizmu, ucieka od odpowiedzialności za zebrany owoc żniw. Albowiem, koszmar i poziom odrażających kreacji budzących się przy tych dźwiękach jest nie do opisania. Odpychające, szkaradne, podłe, przemierzłe istoty wypełzające z zapomnianych krypt szerzące barbarzyństwo wśród żywych w ostatnim rytuale globalnego armagedonu. Ekspresywność tej muzyki jest namacalna. Praca gitar to spora kombinacja riffów tremolo z otwartymi strunami oraz rytmicznymi wejściami przy średnich tempach. Pojawiające się sporadycznie dzikie i wyjące solówki tylko jeszcze bardziej podkreślają moc materiału i pierwotną potęgę Death Metalu. Brzmienie jest równie 'stare' co fundamenty na których opierają się aranżacje muzyki ASCENDED DEAD. Cholerny jazgot, który rozpieprza swą bezkresem słuchacza. Wokale dzikie, trochę przypominające w swej barwie Martina z Asphyx. Jednak JR na 'Abhorrent Manifestation' sprawia wrażenie jakby miotał się we własnym obłędzie, furii czy nazwijcie to jak sobie chcecie! Kurwa, ta pasja jaka bije z głośników odejmuje słowa... Jest jeszcze jeden element z którym chyba wielu się zgodzi, a mianowicie utwór 'Dormant Souls'. Utwór ten to dający złapać oddech i pozbierać się z ziemi przystanek, w całości odegrany na gitarze akustycznej z szalejącym wichrem w tle. Nie wiem co jest w tym takiego, ale zestawienie Death Metalu starej szkoły i takich dźwięków jest po prostu orgiastyczne.


Debiut Amerykanów mamy za sobą i pozostaje trzymać za nich kciuki by kolejny album był równie mocnym wpierdolem. Death Metal jaki zaproponował nam ASCENDED DEAD, to jak sam tytuł głosi - manifest ohydy. Wylęgarnia podłości i paskudztwa śmierdząca wiecznym potępieniem. Zapomniałem jeszcze wspomnieć o coverze Possessed. 'Last Ritual' to klasyk, a w tym wykonaniu brzmi świetnie. Porywa nie gorzej niż pierwowzór, ale również trochę odstaje od całości albumu. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ muzyka wykonywana przez ASCENDED DEAD to zupełnie inna bajka. A oddanie szacunku poprzez odegranie jednego z ich utworów, to się po prostu ceni. Kto nie zna, niech szybko łapie ten album. Wersja CD wyszła sumptem obu wytwórni. Za winyl odpowiada amerykańska strona paktu, natomiast za taśmę Irlandczycy. Po nagraniu tego krążka szeregi zespołu opuścił gitarzysta IL, obecnie skupiając się na Seraphic Disgust, i kilku innych projektach. 


1 lut 2018

Undergang 'Misantropologi'



CD / winyl / taśma '17
Album
Dark Descent Records
Extremely Rotten Productions
Headsplit Records

Lista utworów:
1.Efter obduktionen
2.Sygelige nydelser (del I) Apotemnofili
3.Klynget op i en galge af egne indvolde
4.Skåret i småstykker
5.Lymfatisk drænage
6.En bedemands bekendelser
7.Væskende sår
8.Sygelige nydelser (del II) Tafefili
9.Tvangsfodret pigtråd
10.The Chasm (Disgrace cover)

Czwarty album duńskich mistrzów ohydy ukazał się zeszłego roku nakładem Dark Descent Records w wersji CD i winylowej. Za edycje kasetowe odpowiadają Extremely Rotten Productions z Danii oraz amerykańska Headsplit Records. Zatem maniacy fizycznych nośników (hmmm... a są inni niż tacy?) mogli wyłapać odpowiednią wersję tego albumu dla swoich zbiorów. UNDERGANG w podziemiu nie wymaga przedstawiania - ta nazwa to już renoma. Zespół powstał w 2008 roku i wtedy to do ścieków pod całą Kopenhagą wdarła się zaraza. Szybko znalazła ujście poza lokalne tereny i już niebawem, świat usłyszał ten paskudne, odrażające wizje śmierci. Atmosfera niczym z najbardziej popieprzonych scenerii gore wymieszana z grobem i pleśnią. 


