20 lis 2017

Skelethal 'Of the Depths...'

CD'17
Album
Hell's Headbangers Records

Lista utworów:
1.Sons of Zann
2.Spectral Cemetery
3.Chaotic Deviance
4.Glimpse of the Great Purpose
5.Catharsis
6.Pantheon of the Abyss
7.Scaly Smelly Flesh
8.Outer Conviction
9.Morbid Ovation
10.Soon to Be Dead (Dismember cover)
11.Macabre Oblivion 

Francuski duet Skelethal powstał w 2012 roku, a płyta 'Of the Depths...' jest ich debiutem. Gui wraz z Jonem co rusz przypominali o swojej obecności w Death Metalowym światku podziemia i zanim HHR podpisał z nimi papiery na pierwszy album kilka rzeczy wydali. Bardzo dobry wydawnictwem była również kompilacja nagrań wydana w 2015 roku przez Pulverised Records zatytułowaną 'Morbid Revelations'. Zbiór utworów z dema, EPek i splitu to fajny ukłon w stronę fanów, którzy nie mieli okazji nabyć wcześniejszych dokonań Francuzów i teraz mogą oficjalnie katować siebie i sąsiadów konkretną dawką Death Metalu. Wracając jednak do debiutu, w czerwcu dwójka żabo pochłaniaczy wydała 'Of the Depths...' i raczę szybko donieść, że poziom old school DM został zachowany i większość z was poczuje satysfakcję słuchając tego albumu czy to z taśmy, cd czy winylu. Poniżej krótki opis wydawnictwa.
Album otwiera utwór 'Sons of Zann' i już od pierwszych dźwięków intra zawartego w tym utworze człowiek wychwytuje z jak wspaniałym plugastwem będzie miał do czynienia. Ożywają pradawne lęki, a atmosfera mroku przejmuje prym. Zacznijmy może od tego, że materiał jest przyzwoitej długości i trwa czterdzieści sześć minut. Po wspomnianym preludium uderza w nas ciężar brzmienia albumu, który jest utrzymany w najlepszych kanonach wydawnictw z początku lat '90tych. Od razu wyrzucę z siebie to co mnie bardzo urzekło, a mianowicie w partiach gdzie słyszymy podwójną stopę lub nawet pojedynczą podbijającą rytm pracy werbla - nie słychać pierdolonego terkotania, komputerowych czarów z triggerami zabijającymi muzykę. Oczywiście, że zostały użyte, bo taka już dzisiaj norma. Jednak SKELETHAL uczynił to z świetnym wyważeniem w pełni stawiając na niepowtarzalną atmosferę sprzed ponad dwudziestu lat w Death Metalu. Cholera, na dobrą sprawę słuchając tego można odnieść wrażenie, że aranżacyjnie zespół spokojnie mógłby się uplasować w tamtych czasach pośród tysięcy ukazujących się i obiecujących materiałów demo. I bynajmniej nie jest to zarzut. Konstrukcje utworów są po prostu wyśmienite. Jadowite riffy tną z precyzją chirurgicznego skalpela. Nie jest istotne czy SKELETHAL akurat gra na najwyższych obrotach czy jest to wolna partia uderzająca ciężarem - w obu rolach plus tej pośrodku Francuzi odnajdują się bardzo dobrze i utwory nie tracą na swojej chorobliwej atmosferze old school Death Metalu. Jako urozmaicenie otrzymujemy kilka sprawnych solówek, te z kolei wnoszą powiew jakby lekkiego orzeźwienia. Świetne wokale to również olbrzymi plus tego wydawnictwa, growle potężne ale mimo wszystko czytelne. O perkusji już było, tak więc powoli zmierzamy ku końcowi. Jako całokształt 'Of the Depths...' jawi się jako materiał w pełni old schoolowy, konsekwentny i bezsprzecznie można powiedzieć o jego twórcach, że czują to co robią. Debiut SKELETHAL jest gęsty i pokryty nieprzeniknioną szarością niczym wiosenna mgła nad ponurymi cmentarzami.

http://www.facebook.com/skelethal/
http://shop-hellsheadbangers.com/


17 lis 2017

Megalith Grave 'Petrified Bones and Decayed Monoliths'

Taśma'17
Demo
Perverse Homage

Lista utworów:
1.Under a Horned Waning Moon  
2.Dungeon Cries Echo over Saturnine Ruins  
3.Perceived Coruscations of Daemon Light  
4.Indelible Marks in Necromantic Subconscious  
5.Declension into Dark Void


Isniejący od 2011 roku, amerykański jedno-osobowy projekt zaznacza swą obecność w głębokim podziemiu dość częstymi wydawnictwami. Sporo taśm demo, Epki, splity i jeden pełen album - wszystko podane w najbardziej z obrzydliwych form Black Metalu. Za całość muzyki odpowiada Gamol, który obecnie udziela się jeszcze w Forsaken Burial. Zapraszam do opisu poniżej, do spaceru nocą wśród ciszy opuszczonego i zapomnianego cmentarzyska.
Materiał ten mógłby stać się równie dobrze soundtrackiem do psychodelicznego koszmaru, w którym to główny bohater przemieszczał by się ciemnymi podziemnymi korytarzami katakumb lub puszczonego w niepamięć cmentarza. Celem byłyby kolejne ofiary czy też szukanie odosobnienia / ucieczka od reszty świata, każdy scenariusz sprawdziłby się tutaj doskonale. Na demo składa się 5 utworów, które swoją okropną produkcją zapewne niejednego odstraszą. Zresztą, taśma jest limitowana do 45 sztuk, także niewielu będzie ją posiadać na fizycznym nośniku kasety magnetofonowej. Dźwięk zarejestrowany na 'Petrified Bones and Decayed Monoliths' jest cholernie surowy, gitary stanowią jakby rozmyte tło do obłąkanych wrzasków wydobywających się z trzewi Gamola. Trudno tu nawet mówić lub doszukiwać się wyodrębnionych riffów, albowiem te zostały zarejestrowane w chaotyczny sposób i dźwięk przechodzi z ostrego w rozmyty. Wokale są niczym odgłosy mąk cierpiącego przeplatane z dużym naciskiem na nienawiść. We wszystkim akompaniuje szybka perkusja, która do końca nie wiem czy jest prawdziwą czy użytym automatem perkusyjnym. Jednakże, forma jaką obrał sobie MEGALITH GRAVE rekompensuje nawet przypuszczalne uchybienie korzystania ze skrzynki zamiast z żywego instrumentu. Zło jakie tu się nawarstwia, jakie wręcz kipi jest niesamowite... Cholernie proste aranżacje, a tak mordercze! Muzyka natychmiastowo kreuje wizerunek obłąkanej persony, która w blasku rozstawionych świec wije się w konwulsjach a twarz jej w dziwnych grymasach wypluwa kolejne wersy tekstów... Surowość, enigmatyczny klimat niepokoju, stęchlizna i Zło. 



