20 paź 2017

Into Coffin 'Into Pyramid of Doom'

CD'16
Album
Terror From Hell Records

Lista utworów:
1.The Entrance
2.Stargate Path
3.Into a Pyramid of Doom
4.The Deep Passage for the Infinity of the Cosmos
5.Black Ascension

Tym razem przenosimy się do Niemiec, gdzie stawimy czoła debiutanckiemu materiałowi spod znaku Black / Death / Doom Metalu. Taka hybryda jest dość ryzykowna i nie z rzadka wychodziły w takiej stylistyce papkowate produkcje bez wyrazu. INTO COFFIN powstał w 2015 roku, jest to zatem bardzo świeży wytwór trójki Niemców. W roku założenia hordy, zostało nagrane dwu utworowe demo z którego to utwór 'Black Ascension' znalazł się również na debiutanckim albumie. Zapraszam do ciekawej wyprawy okraszonej okultyzmem i potęgą kosmosu.
Na 'Into the Pyramid of Doom' składa się pięć utworów z czego dwa to siedemnasto minutowe monstra. Nie ma jednak tutaj podstaw do obaw o nudę czy możliwości maruderstwa. INTO COFFIN nagrali album potężny, spójny. Album otwiera nam utwór 'The Entrance' który stanowi tutaj formę niejakiego intro. Klimat w jaki nas wprowadza jest szalenie obskurny, ale po części wyczuwam w nim także nieujarzmioną wszechpotęgę. I tak się dzieje, albowiem już od drugiego utworu trwającego raptem niecałe sześć minut, zostałem wessany w uniwersum z którego jątrzy się ogrom okultyzmu. Same dźwięki aranżacji, brzmienie albumu nasuwa takie wnioski. Wyczuwalny, a wręcz namacalny niepokój wypływa z głośników z każdą minutą trwania tego materiału coraz to intensywniej. Wspomniane brzmienie albumu to jeden z pierwszych pierwiastków składających się na jakże chemiczny związek tej produkcji. Przemyślane i kompleksowe niczym wzór wyszukanej trucizny. Surowość, ale jednocześnie krocząca z nią atmosfera wspomnianego okultyzmu, tworzą wspólnie coś unikalnego - przynajmniej w moim odczuciu. Struktury utworów są bardzo zróżnicowane i co najważniejsze INTO COFFIN sprawdza się w każdej formie. Czy to Black / Death Metalowe dynamice gdzie prym wiedzie dzikie tempo, czy to w cholernie walcowatych fragmentach, które swą powolnością i ciężarem wdeptują słuchacza w ziemię. Prymitywizm owej dzikości porywa, czuć w tym wszystkim autentyzm. Niemcy nie silą się na bycie wirtuozami, lecz dalej i coraz głębiej wwiercają się w archaiczne pasaże wymieszanych trzech stylistyk. Świetne połączenia partii pojawiających się sporadycznie sampli, partie a'la akustycznych gitar... Cholera, to jest naprawdę zaaranżowane z polotem. Również wokale, są (o ile można użyć takiego określenia) surowe, bo nie są to ani głębokie growle, ani skrzeczące wokalizy znane z Black Metalu. Agresywne, ogarnięte amokiem zawzięcie atakują każdym wersem tekstów 'Into the Pyramid of Doom'. Klaustrofobiczna groza, obłęd mieszają się tu z obsesyjnym dążeniem do zgłębiania okultystycznych wizji zawartych na tym materiale. Niesamowity materiał i pomimo, że coś ostatnio sporo dobrych ocen rozdaję, tutaj nie może być inaczej jak dycha! A już w grudniu kolejny cios od tej hordy, czekam!!!