Pierwsze co można zauważyć w porównaniu do poprzednich albumów UNDERGANG, to że muzyka stała się wolniejsza, praktycznie pozbawiona blastów. Przeważają przede wszystkim partie wolne i średniego tempa. I trzeba przyznać jedno: 'Misantropologi' nabrało cholernego ciężaru. Mam wrażenie, jakby masywność Fińskiego old schoolowego grania ktoś wymieszał z drugim albumem Carcass. Skojarzenie z Brytyjczykami nasuwają wokale. Potężne growle często występujące jednocześnie w parze z czymś co można opisać mianem zjełczałych wyziewów, raz bulgoczących by pojawić się w formie charczących krzyków. A Finlandia z lat '90-tych? Przede wszystkim brzmienie i ten chory klimat! Trio z Kopenhagi rozpętuje prawdziwą makabrę, przy której wizja horrorów którymi jesteśmy karmieni przez kinematografię od wielu lat, to tylko grzeczne opowiastki dla dzieciaków. Praca gitar to naprawdę archaiczne riffy, zmumifikowane, dawne. Tyle, że jeżeli ktoś zna ich poprzednie wydawnictwa, wie czego się spodziewać. Miłośnicy technicznego grania nie mają tu czego szukać. Death Metal prezentowany przez UNDERGANG jest nadszarpnięty zębem czasu, ale czuć, że Duńczykom to zajebiście wychodzi i robią owe szkaradztwo z pasji. Wracając jeszcze do partii perkusji, blasty pojawiają się miejscami na całym materiale i nie jest to tak, że zespół kompletnie od nich odszedł. Jednak po minimum kilkukrotnym przesłuchaniu w głowie przede wszystkim zostają te szpetne, pełne deformacji w swej aurze, zwolnienia. 'Misantropologi' trwa niecałe trzydzieści minut, lecz to jest wystarczający czas dla tego materiału. Albowiem każdy po przesłuchaniu tego walca będzie się czuł jak po 24-ro godzinnym pobycie w zamkniętej krypcie. Odizolowany, popadając w obłęd wdychając smród pleśni i odoru robaczywych ciał.


Album ten to cholerny majstersztyk. Dzieło ciężaru, prymitywności i zgnilizny. Zresztą, trzeba przyznać, że pojedyncze projekty / hordy w jakich udzielają się chłopaki z UNDERGANG to także silne strzały. Wystarczy wspomnieć choćby o: Hyperdontia, Phrenelith, Cauterized, Trepanation, Wormridden. Obecny basista, Sam Osborne, zasila również szeregi legendy z USA - samego Funebrarum. Underground potrzebuje takich aktów. Nie pozostaje mi nic innego jak wejść ponownie do grobowca...



29 sty 2018

Nordvrede 'Confrontation'



CD'16
Album
Darker Than Black Records

Lista utworów:
1.Drums of the Liberation Army
2.Ulver av nordlyset
3.Seen through the Scope of a Patriot
4.Virgin 54/72
5.Annihilation 9
6.Halvmaanens endelige fall!
7.Pro Death (I.N.F.A.N.T.R.Y. cover)
8.Paramount Sacrilegious Destruction

Norwedzy z Tromsø milczą już od 2015 roku, kiedy to ukazał się ich piaty studyjny album. Początki piewców anty Islamu sięgają 2004 roku. Do tej pory powstało pięć albumów oraz jeden demos. Północny Gniew, bo tak można przetłumaczyć nazwę tej hordy, to konkretny i mocny cios na polu Black Metalu. Ich radykalne podejście do kwestii najeźdźców Europy, to chyba dość częstszy przykład na to, że i w Black Metalu cześć muzyków widzi dokąd prowadzi lewacka polityka. Jednak zostawiając na boku ten prawdziwy problem i skupiając się na muzyce, NORDVREDE to oczywisty i niedwuznaczny Black Metal. Taki jakim być powinien, ale o tym poniżej. Aha, moja wersja na CD ukazała się dopiero w 2016 roku, ale materiał był / jest dostępny od 2015 roku w wersji winylowej.