15 lis 2017

Shambles 'Realm of Darkness Shrine'

CD'16
Album
Pure Holocaust Productions

Lista utworów:
1.Rosarium
2.Call from the Further Tomb
3.Breath of the Deathprayer
4.Onward into Chasms
5.Haxanwomb
6.Realm of Darkness Shrine
7.Bitter Abysmal Depths

Tajowie zaczęli swoją przygodę w 1997 roku. Po dziewiętnastu latach wydali wreszcie swój debiut i bez owijania w bawełnę przyznaję się, że to mój pierwszy kontakt z tym zespołem. Z tego co zdążyłem wyszukać, zaczynali jako Brutal Death / Grind, mieli swój epizod z Black Metalem, by wreszcie odnaleźć się i osiąść w stylistyce Death / Doom Metalu. Tak czy inaczej, nie można chłopakom odmówić uporu w dążeniu do celu. Sami musicie przyznać, że tyle lat by nagrać debiutancki materiał to szmat czasu. I oczywiście, zdaję sobie sprawę, że są takie zespoły jak chociaż Sadistic Intent, które do tej pory nie nagrały albumu a są cholernie poważane wśród maniaków. Wychodzi zatem na to, że nie ma co się tu rozwodzić nad owym faktem z dyskografii SHAMBLES i najzwyczajniej przejść do sedna tego krótkiego tekstu, a mianowicie do opisu zawartości 'Realm of Darkness Shrine'.
SHAMBLES czerpie garściami swoje inspiracje z takich hord jak Incantation, Encoffination. Wyłapiemy w ich muzyce również echa starego Asphyx, a z drugiej strony zdecydowanie nie znajdziemy w ich twórczości czegokolwiek oryginalnego. Nie oznacza to jednak, że materiał jest przeciętny lub czegoś tu brakuje. Moim zdaniem nie. Niektóre fragmenty porażające grobową powolnością, odnoszę wrażenie jakby dodano im cech niechlujności, takiego celowego prymitywizmu i brudu. To działa na korzyść zespołu, muzyka staje się jakby bardziej pełna w swej ohydzie. Brzmienie jest bardzo nisko zestrojone co sprzyja efektowi pogłosu dudnienia, szczególnie w wolnych partiach. Riffy gitar są bardzo proste i w moim odczuciu stanowią jakby tło, ścianę dźwięku dla ultra kryptycznych wokali. Powolne, trzeszczące pojedyncze dźwięki uderzeń w tłumione struny, lub z drugiej strony porywcze i kostkowane na pełnych obrotach. Stopniowe dozowanie obu tych zabiegów daje w efekcie ciekawy wynik, chorą atmosferę. Tak jakby ktoś z rozmysłem i premedytacją powoli sączył trujący gaz do szczelnie zamkniętego pomieszczenia w którym się znajdujemy. Jednak robi to tak by nie zabić, by bez końca torturować. Wokale jeszcze bardziej pogłębiają ten koszmar, wdzierając się w naszą świadomość z impetem największej makabry. Barwa niskich growli pasuje tu idealnie, tym bardziej że na 'Realm of Darkness Shrine' nie ma alternatywy dla tych wokaliz. Są monotonne, plugawe i cholernie otchłaniczne. Prosty materiał kopiący solidnie dupsko i otwierający portale zaświatów horroru.

http://www.facebook.com/Shambles-635468059850975/
phzine@yahoo.com


14 lis 2017

Kêres 'Book of Desire'

Winyl'17
Album
Kuunpalvelus

Lista utworów:
1.Mission 
2.Cemetery Oddity
3.Body of Shadow 
4.Cursed with the Love for the Dead
5.For War
6.Ascetic 
7.First Creed

Dowodzony przez Atvar'a od czasów pierwszych nagrań demo tego projektu, KÊRES nie próżnuje i nagrywa kolejne materiały. Jest tego naprawdę sporo, ale niestety są to wydawnictwa trudno dostępne w polskich distrach. Ponad 20 nagrań demo, które oficjalnie nie wpadły w ręce mas, krąży wśród wybranych. Nawet nie chcę myśleć ile będą warte na serwisie Discogs za np 25 lat. Atvar tworzy lub współtworzy jeszcze w takich projektach jak: Circle of Ouroborus (za cholerę nie potrafię zrozumień tej muzyki), Elemental, Impervious, Karmic Void, Prevalent Resistance, Rahu, Venus Star, Verivala. Jak widać, na nudę facet narzekać nie może, ale osobiście patrzę na to z innej strony. Jakim cholernym geniuszem trzeba być, bo przecież aranżacje wymienionych hord / projektów to rzeczy powalające na kolana, odurzające jak najlepsze wódka. Jaką trzeba mieć w sobie pasję do muzyki by praktycznie zdominowała Twoje życie... Oczywiście, każdy z odbiorców Black czy Death Metalu spędza godziny dziennie zasłuchując się w dźwiękach które kocha. Jednak tworzenie muzyki to, poza sporą determinacją w dążeniu do obranego celu, przede wszystkim duchowy ekshibicjonizm (pod warunkiem, że dana osoba jest szczera w tym co robi). KÊRES i jego głównodowodzący Atvar oraz właściciel wytwórni Kuunpalvelus, nie pozostawia choćby cienia wątpliwości lokując olbrzymie pokłady autentyczności w swej muzyce. Ale o tym wszystkim poniżej.
Trzeci album fińskiego KÊRES przenosi słuchacza w niesamowicie nostalgiczny i zarazem nieujarzmiony wymiar Black Metalu. Siedem kompozycji trwających trochę ponad pół godziny wprawia w posępny nastrój. Owa nostalgia, melancholia ma tutaj bardzo niepokojący wymiar. Pozornie mamy do czynienia z melodyjnymi partiami gitar rozbitymi na przynajmniej dwa kanały. Sposób jednak aranżacji tych partii jest jak błądzenie w ciemnych korytarzach piwnic. Są złowieszcze a zarazem nie bezpośrednie, jakby czekały tylko na szansę możliwości wyrwania się z więżących je łańcuchów i w następstwie szerzenia słowa nocy. Twórczość KÊRES zawsze kojarzyła mi się z jedną wizją jaką szkicują te dźwięki. Płomień puryfikacji, a w nim ludzka postać z której uchodzi cała duchowość. Dymiące oczy, usta... Powłoka cielesna zostaje odrzucona niczym zbędne ścierwo. Taka przynajmniej według mnie jest muzyka Atvar'a na 'Book of Desire', ale nie tylko na tym wydawnictwie. Riffy hipnotyczne, snujące się wolno uderzają atmosferą cmentarnej pogardy gnijących setek tysięcy ciał. Album jest zdecydowanie nacechowany dużym naciskiem na emocje odbiorcy, a szybkie partie w żaden sposób nie zamykają bram owej 'wrażliwości' (o ile to właściwe określenie). Surowe brzmienie instrumentów, chropowaty i skrzeczący wokal (w utworze 'First Creed' pojawiają się też czyste partie wokali) - ten zamysł ponownie się sprawdza i Black Metal podany we właściwy sposób czyni to co powinien - dusi, niweczy wszelakie nadzieje, upadla... Niech świat pełza, kaja się niczym najgorsze z możliwych istnień. A muzyka KÊRES będzie płynąć dalej, nieprzerwanie. I jak ślepiec niczego nie zauważy, bo nie musi i nie potrzebuje w swej doskonałości.