O ile mnie pamięć nie myli, a oszukiwać nie będę, że przed napisaniem tego tekstu przypomniałem sobie wszystkie nagrania Norwegów, tak stwierdzam, że NORDVREDE nie nagrali słabego materiału. Horda, prezentująca nam bardzo solidnie ułożone utwory, ma wiele do zaoferowania. Zacznijmy od brzmienia, które po prostu niszczy! Intensywność ich muzyki w połączeniu wręcz z soczystym dźwiękiem to dosłownie milionowy orszak pogrzebowy! Masywne partie perkusji, które gdy rozpędzą się do blastujących partii są wręcz nie do zatrzymania. Co jest warte zauważenia i podkreślenia, to fakt, że przy tym zagęszczonym biciu garowego, żaden z elementów nie ginie, nie staje się niewyraźnym tłem. Wyrazistość, a przy tym surowość, są po prostu wspaniałe! Praca gitar jest tu wyważona, odpowiednio zaaranżowana. Gdy w danej partii utworu by podkreślić fragment, pojawiają się harmonie lub bardzo dobrze skomponowane melodie. Większość riffów opiera się na technice tremolo dzięki czemu dostajemy ścianę dźwięku, która jednocześnie zachwyca i przeraża. Dosadność, plugawość oparta na obrazowości kreowanego nastroju nie pozostawia złudzeń dla tych, którzy omijają boczek i podobne przysmaki. Świetnym rozwiązaniem są partie basu które same lub wraz z perkusją, zostają wypuszczone we fragmentach utworów. Prymitywność takiego rozwiązania aż gębę cieszy, a z drugiej strony nadaje materiałowi nieco więcej miejsca. Takiego krótkiego oddechu przed kolejnym uderzeniem. Na koniec wokale, wywrzeszczane w największej furii i nienawiści. Zresztą poczytajcie ich teksty, nie trudno wtedy zrozumieć skąd ten ognisty gniew.


NORDVREDE, tak jak w przypadku poprzednich wydawnictw, wyciągają dumnie środkowy palec w kierunku twarzy omamionych głupotą politycznego bełkotu. Muzycznie natomiast spuszczają nam autentyczny i nieprzeciętny wpierdol. Natomiast połączenie tych dwóch elementów w całość daje nam proste równanie matematyczne z którego rozwiązaniem nie powinien mieć nikt problemów. No chyba, że masz prześcieradło na głowie i gówno zamiast mózgu...



Wode 'Servants of the Countercosmos'


CD'17
Album
Avantgarde Music

Lista utworów:
1.Crypt of Creation
2.Celestial Dagger
3.Temple Interment
4.Servants of the Countercosmos
5.Chaosspell
6.Undoing

Po roku przerwy ukazał się drugi album ekipy z Wielkiej Brytanii. Za specjalnie go nie wyczekiwałem, ale jak już wpadł w łapska to kilka słów powiem. WODE powstał w 2010 roku i poza dwoma albumami, mają na swoim koncie jeszcze jedną demówkę. Niewiele, ale i tak bywa. Album 'Servants of the Countercosmos' oferuje nam Black Metal w który wkradają się różne inne stylistyki. Mamy tu kilka Death Metalowych riffów, ale również w takim dla przykładu 'Chaos Spell' naleciałości rzekłbym nawet Rocka. Taka rozbieżność mogłaby sugerować bogaty album i spory kąsek do przetrawienia dla maniaków, którzy poza napierdalaniem lubią też się zasłuchiwać w strukturach muzycznych poszczególnych utworów. Ale czy tak się na pewno stało? 