10 lis 2017

Norns 'Pazuzu'

CD'16
EP
Deviant Records

Lista utworów:
1.Desecration
2.Pazuzu
3.Howling from the Past
4.Winds of Blasphemy

Po dziewięciu latach ciszy, dał wreszcie oznaki powstawania z grobu Fiński NORNS. Ubiegłego roku, cmentarna noc i skryte w niej bestie ujrzały nową EPkę zatytułowaną 'Pazuzu'. Horda ta przez lata swojego istnienia nigdy nie należała do bardzo aktywnych i od 2005 roku to ich trzecie wydawnictwo. W sumie po 2007 roku słuch po nich zaginął, nie było żadnych wieści czy horda zdechła czy tkwi w uśpieniu. W międzyczasie powstała druga horda z udziałem 2/3 składu, Nattfog, a projekt Behemotha (bass i wokale) Aske tkwił również w niebycie. Tak czy owak, mam nadzieję, że na kolejne nagrania NORN nie przyjdzie mi czekać kolejnych tyle lat.
Zacznijmy od genialnej okładki, która łechce moje zmysły przywołując natychmiastowo skojarzenia ze starą sceną. Z wydawnictwami, które były opętane i prymitywne, a na ich okładkach zawsze występowali muzycy w wymalowanych twarzach. Duch starego Darkthrone wiecznie żywy, aarrghhh! Sceneria cmentarza tutaj jest idealna, a kontrast obu krzyży pośrodku których stoi demoniczna postać. Widzę tu nawet koneksję, Pazuzu był przedstawiany jako demon świata podziemnego, król złych wiatrów. Ileż to razy hordy stylistyki Black Metalowej przyzywały czy to w tytułach czy w samych lirykach cmentarne wiatry śmierci... A może doszukuję się czegoś za daleko? Muzyka w jakiej porusza się NORNS to Black Metal, surowy aczkolwiek z dużą dawką melodyjnych riffów. Taki konglomerat stwarza bardzo ciekawą atmosferę, a muzyki już nie tyle co się słucha, bardziej się ją chłonie. Proste riffy, gdzie wspomniana melodyjność przeplata się z rytmicznym podbijaniem danych akcentów gitar, zapadają głęboko w pamięć i tego się chce po prostu słuchać. Całość materiału jest bardzo fińska stylistycznie i od razu słychać skąd materiał pochodzi. Dodatkowo brzmi to również archaicznie, surowo, nawet brzydko pomimo dozy melodyki. To po prostu zimny, ohydny Black Metal. Nawet gdy klawisze w poszczególnych partiach rozbrzmiewają donośnie, 'Pazuzu' nadal jest surowy i lodowaty niczym dopiero wyjęte mięso z zamrażalnika. I ten duch, prawdziwy duch Black Metalu sprzed lat gdy termin ten jeszcze oznaczał rebelię, był źle kojarzony, a nie jak w wielu przypadkach tylko muzyczny biznes. Przy tych dźwiękach z jeszcze większą tęsknotą człowiek wyczekuje zimy, by w śniegu brnąć przez las.



8 lis 2017

Pestilentia 'Rotting'

CD'11
Album
Thou Shalt Kill! Records

Lista utworów:
1.Rotting Flesh of God
2.Pestilential Blessings
3.For I Am Death
4.Purification Comes Before Enlightenment

Horda ta pochodzi z Białorusi, z Mińska. Zacznę od tego, że nie jestem fanatykiem który śledzi co inne serwisy piszą, a papierowych zinów wszystkich nie posiadam. Mimo tego jednak zaryzykuję stwierdzenie, że mało było wzmianek o PESTILENTIA. Choć jak wspomniałem, mogę się mylić. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że zespół ten założony w 2002 roku po dziś dzień nadal kroczy mrocznymi ścieżkami podziemia muzycznego. Konsekwencji i samo-zaparcia nie można im odmówić, w szczególności, że przez pierwsze dziewięć lat istnienia nie został wydany żaden oficjalny materiał. Poniżej krótki opis zawartości debiutanckiego albumu.
'Rotting' składa się z czterech rozciągniętych kompozycyjnie utworów. Najkrótszy otwierający ma trochę ponad siedem minut, najdłuższy zamykający ponad dwanaście. PESTILENTIA poza klimatem, którego obłąkańcza natura jest namacalna w aranżacjach debiutu, postawiła również na dynamikę. I, mogłoby się wydawać to nieco dziwnym posunięciem patrząc na długości trwania poszczególnych utworów. Sprytnie Białorusini wymykają się ze schematu hipnotycznego grania dzięki zróżnicowaniu danych partii utworów. Od blastów do średnich temp, nawet jeśli riffy gitar można uznać za wprawiające w trans, perkusja nie pozwala na otępienie i ożywia utwory. Nie jest bynajmniej jakaś niespójność wynikająca z błędu, nie sądzę. Dopatrywałbym się tutaj zarówno czerpania z korzeni gatunku vide surowe powtarzalne riffy, jak i budowania śmiertelnej atmosfery nie tylko riffami i wokalem, a właśnie partiami perkusji także. Świetne brzmienie, surowa produkcja która nie pozostawia złudzeń gdzie plasują swoje miejsce. Wokale, skrzeczące i na wpół gardłowe agonalne oraz histeryczne, rozsiewając proroctwa Królestwa Rozkładu, wyją z anielskiej niedoli.
PESTILENTIA, a raczej jej czterech apostołów, zabiera nas w podróż w kompletną czerń. Gdzie nie istnieje nic, poza tytułową zgnilizną truchła. Muszę w końcu nabyć ich drugi album 'Where the Light Dies' z 2016 roku, bo coś mi podle szepce do ucha, że będzie to nie lada uczta. Martwych świętowanie...

Brak liny do hordy

7 lis 2017

Hamvak 'I'

Taśma'17
Demo
Fekete Terror Productions
Neverheard Distro

Lista utworów:
1.Altars of Thousand Plagues
2.Chants of the Primordial Pantheons
3.Warlords of the Steppes

Ostatnio coraz częściej trafiam na perełki, które albo jak w tym przypadku zaskakują poziomem stworzonej muzyki już od debiutanckiego demo, albo są cholernie wybitne w dopracowanej atmosferze która nie jest wynikiem zimnej kalkulacji. Ukrywający się po pseudonimem D. odwalił kawał dobrej roboty, będąc odpowiedzialnym za całość muzyki i wszystkie instrumenty. Rezydujący obecnie w Niemczech, powołał do życia HAMVAK w 2015 roku i jak już wywnioskowaliście z pierwszego zdania, jest to pierwsze wydawnictwo. Stylistykę można określić jako hybrydę Death i Black Metalu podanej w iście diabelski sposób, ale o tym poniżej. 
Połączenie tych dwóch gatunków wypada w wydaniu HAMVAK zaprawdę ciekawie. Pierwsze co rzuca się w uszy, to cholernie niskie brzmienie wraz z bardzo wysuniętym na przody basem. Ten z kolei w swojej pulsującej barwie dźwięku czyni nie małe spustoszenie. Intensywność przeplatająca się z niesamowitą aurą zgłębiającą zupełnie inne, nieznane pokłady ciemności o wulgarnym obliczu. Wydaje mi się, że właśnie w tej materii tkwi klucz do czary obłędu tego dema. Gdyby odłożyć na bok i zapomnieć o aurze jaką 'I' roztacza wokół siebie, pozostaje nam nadal strasznie dojrzały i naturalnie pełen żywiołu pasji materiał. 'Relikwie', bo tak z węgierskiego można przetłumaczyć nazwę tegoż projektu, postawił na duszny klimat, pulsujący niczym ledwie widoczne światło na samym końcu zadymionego ciemnego tunelu. Obłąkane, nienawistne wokale wykrzykujące lub zatapiające się w głębokich growlach, wyrzucają z siebie kolejne dawki śmiertelnych dla jakiejkolwiek formy życia toksyn. Riffy gitar oparte są w większości na dużej powtarzalności, a ich konstrukcje są wydłużone dzięki czemu kreują swoistą hipnozę owej złowrogiej bestialskości. Zdarzają się fragmenty na materiale gdy gitary zwalniają, jednak w żadnej sposób to nie kłóci się z transem w jaki wpada słuchacz. Wręcz odwrotnie, daje chwilę wytchnienia bądź złudnej nadziei, by ponownie z jeszcze większą mocą obedrzeć słuchacza z jego woli. Łomocząca perkusja wspaniale podkreśla finalny efekt, dodając dynamiki oraz wytaczając coraz to bardziej rozprzestrzeniającą się infekcję ku dominacji. 
HAMVAK stworzył bardzo dobry kawał muzyki i jak sądzę, maniacy lubujący się w takich grobowych klimatach ociekających zjełczałym nekro okultyzmem odnajdą wiele w tej muzie dla siebie. Choroba, bestialstwo, zwyrodnienie, mdłości...



3 lis 2017

Rude 'Remnants...'

CD'17
Album
F.D.A. Records

List utworów:
1.Torrent to the Past
2.House of Dust
3.Blood Sucker
4.Interpretations of the Ultimate Finality
5.Remnants...
6.Fracturing the Gates of Truth
7.Sanctuary
8.ReBoot
9.Children of Atom

Na początku roku 2017 ukazał się drugi album amerykańskiej załogi trudniącej się old schoolowym Death Metalem. Dziewięć utworów składających się na tą płytę, to sięgnięcie do korzeni tej stylistyki na przynajmniej kilku płaszczyznach. Przede wszystkim rzecz oczywista czyli muzyka, ale to nie koniec. Wystarczy rzut okiem na okładkę i bez problemu można rozpoznać mistrzowską rękę Dana Seagravea. Obraz ten to pieprzone arcydzieło, wyjątkowe w swej przedstawionej naturze oraz wymowności tego co widzimy. Ciemna grota pomiędzy której głazami spływają strumienie wartkiej wody, masa stalaktytów i stalagmitów i innych formacji skalnych przypominających uśpione ohydne byty. Pośrodku tego wszystkiego jakieś nieobliczalne monstrum którego zamiarów lub choćby celu istnienia możemy się tylko domyslić. Przypadkowa jakby trójka postaci ludzkich jest świadkiem ów potworności. Kolejna sprawa, to sposób wydania przede wszystkim samego krążka. Prosty, nadruk logo na srebrnej płycie to genialne posunięcie! Dodatkowo jakże efektowne, przypominające stare czasy... 
Tak ja wspomniałem na samym początku, RUDE to Death Metal. Teraz zagłębimy się w starej szkole tegoż nurtu, w paszczy szaleństwa która z wyszczerzonych kłów ocieka trucizną. Ta natomiast, spadając na podłoże nadżera powierzchnię formując się w takie tytuły jak 'Consuming Impulse', 'Blessed Are the Sick', 'Leprosy' czy nawet 'Scream Bloody Gore'. Aaaarrrgghhhh!!! Kompozycje, które zostały zarejestrowane na 'Remnants...' są dotknięte dzisiejszą techniką realizacji dźwięku, ale poczyniono to w sposób bardzo przemyślany. Delikatna ingerencja będąca w kontraście z agresją aranżacji kompletnie nie razi, a album przywodzi na myśl właśnie wspomniane milowe albumy legend Death Metalu. Świetne, dynamiczne riffy na które wydawnictwo jest nastawione, zostały wzbogacone solowymi gitarami, które niczym ukryte przed wszystkimi przeleżały głęboko w szufladzie ponad 20 lat. Utwory mimo tworzenia spójnej całości, różnią się od siebie. Są typowe ciosy które w swej porywczości i uderzeniu miażdżą od samego początku. RUDE nie stroni również od bardziej leniwych w swej naturze utworów, które rozwijają się powoli i w których to atmosfera napięcia narasta stopniowo. Perkusja na tym albumie to prostota z dosadnością, a przejścia na tomach pomiędzy powtórzeniami riffów są niesamowite. Facet ma technikę gry cholernie przypominającą i lokującą się we wczesnych latach 90'tych. Na koniec wokale, których nie powstydziliby się klasycy jak van Druren. Pełne furii, nienawiści a zarazem wkraczające w inny wymiar horroru. Jest w nich coś niepokojącego, a przy tej stylistyce to wręcz wskazane. Wspomnę jeszcze tylko o świetnym 'Reboot' oraz wstępie do 'Remnants' - gitary bez przesterów, grające swoje partie niczym opętany wizjoner malarstwa pośród swoich dzieł grozy... Na koniec dostajemy utwór 'Children of Atom' w którym pojawiają się elementy klawiszy przypominające Nocturnus. Świetny zabieg, ale mam nadzieję, że chłopaki nie pójdą tym śladem na trzeciej płycie i pozostaną przy klasycznym Death Metalu.