Zacznijmy może od wyjaśnienia jednej sprawy. WODE sięga po wiele w swoich inspiracjach, ale nie oznacza to, że ta mieszanka idzie w parze wraz z słuchalnością. Przynajmniej nie dla mnie. Z drugiej strony, nie można zarzucić muzykom, że nie znają się na rzeczy i że ich instrumentarium wraz z warsztatem umiejętności kuleje jak przechlany bezdomny. Ot, powstał materiał dla mnie całkowicie ambiwalentny, który trwa około trzydziestu minut i niestety ja już w połowie zaczynam się nudzić. Sam początek otwierającego utworu 'Crypt of Creation' jest przekombinowany. Gitary grające psychodeliczny fragment przechodzą wraz z resztą instrumentów do konkretnego uderzenia, którego się po prostu nie odczuwa. Ta wściekłość, rzekoma nienawiść jest po prostu jest anemiczna i co gorsza wypolerowana. W mojej opinii albumowi temu przydałoby się trochę więcej brudu w dźwięku oraz umniejszenie quasi rockowych partii. Linie melodyjne gitar są bezpłciowe, pozbawione pazura. Nie rozszarpują, nie porywają pomysłowością, nie zachwycają rzucając nas jednocześnie w odmęty negatywnych uczuć. Całość po prostu nie przekonuje, przynudza i jest taka hmm... bezpieczna. Odnoszę wrażenie, że WODE zachowuje się trochę asekuracyjnie, jakby coś powstrzymywało Brytyjczyków przez rozlaniem kotła pełnego wrzącej smoły. Aranżacyjnie, bez zachwytów, ale trzeba przyznać że zamiany temp mają opanowane - w tym temacie dzieje się całkiem sporo. Jednakże aspekt ten ginie w morzu przeciętnego Black Metalu.


WODE i ich 'Servants of the Countercosmos' to Black Metal, który w swych aranżacjach dalece odchodzi już od wyznaczników czym ten gatunek jest. Muzyka jaką nam podano, to pretendent do grania na festiwalach ku uciesze po prostu wszystkich. Brakuje tutaj jakiegokolwiek pierwiastka świadczącego o tym, że WODE to WODE. Tak jak już wspomniałem, album przelatuje szybko, ale nie pozostawia po sobie niczego godnego zapamiętania. Może poza jednym - chęcią posłuchania innego materiału.



25 sty 2018

Necroblood 'Collapse of the Human Race'

CD'17
Vinyl'17
Album
Amor Fati Productions
Iron Bonehead Productions

Lista utworów:
1.Intro
2.Through Limitless Abysses
3.Evil Against Evil
4.Sons of Genocide
5.Glorification Through Destruction
6.Essential Collaspe
7.Baptised by Devil's Cum
8.Sadistik Hunt
9.Operation Gomorrah
10.The Omen

Bestialstwo. Tak można by podsumować twórczość Francuzów z NECROBLOOD. I zdecydowanie na tym nie koniec, ponieważ poza dominującym bestialstwem, ta horda anno bastardi 2017 ma o wiele więcej do zaoferowania. Zanim jednak przejdziemy do opisu zawartości tego krążka, kilka słów o samym zespole. Horda powstała w 2006 roku i do 2010 roku funkcjonowała pod nazwą Evynkar. Pod tą nazwą wydali jedynie jedną taśmę demo. W 2010 roku nazwa NECROBLOOD pojawia się w undergroundzie by po roku dać o sobie usłyszeć pierwszym demem 'The Rite of Evil'. I może nie tyle, co o zespole zaczyna być głośno ale powoli buduje swoje grono zwolenników. Dzisiaj zapewne każdy szanujący się maniak barbarzyństwa spod znaku Black / Death Metalu ową nazwę zna i ceni sobie bardzo. Polecam również zapoznać się z hordami w jakich udzielają się członkowie NECROBLOOD, a mianowicie: Hexen Holocaust i Impure Ziggurat. A teraz, kilka słów na temat zawartości 'Collapse of the Human Race'.