2 lis 2017

Witchcraft 'Hegyek Felettem'

Taśma'12
Album
Neverheard Distro

Lista utworów:
1.Istentelen
2.Megittam a vért
3.Arcomon gyűlölettel
4.Hegyek felettem
5.Összeesküvés
6.Fekete és hideg
7.Csak a fagy
8.Vörös köd

Czas na weteranów z Węgier, którzy to istnieją na scenie od 1996 roku i do dziś są wierni korzeniom Black Metalu starej szkoły. Horda ta, zapewne znana w kilku kręgach odbiorów uwielbiających zimne i prymitywne granie, jest doceniana za to co wydała w swej dyskografii. Jak na 21 lat istnienia nie ma tego zatrważająco wiele, ale absolutnie każda pozycja opatrzona logiem WITCHCRAFT jest dziełem, które po prostu trzeba mieć. Mus posiadania tyczy się oczywiście maniaków Black Metalu w jego najczystszej formie, bez nowoczesnych ozdobników które tak oddaliły ten gatunek od tego, czym tak naprawdę był w założeniu gdy dopiero powstawał. Album ten ukazał się również w formacie CD i na winylu, ale tak surowe granie idealnie sprawdza się na nośniku kasety magnetofonowej. Chociaż wiadomo, że winylem człowiek by nie pogardził hehe.
Black Metal grany przez Węgrów czerpie garściami z drugiej fali BM, a konkretnie skandynawskiej odmiany, ale to nie wszystko. Horda nie stroni też od stylistyki Thrash Metalu, którą to idealnie inkorporuje we fragmenty swoich kompozycji. Jednak ponad 90% trwania materiału mamy do czynienia z surowizną, pierwotną ohydą sączącą się z głośników i w swej czarnej hipnozie przenoszącą nas w czasie do początków sceny. Nie znajdziemy na 'Hegyek felettem' grzecznego i poprawnego grania w stylu behemocza czy innych komediantów, albowiem w muzyce Węgrów nie ma miejsca na błazenadę. Zacznę od brzmienia, które najzwyczajniej urzeka swą głębią ciemności, prymitywności ale i zarazem czytelności poszczególnych instrumentów. Owa czytelność dźwięku nie jest dominująca, bardziej bym określił to jako smaczek czy może nawet jeden z elementów brzmienia. Takie fundamenty jak szorstkość, chropowatość i brud gitar zostały zachowane, a struktury riffów podrzynają gardła zardzewiałymi ostrzami sprawiając jeszcze większy ból. Co dziwne, pomimo takich odczuć / skojarzeń, utwory w swej budowie i klimacie nawiązują bardzo silnie do Natury, pogaństwa (tylko błagam, nie kojarzcie elementów pogaństwa z tymi wszystkimi folkowymi wesołkami, którzy tak umiejętnie przez lata swym dennym plumkaniem wypatrzyli ów dumny termin). Dynamiczne tempa, które przechodzą też w rytmiczne pasaże, powodują, że albumu słucha się jednym tchem. Pasjonuje i wabi swą nieoryginalnością, która jest olbrzymim atutem trzeciego albumu WITCHCRAFT. 'Hegyek felettem' jest chłodem nocy, wyjącym wichrem w pobliżu górskich sztolni, skrzypiącym śniegiem pod podeszwą buta w najdalszych, odludnych częściach lasów. Ponad surowizną gitar i prostych partii perkusji góruje skrzeczący, chropowaty wokal. 
Kończąc, podkreślę dla mniej kumatych -> to nie jest muzyka dla fanów Nihilka czy Laluni Ad Noctum lub innych ślicznych wycmokanych produkcji słodszych niż rafinowany cukier. Trzeci album to istna czerń, a ci z Was którzy przegapili to wydawnictwo lub nawet (o zgrozo!!!!) twórczość hordy, zachęcam do odrobienia lekcji.



31 paź 2017

Os 'Demo MMXVII'

Taśma'17
Demo
Funeral Chants Productions

Lista utworów:
1.Ave Coronatus Rex Ossium
2.Adorabo Putrefactionem Meum
3.Tractatus Artis Bene Moriendi
4.Campanarium Vanitatis
5.Ego Sum Funestus
6.Lux Nigra Mortis
7.Anarhysis

Z najgłębszych kanałów pod Budapesztem nadeszła plaga zwąca się OS i jest równie odrzucająca co hordy szczurów ucztujące na zapomnianych resztkach zwłok nieznanych ofiar. Niewiele mogę zdradzić we wstępie na temat tej hordy. Historię mają krótką, albowiem powstali w 2014 roku i jest to jedyne jak do tej pory wydawnictwo tej węgierskiej hordy. Skład został zatajony, tak więc wkraczamy do świata śmierci na własną odpowiedzialność. Powrotu stamtąd nie będzie.
Zaczniemy od tego, że mam wrażenie, iż w skład muszą być zamieszani doświadczeni muzycy. Jeśli jednak się mylę, to olbrzymie ukłony w stronę nowicjuszy. Cholernie, cholernie dobry materiał Death Metalowy. Już od pierwszych dźwięków otwierającego demo utworu 'Ave Coronatus Rex Ossium' słychać, że ktokolwiek za tym stoi wie co robi oraz ma też w tym niesamowite wyczucie i pasję. Atmosfera otwierającej się coraz szerzej krypty pochłania umysł stopniowo, systematycznie i niespiesznie jakby była pewna z przewagi nad stojącym u jej wrót słuchaczem. Nieprzenikniona ciemność ziejąca z czeluści owego grobowca owiewa nas smrodem śmierci, truchła i zaduchu. Ten cały syf, koszmarna nieczystość wysypuje się wprost na nas. Każdy kolejny riff gitary zapowiada kolejne zderzenie z tą makabrą plagi. Surowe brzmienie, opętańcze aranże i wokale niczym z samego nekropolis porażają autentycznością, która na tym poziomie wpływa na percepcję odbierania rzeczywistości. Aranżacje gitar są bardzo bezpośrednie, brak tu absolutnie zbędnych komplikacji. Wspomniane już brzmienie w którym pobrzmiewa owy element otchłani, tego obskurnego echa, dopełnia obrazu podróży przez świat katakumb w których to spruchniałe wieka trumien odsłaniają pieprzony widok na zasuszone ludzkie trupy. Pajęczyny, robactwo, pleśń, gruzowate fundamenty... Siedem utworów trwających niemal trzydzieści cztery minuty tchnie jedynie śmiercią i jej uwielbieniem. Czego by tu jeszcze nie napisać, to nie ulega wątpliwości, że to niesamowity debiut zakorzeniony w old school Death Metalu tyle, że podanym na istnie grobowy sposób. Rewelacja!

10/10



30 paź 2017

Goatspell 'Alchemy of Terror'

taśma'15
Demo
Malignant Overthrow Records

List utworów:
1.The Arrival
2.Unholy Spirits
3.Alchemy of Terror
4.In Offering to Hell
5.Scream the Spell

Francuska horda, w której to skład wchodzą dwaj członkowie Styrr i F. na dodatek nie udzielający się póki co w żadnych innych projektach, przywołali ze zmarłych GOATSPELL w roku 2014. W swoim dorobku mają 2 wydawnictwa, opisywane demo oraz wydaną tego samego roku EP'kę 'Esoterrorism'. Muzyka jaką obrali sobie na cel to mieszanka siarczystego Black Metalu z Thrash a nawet naleciałościami Heavy. Zapowiada się ciekawie, nieprawdaż? To by już dłużej nie przeciągać wstępu, zapraszam poniżej do krótkiego opisu pierwszego demosa GOATSPELL.
A więc co my tutaj mamy? Pięć utworów i raptem siedemnaście minut muzyki z czego jedyneczka to obowiązkowe intro. Ambientowe dźwięki wprowadzają nas w atmosferę grozy poza naszym zrozumieniem, a rytmiczny odgłos bębna zaprasza do udziału w rytuale. Owy wstęp do tytułowej alchemii terroru jest tu bardzo trafiony, albowiem już po chwili atakuje nas intensywna nawałnica dźwięku 'Unholy Spirits'. Brudne, stricte demówkowe brzmienie dodaje tylko smaczku. Tak naprawdę, to mija dobra 'chwila' zanim człowiek się ocknie z pierwszego oczarowania i myśli na zasadzie 'jakie to, cholera, zajebiste'. Szczerze, to spodziewałem się ultra prymitywnego grania bez opamiętania. Otrzymałem coś zgoła odmiennego, przemyślany do samego końca materiał, którego finalny efekt jest dziełem niczym z połączenia dwóch umysłów wybitnych alchemików. Riffy gitarowe z bardzo surowych, precyzyjnie Black Metalowych przechodzą bardzo sprawnie w patenty Thrash'owe czy choćby z wysuwającą się na przód linią melodyjną. Pojawiają się też wspomniane wyżej elementy Heavy czy to może raczej coś bliższego gatunkowi Speed. Gdy zbierzemy to jednego worka cały ten wachlarz oferowanych bluźnierstw gitarowych, otrzymujemy coś naprawdę wspaniałego. Dodatkowo, bardzo dobrze zostały zarejestrowane bębny. Nie ma najmniejszej mowy o jakichś chorych triggerach czy studyjnej hochsztaplerce, a F. je po prostu nagrał, takimi jakie są. Wokalnie też się dzieje. Nasz duet nie próżnuje i wydobywają z siebie najgorsze pokłady Piekła z możliwych. Obskurne, zatęchłe i piwniczne wrzaski które wypływają z taśmy są naszpikowane niezliczoną ilością prymitywnej, pierwotnej nienawiści. Muzyka zawarta na 'Achemy of Terror' idealnie nakreśla wizję zatęchłej piwnicy, której jedynym światłem jest porozstawianych chaotycznie kilka świec. Ściany tejże pokryte pleśnią, a smród pomieszczenia miesza się unoszącą się wonią mirry. Fantastyczny materiał i wielka szkoda, że to nawet nie 20 minut muzyki.

9/10

http://www.facebook.com/Goatspell/
http://malignantoverthrowrecords.blogspot.com/


27 paź 2017

Orewoet 'Afrodisiacum der vroomheid'

CD'16
EP
Heidens Hart Records

Lista utworów:
1.Prodigious Fascination of Enshrouded Darkness
2.Feeding the Ocean with Blood
3.Hoor, de kraaienmars wordt reeds geblazen
4.De begeerte voorbij
5.Earless for Divine Intervention

Witam w kraju w którym scenę Black Metalową kojarzymy przede wszystkim z takimi hordami jak Funeral Winds, Domini Inferi, Haatstrijd, Galgeras, Infinity czy Darkness Enshrouded The Mist. Z drugiej strony mamy tu obecne także twory skrajnej opinii jak choćby Urfaust czy ikonę tamtejszego podziemia Countess. Wymieniać można by jeszcze długo, przecież obecnie każdy kraj ma w szeregach własnego undergroundu listę długą z hordami bardziej docenianymi lub mniej chwalebnymi. Sytuacja ta ma również przełożenie na nowo powstające zespoły, a raczej nowych muzyków których to projekty mnożą się niczym przysłowiowe grzyby po deszczu. Ci z kolei, albo sami lub z pomocą bardziej już doświadczonych braci oręża, nagrywają kolejne materiały pod różnymi nazwami. Jednym z takich tworów jest właśnie OREWOET, w którym to każdy ze składu działa w kilku innych hordach wspomagając je chociażby w sztukach na żywo.
Holenderska horda prezentując swoją koncepcję Black Metalu wykracza poza standardy tzw. surowości i raczy nas rozbudowanymi riffami jednocześnie tym samym budując atmosferę, która przyciąga niczym sztywność ciała nekrofila. Owszem, jeśli za wytyczną postawić sobie brak instrumentów klawiszowych, to materiał na siłę mógłby zostać sklasyfikowany pod szufladkę surowego grania. Tyle, że tak naprawdę to gówno prawda. OREWOET kreuje elementy atmosfery i wylewa na słuchacza wręcz oceaniczne ilości ciemności. Nie wiem jak to inaczej określić, ale w tych dźwiękach budzi się coś cholernie nieopisanego, niewypowiedzianego i tym samym przesuwa granicę upiornego klimatu na wyższy poziom percepcji. Riffy gitar, które niejednokrotnie wyrastają na gruzach inspiracji klasykami gatunku, szybko rozwijają się w coś co można usłyszeć na albumach takich hord jak choćby niemiecki Odal. Tłumaczę w pośpiechu: jedna z gitar kontynuuje rozpoczęty riff, druga natomiast przechodzi w rozbudowane i podniosłe melodie tworząc swego rodzaju nostalgiczny patos. Jednak byłoby to za proste, gdyby na tym miało się skończyć. Holendrzy idąc za ciosem, wprowadzają do swoich aranżacji dodatkowo elementy prymitywnej mocy pojedynczych akordów uderzanych i powtarzanych po kilkanaście razy przy wtórującej temu blastującej perkusji. Kolejnym elementem na który warto zwrócić uwagę jest umiejętne budowanie zwięzłych aranżacji gdzie nie jesteśmy wystawieni na drastyczne zmiany tempa. Pojawiająca się np blastująca perkusja pojawia się w danym momencie w wyniku oczywistych struktur pojawiających się w danym utworze, a nie wybucha znikąd powodując ironiczny uśmieszek politowania na twarzy słuchacza. Co więcej, w żaden ale to nawet w najmniejszym stopniu, w żaden sposób nie wpływa to na dzikość, żywioł i wiarygodność materiału. 'Afrodisiacum der vroomheid' został również dopracowany w studio pod względem brzmienia i tu mała ciekawostka. Materiał ten można prezentować jako instruktaż pod tytułem 'Jadowite, czytelne brzmienie a zarazem brak kiczu w Black Metalu'. Co jeszcze? Linie basu, instrumentu o którym dość często się zapomina, są tu dobrze słyszalne i ten wspaniały, dynamiczny puls dudni w każdym z utworów będąc podkreślanym pracą perkusisty. W każdym z 5-ciu utworów potężnie rozbrzmiewa skrzeczący głos wokalisty, rozpościerają skrzydła absolutu nocy na całym materiałem. Szkoda, że to jedynie EP'ka chociaż i tak trwa ponad 30-ciu minut. Słucha się tego wybornie i z czystym sumieniem daję taką a nie inną ocenę. Mam tylko nadzieję, że owy projekt nie zdechnie w natłoku innych zespołów w jakich udzielają się poszczególni muzycy. Jednak o tym zadecydują oni sami, a czas pokaże rezultaty.