Spotkałem się z opiniami, że pierwszy album francuskiej hordy jest uładzony w porównaniu do poprzednich nagrań. Kwestia grzecznego dźwięku w ich przypadku jest bardzo daleka od prawdy, ale przyznać należy, że dźwięk ewoluował. W mojej opinii, brzmienie NECROBLOOD nabrało potęgi. Owszem, może i ten brud obecny na poprzednich wydawnictwach został pominięty, lecz gitary nadal mają w sobie cholerny jad, a bas dudni jakby chciał nas tym dźwiękiem rozerwać. Przechodząc zatem do gitar, sporo tutaj grania które znamy z dokonań Revenge, Diocletian, Pesudogod czy Proclamation. I tak jak całokształt kompozycji to nadal bestialska mikstura Black i Death Metalu, sądzę że same riffy zostały ukierunkowane w stronę Death Metalu. Stąd też, riffy są bardziej dynamiczne ale i utwory jako pojedyncze kompozycje zapadają w pamięci. Otóż, NECROBLOOD na 'Collapse...' zawarł dziewięć utworów (pomijam intro), które istnieją bezproblemowo z osobna i nie zlewają się w ścianę dźwięku układu utworów. Osobiście uważam, że to bardzo dobre osiągnięcie świadczące o dojrzałości tych utworów. Co za tym idzie i żeby wyprzedzić nasuwające się pytania, horda ani trochę nie straciła na swojej autentyczności, a wylewająca się z tych dźwięków pasja spokojnie mogła by posłużyć jako przykład dla wielu 'karierowiczów' z tzw. oficjalnej sceny. Dynamika albumu nie pozwala ani na chwilę spocząć słuchaczowi, a intensywność tej burzy dźwięków jest niczym zapowiedź pieprzonej nuklearnej apokalipsy. Nawet w takim 'Essential Collapse', który bez wokalu i w swoich aranżacjach nie ma galopującej obłędnie szybkości i oparty jest na transowym średnio - wolnym rytmie, nawet w nim dostarczono nam spory tonaż agresji, nienawiści i Zła. Głębokie wokale, które pobrzmiewają niczym zgiełk olbrzymiej bitwy, przetaczają się przez cały album. Swą jednostajnością barwy, idealnie pasują do tej atomowego obrazu zniszczenia.


NECROBLOOD nagrali konkretny album, który będąc podkreślony potęgą brzmienia powinien trafić do kolekcji zapaleńców barbarzyńskiego grania. Mikstura Black / Death Metalu serwowana przez Francuzów, to tak naprawdę tytułowy upadek ludzkości. Wspaniały, kolosalny i bezgraniczny soundtrack ku temu, by największa zaraza tej planety zniknęła. 



23 sty 2018

Infamous / Gratzug

CD'16
Split
Hammerbund

Lista utworów:
1.Infamous - The Return of Misery
2.Infamous - Ode all'infamia
3.Infamous - La canzone dello schiavo
4.Gratzug - Der Mond
5.Gratzug - Schwarz wie Weiss
6.Gratzug - Schwarz wie Weiss II

Niemiecki label Hammerbund wydaje sporo wartościowych rzeczy w ostatnich latach. Jedną z takich perełek jest split niemieckiego GRATZUG wraz z włoskim INFAMOUS. Obie nazwy to jednoosobowe projekty, które istnieją w undergroundzie przynajmniej kilka lat. Dowodzony przez S.A. włoski twór swoje początki datuje na 2007 rok. Mephistopheles odpowiedzialny za niemiecką stronę splitu, powstał na początku roku 2011. Każda ze stron wniosła w ten split po trzy nagrania, które najogólniej można by nazwać Black Metalem. Jednakże o tym poniżej, ponieważ chciałem jeszcze dorzucić kilka informacji o wytwórni. Otóż, label ten prowadzony przez Herr Rabensang'a - perkusistę takich hord jak Tontenburg czy Epithalium, zrzesza w swoich szeregach spore grono radykalnych hord o nacjonalistycznych poglądach. Nic oczywiście do tego nie mam, tym bardziej w czasach górującego lewactwa, ale poza tymi zespołami znalazły się tu właśnie takie nazwy jak: Kalmankantaja czy opisywany w późniejszej części tego tekstu GRATZUG. Podoba mi się, że jest to stała współpraca z tymi projektami, a nie jednorazowe wyskoki. Wersje kasetowe albumów, winyle. Sprawa ma się podobnie z australijskimi hordami jak chociażby Goatblood czy Rattenkönig, gdy Hammerbund wydaje wersje kasetowe albumów, t-shirty czy kompilacyjne nagrania. Duży szacunek, a teraz przechodzimy do właściwej części recenzji.