9/10



26 paź 2017

Xul ov Kvlten 'Nitimur in Vetitum'

CD-r'16
Album
Silent Woods Nebulah Prods.

Lista utworów:
1.Ignis Temples 04:06
2.Anthem Orphicum (Ad Dionysios)
3.Ascesis Rites in Anima
4.Astral Nox
5.Aeternis ad Infinitum Cosmos
6.Aeternis ad Infinitum Cosmos 

Chile, Santiago, Black Metal. To tak w dużym skrócie czego możemy się spodziewać po tej podziemnej hordzie. Początek istnienia tego trio datuje się na rok 2014 i jest to ich pierwsze wydawnictwo. Wpierw wydane własnym sumptem w limicie 50 sztuk, potem wznowione przez mały label na takim samym formacie i również w identycznym limicie. Z góry uprzedzę fakty, chociaż nie trudno się domyślić po okładce, że ci z Was którzy szukają wirtuozerii lub czegoś stricte innowacyjnego, tu tego nie znajdziecie. 
XUL OV KVLTEN w pięciu utworach zaprezentował stricte archaiczny Black Metal. Szósty utwór to nagranie z próby jednego z pięciu poprzednich i początkowo nie za bardzo spodobał mi się pomysł na taką zapchaj-dziurę. Jednak, przy pierwszym odsłuchu zrozumiałem jak genialne było to posunięcie. W tym miejscu zdyskredytuję trochę hordę, bo nr sześć z 'Nitimur in Vetitum' pokazuje jaka siła i cholerna czerń kryje się w tym materiale. Studyjne nagrania są surowe, nie uległy absolutnie żadnemu wypieszczeniu, ale w przypadku 'Aeternis ad Infinitum Cosmos' z próby wkrada się tu niesamowity chaos, a ściany pomieszczeń zaczynają porastać w przyspieszonym procesie pleśnią. Jeśli ktoś zna dziwnie niepokojącą atmosferę wcześniejszych nagrań Black Cilice, to właśnie tak zabrzmiało to nagranie - totalnie oszalałe, napiętnowane wręcz pierwotnym gniewem i smrodem grobowego rozkładu. Ok, ale przejdźmy wreszcie do pierwszych pięciu utworów, bo to one w sumie stanowią tutaj właściwą zawartość debiutanckiego albumu. Minimalistyczne kompozycje utworów w których to prym wiodą pomysły z początku lat '90-tcyh rozsiewają powolnie tajemniczą mgłę nad cmentarnymi wrotami. Bramy te otwierają się i bezpowrotnie zostajemy wciągnięci w osępiały, trupi archaizm twórczości Chilijczyków. Prymitywne riffy gitar świetnie współgrają z blastującą perkusją lub partiami zagranymi w średnim tempie. Nie ma tutaj żadnych zabaw w solówki czy inne komplikowanie struktur utworów. Ot czysta pasja napędzana potęga nienawiści. Ostatnią rzeczą do jakiej można się przyczepić i właśnie mam zamiar to zrobić, są wokale. Te, wykrzyczane z typową manierą Black Metalowego krzyku są jak najbardziej na miejscu. Jednak, wkradają się tu czasem deklamacje czy śpiewy podniosłym (tzn. jak mniemam takie miało być założenie, hehe) czystym głosem. Niestety zawodzenia jakich jesteśmy świadkami są dość rażące i ja tego nie kupuję. Pomijam fałszowanie, ale to nijak ma się do grania w jakim porusza się XUL OV KVLTEN. Na szczęście nie ma tych wokaliz za wiele i nie spierdoliły dostatecznie całości albumu.
Zamierzony prymitywizm, obskurność i rzygające z głośników Zło są niesamowitym atutem tego wydawnictwa. Jego wsteczność, autentyczność są na wagę złota. Czy zabrakło tu czegoś na miarę Black Metalowego albumu? Nie wydaje mi się. Ten gatunek ma swoje prawa czy się komuś taka ohyda podoba czy nie. Szkoda, że to jednak tylko niespełna 30 minut. No i mały procent wokali do poprawy...