Pierwszym z dwóch projektów jest INFAMOUS. Odnosząc się z tym co słyszymy w jego części splitu do twórczości GRATZUG, Black Metal prezentowany przez Włocha jest bardziej bezpośredni, bardziej potężnie brzmiący. Zdecydowaną zaletą jest tu wszechogarniająca atmosfera mizantropii. Gitary, które w swoich liniach charakteryzują się również melodyjnością, to ta jest jednak bardziej prosta i dosadna. Trudno to ująć w słowa, ale INFAMOUS wręcz dźga w nasze zmysły anty-ludzkim sztyletem. Nie ma tu jakiejkolwiek nadziei, albowiem nadchodzi wielka, czarna pustka z której nie będzie absolutnie najmniejszych szans na ucieczkę. Jak na potwierdzenie tych słów, pojawiające się partie gitar akustycznych na początku trzeciego utworu 'La canzone dello schiavo' po prostu dobijają. I szczerze mówiąc, nie wiem jak to działa - reszta tego utworu jest cholernie dynamiczna, można nawet powiedzieć że żywa... A mnie coraz bardziej wciska w kolejne odmęty nędzy, żalu czy wręcz żałoby na tzw. życiem. Dobiegające z daleka wokale S.A., na wpół wykrzyczane o barwie skrzeczącej zmory, idealnie komponują się w całość tej muzyki. Sposób egzekwowania pomysłów i przerobienia ich na taką dogłębną muzykę to coś wielkiego. 



Drugi melduje się niemiecki GRATZUG. Projekt ten poznałem dzięki wydawnictwu, również splitowi, z Virvatulet i od razu mnie powaliła atmosfera nagrań Mephistopheles'a. Większość aranży Niemca opiera się na nakładających się ścieżkach gitar z których jedna jest bardziej wysunieta na przód i uderza w nas wspaniałymi melodiami. Tak jak staram się wybiórczo podchodzić do melodyjnych riffów analizując je i wyszukując zjadania własnego ogona wraz z popadaniem w słodką papkę, tak w twórczości GRATZUG tego po prostu nie ma! Owszem, kreowane przez gitary melodyjne riffy, wspomagane przez pojawiające się w tle partie klawiszy, szkicują piękne wizje, obrazy Natury niedostępnej i utęsknionej. Jest w nich też coś z innej epoki, jakby wyrwane ze średniowiecza i skrytego w białych czapach śniegu owianych chłodnymi wiatrami mistycyzmu. Na równie bardzo duży plus zasługują tutaj wokale, które nie zmieniając swej barwy głosu, piskliwym skrzekiem jawią się przez owe trzy utwory. Mephistopheles przyzwyczaił nas do swojego głosu, bo ten na przestrzeni lat wiele się nie zmienił. Przynajmniej tych, którzy śledzą poczynania GRATZUG. Na koniec jedyna rzecz do której się muszę przyczepić i która odkąd usłyszałem muzykę Niemca mnie razi. Mainowicie, automat perkusyjny. Niestety są fragmenty gdy ten w średnim tempie z blachą a'la 'raid' odgrywa swoje partie na tle gitar. Cholera, po prostu bardzo wyraźnie słychać, że to jest tylko automat... Lecz takich partii aranżacji jest tu niewiele, więc można to przełknąć. Podejrzewam, że GRATZUG na długo pozostanie przy automacie perkusyjnym, tym bardziej że Bawarczyk od samego początku do teraz wykorzystuje go zamiast żywego perkusisty. Tak było, jest i pewnie zostanie.
Wydawnictwo dzielone pomiędzy INFAMOUS i GRATZUG to naprawdę kawał świetnie zaaranżowanego Black Metalu, pokazującego jednocześnie jak zróżnicowany jest ta stylistyka. Z jednej strony otrzymujemy mizantropijny cios wyciskający z nas ostatnie strzępy nadziei, a z drugiej wspaniałą atmosferę mroku i tajemnic Natury skąpanej ciemnościami nocy. Split wręcz idealny.