7/10



24 paź 2017

Atrexial 'Souverain'

CD'17
Album
Godz ov War Productions

Lista utworów:
1.Enthronement
2.The Hideous Veil of Innocence
3.Under the Scourge of Lamashtu
4.Catharsis Through Torment
5.Unmerciful Imperial Majesty
6.Illuminatur
7.The Ominous Silence
8.Ascension
9.Shadows of the Nephilim Throne
10.Trinity
11.Souverain
12.Eternal

ATREXIAL pochodzą z Hiszpanii i jest to ich debiutancki materiał pod skrzydłami polskiej wytwórni Godz ov War. Katalończycy wydali 'Souverain' nie poprzedzając go żadnym innym oficjalnym wydawnictwem, a przynajmniej nic mi nie wiadomo na ten temat. Panowie udzielają się również w innych zespołach poza opisywanym, jak chociażby Nyctophobia czy Apostles of Perversion. I to by było chyba tyle na wstępie, równie skąpym jak album Hiszpanów w elementy które wybiły by go ponad przeciętność.
Zanim zabrałem się do pisanie tej recenzji kilkakrotnie sprawdzałem czy aby na pewno materiał ten wyszedł sumptem akurat tej wytwórni. Jak byk jednak stoi tu logo Godz ov War i za nic schować się nie chce. Ok, do rzeczy. Słucham tego albumu bodaj 5-ty raz pod rząd próbując wynaleźć ukryte smaczki, katuję i katuję ten krążek i nic z tego nie wynika. Nie przemawia do mnie takie poprawne, a nawet grzeczne połączenie Black / Death Metalu. Aranżacje poszczególnych utworów są bogate w różne patenty i tego nie można zarzucić muzykom, bo grać potrafią. Jednak brakuje tu tego czegoś, tego przysłowiowego pazura lub po prostu trywialnego pierdolnięcia. Całość jest taka ułożona, poprawna, te śliczne solówki... Łapię się na tym, że w głowie kołaczą mi myśli że marnuję swój czas obcując z tym albumem. Co więcej, brzmienie na jakie postawiono w finalnej produkcji jest wymuskane niemal do krystalicznego połysku. Brakuje w nim jadu, jakiejś pierwotnej agresji która zniewalałaby słuchacza od pierwszych dźwięków. W zamian otrzymujemy bezpiecznie wypolerowany plastik i perkusją tak mocno ztriggerowaną, że odechciewa się tego słuchać. Rozumiem użycie triggerów w takiej formie jak tutaj, ale to się sprawdza np Brutal Death Metalu i to też nie zawsze. Niestety, pomimo przeciętności samego materiału, ten zabieg jeszcze bardziej utrudnia i zniechęca do kolejnych odsłuchów. Następna rzecz to spora ilość instrumentów klawiszowych, które w moim odczuciu zamiast wprowadzać w konkretną atmosferę (jaką by sobie zespół nie założył), jeszcze bardziej rozmiękczają 'Souverain'. Materiał jest zdecydowanie za długi, a przy takiej monotonności i braku wyrazu kompozycji już nie tyle co nudzi a zaczyna wkurwiać. Najgorszym jednakże elementem jest tutaj brak autentyczności i czuć jakby materiał został zrobiony na siłę.
Odnoszę wrażenie, że panowie chcieli stworzyć materiał który zachwycał by przeciętnych odbiorców Behemoth i podobnych popłuczyn. Dla tych, którzy nie ukrywajmy, nie grzebią w otchłaniach podziemia muzycznego. Szkoda, bo powtórzę się, ale słychać że chłopaki potrafią grać, technikę instrumentów mają opanowaną. Jednak brak pomysłu i wizji muzyki zabija to wydawnictwo. Niestety, nie dla mnie.

5/10



23 paź 2017

Voidnaga 'Demo MMXVI'

kaseta'16
Demo
Iron Bonehead Productions

Lista utworów:
1.Intro (The Coronation)
2.Emanated Light Towards Chaos
3.Haze Bore Darkness
4.Those Who Dwell in the Halo of the Sun

Pochodzący z Malezji jednoosobowy projekt, którym dowodzi Adlan, wpisał się mocnym ciosem w szeregi undergroundu. Muzyka tego tworu dostała etykietę 'Malay Magick Black Metal' i trudno się z tym nie zgodzić. Albowiem, inspiracje VOIDNAGA sięgają właśnie pierwotnych wierzeń i demonicznych istnień oraz innych mitologicznych bytów znanych z podań tego kraju. Dodatkowo, jeszcze we wstępie dwie informacje: jest to pierwsze demo i jakiekolwiek wydawnictwo sygnowane nazwą VOIDNAGA, a papiery na wydanie kasety od razu z Iron Bonehead. To o czymś świadczy. Druga sprawa dotyczy dwóch hord (w sumie to jednej, bo drugi to kolejny jednoosobowy projekt) w których się Adlan udziela, a mianowicie: Impious Blood i Thorns Of Hate. Jeśli nie znacie, warto się zapoznać bo to kolejna doza bestialstwa, której nigdy za wiele. 
VOIDNAGA to konglomerat Black i Death Metalu z elementami grobowego Doom. Tego ostatniego jest tu bardzo mało, jednak w pierwszych minutach drugiego utworu pojawia się wyraźnie wprowadzając nas w atmosferę nieznanych potworności Malajskiego świata. Zaczynając jednak od początku, demo otwiera intro przedstawiające poniekąd dźwięki bliskie muzyce plemiennej prawdopodobnie tamtych obszarów. Przy tematyce jaką porusza projekt Adlana jest to strzał w dziesiątkę, bo mam nieodparte wrażenie, że dzięki temu intro wkraczam w świat niemożliwego do opisania demonicznego koszmaru. Ten z kolei jawi się tu w pełnej ohydzie, obrzydliwości wywołującej lęk i fascynację. Materiał po owym intrze i zwolnieniu (być może swoistym wręcz preludium do tego co ma nastąpić) wkracza na wysokie obroty. Intensywność materiału wgryza się pod skórę słuchacza infekując organizm niczym najpodlejszy wirus. Słychać, że demo jest wysoce inspirowane dokonaniami takich tuzów jak Archgoat czy Blasphemy. Jednak, nie jest to tylko wierne podążanie za twórczością wymienionych. VOIDNAGA elementy bestialstwa idealnie waży ze smolistym Death Metalem. Kolejna bardzo ważna sprawa to brzmienie, które szczerze mnie zaskoczyło. Stylistyka ta wymaga ciężaru, swego rodzaju skondensowanej duchoty. Adlan w produkcji postawił na przestrzeń, bo pomimo sporej dawki siarki i smoły lejącej się tu z kotłów hybrydalnych mitycznych stworzeń, muzyka ta aż emanuje rozmachem brzmienia. Podkreślę to raz jeszcze - ten rozmach jest gęsty i nieskończenie upiorny niczym same piekło. Partie gitar to wręcz klasyka owej hybrydy Black / Death Metalu, z których to jad wymieszany z gęstą zawiesiną oparów najdalszych czeluści piekła kreują prawdziwe horrendum. Wokale to kolejny rozdział. Niskie, grobowe, pozbawione życia... Raptem 18 minut muzyki, a jednak potęga 'Demo MMXVI' wprawia w osłupienie. 
Zdaję sobie sprawę, że to dopiero pierwszy materiał jaki ukazał się pod szyldem VOIDNAGA, że to tylko demo. W przypadku jednak tego materiału, chciałoby się rzec i życzyć sobie oraz większości hord z podziemia, by wypuszczały materiały o podobnej dojrzałości nakreślonej tak nieposkromioną pasją. Kolejna perła z podziemia. 

9,5/10