22 sty 2018

Praecognitvm 'Inalienable Catharsis'

Kaseta'17
Demo
Iron Bonehead Productions

Lista utworów:
1.Forest of Shattered Souls
2.Path to Oblivion
3.Reminiscence
4.Ashes and Blood

Pierwszy znak swojego istnienia w bardzo przepełnionym podziemiu, pochodzący z Chile PRAECOGNITVM, pojawił się w 2016 roku. Wtedy to ten duet w 2016 roku poprzez stronę Bandcamp umieścił swoje demo. Rok później, w lutym, niemiecka Iron Bonehead, wydała tenże materiał na kasecie w limicie 300 sztuk. Kolejna horda, której nazwa niewiele mówi większości, ale zapewniam was, jest cholera czego posłuchać. Dodam jeszcze, że ku również mojemu zdziwieniu, nie jest to typowe granie z Chile jakiego byśmy się spodziewali. Chile, które kojarzone ze stricte infernalną sceną przesiąkniętą brudem i bezkompromisowością wszechobecną w muzyce, tym razem zaskakuje  przedstawicielem gatunku Atmospheric Black Metal. Zapewne to nie pierwsza i nie ostatnia nazwa owej stylistyki z Chile, bo były/ są chociażby Nûr czy Sol Sistere.


PRAECOGNITVM oferuje nam na swoim debiutanckim wydanictwie ciekawą kombinację pracy gitar w rozbudowanych pasażach wraz z wykreowaną atmosferą monotonii transu w jaki słuchacz wpada przy 'Inalienable Catharsis'. Termin monotonii, tutaj nie jest nacechowany negatywnym wydźwiękiem. To właśnie dzięki rozciągniętym w czasie riffom, wkrada się i osiada niczym cmentarna mgła na licznych nagrobkach, pasywność a za nią w parze można wychwycić rezygnację i wycelowaną w życie bezznaczeniowość. Black Metal z którym mamy tu do czynienia skłania do zupełnej izolacji, odosobnienia, ucieczki od ludzkości. Powtarzające się riffy, hipnotycznie wwiercające się w podświadomość niesamowicie oddają oniryczność aury jaka sączy się z tego materiału. Mętna, sennie zraniona atmosfera tym bardziej jest wyraźna w pojawiających się fragmentach gitar bez przesterów, gdzie ów jęk jest namacalny. Te partie z kolei przypominają mi trochę Xasthur z jego wczesnych albumów, gdzie te właśnie zbliżone do obecnych tutaj, płynące w cierpieniu gitary były wplatane w utwory Malefic'a. PRAECOGNITVM i ich wersja Black Metalu to duszny negatywizm, gdzie mimo przestrzeni w kompozycjach zostajemy otoczeni przez gęsty wir nienaturalnego bólu. I jeżeli takie było założenie twórców 'Inalienable Catharsis', to przyznaję, że cel został osiągnięty.


Sumując to wydawnictwo należało by sobie życzyć więcej debiutów o tak dobrze skomponowanej muzyce oraz wykreowanej zdecydowanej atmosferze. Cztery utwory, ponad 25 minut muzyki bardzo dobrego materiału. Przewijające się przez to demo cierpienie, stan odosobnienia, obcość, czy nawet pewna dawka introwertyzmu, dają w całokształcie solidny i konkretny zastrzyk negatywności. Pozostawiam was z tą czernią myśli, niech was pożre.