10/10



18 paź 2017

Hadit 'Introspective Contemplation of the Microcosmus'

kaseta'15
EP
Caligari Records

Lista utworów:
1.Occult Whispers Declare the Impending Apocalypse
2.Interlude Meditation After the Desolation
3.Reborn in New Flesh and Supremacy
4.Thirteen Plans of Nonexistence...Awaiting Kadath

Tym razem przenosimy się do Lombardii, do Włoch. Germańskie plemiona Longobardów w VI wieku podbiły wtedy północne Włochy i założyli tam swoje królestwo. Poza licznymi ośrodkami narciarskimi w Alpach, bardzo intensywnie funkcjonuje tu również rolnictwo. Efektem tego jest fakt, że jest to obecnie jeden z najbogatszych rejonów w Europie. Tak więc, nasi dwaj muzycy stanowiący człon zespołu raczej nie mieli problemów z kupnem instrumentów, chociaż mogę się mylić. Dobra, geograficzne i ekonomiczne wynaturzenia na bok, czas zająć się sednem zjawiska ukrywającego się pod nazwą HADIT. Poniżej kilka szczegółów.
Nazwa ma korzenie w Thelemie autorstwa Crowleya. Identyfikuje się jako punkt w środku okręgu, oś kół, sześcian w kole, "płomień, który płonie w sercu każdego człowieka i w głębi każdej gwiazdy" i czciciela wnętrza samego siebie. HADIT został zinterpretowany jako duchowe wnętrze Człowieka, Ducha Świętego, spermę i jajeczka, w których jest zawarte DNA człowieka, Elixir Vitae. Po połączeniu z Nuit w Księdze Prawa, HADIT reprezentuje każde unikalne doświadczenie. Te punkty doświadczenia w sumie obejmują sumę wszystkich możliwych doświadczeń, Nuith. Odnosząc to zatem do zespołu staje się oczywistym, że otrzymamy sporą dawkę okultyzmu. Jednak na tym nie koniec, bo Włoski duet sięga jeszcze to mity Lovecrafta. Można to łatwo wychwycić w ostatnim tytule utworu gdzie został wspomniany Kadath (starożytne miasto / zamek na szczycie górskim zamieszkany przez Wielkich tzw. Bogów Ziemi). Połączenie tych dwóch elementów w wykonaniu HADIT to co wspaniałego. Budzące grozę kompozycje, przewalają się z destrukcyjną siłą niczym gniew starych bogów. Jest w tym mirażu Black i Death Metalu drzemiąca potęga, jeszcze jakby ospała, budząca się po tysiącach lat z zapomnienia i od początku przebudzenia porażająca swym niepojętym terrorem. 'Introspective Contemplation of the Microcosmus' jest bardzo intensywnym materiałem, Włosi nawet w zwolnieniach wynajdują olbrzymią moc która batoży niemiłosiernie. Niskie growle wokaliz wzmagają atmosferę kompletnej makabryczności, ohydy wymieszanej z trwogą. Pojawiają się sporadyczne krzyki lub inne podobne zabiegi, ale to tak naprawdę jakieś 5-10%, bo cztery utwory zostały zalane smołą growli. Piwniczne brzmienie niskiego stroju gitar idealnie wpasowuje się w tą aurę i jako kolejny element układanki jeszcze bardziej wyłuskuje tajemnicę ponurego horrendum. Te cztery kompozycje rozciągnięte niemal do 25 minut są warte uwagi. To konkretny, niestety dość krótki, materiał. Taki niedosyt jednak sprzyja temu, że można słuchać ponownie i odkrywać kolejne elementy owej gehenny (w dobrym tego słowa znaczeniu). Gęsta atmosfera, siarczystość wymieszana z grobem i mistyką. Właśnie te elementy odnajduję w muzyce HADIT, a to naprawdę dużo.

9/10



17 paź 2017

Djevel 'Norske Ritualer'

CD'16
Album
Aftermath Music

Lista utworów:
1.Vi slakter den foerste og den andre, den tredje lar vi gaa mot nord
2.Jeg maner eder alle
3.Doedskraft og tri nagler
4.Med christi legeme og blod under hoeire fod
5.Til mitt kjaere Norge
6.Med tornespiger var han haengt
7.Maatte vetter rase som aldrig foer
8.Afgrunds Engle

W 2016 roku ukazał się czwarty album Norwegów. DJEVEL swego czasu był reklamowany przez wytwórnie płytowe jako 'super grupa'. Fakt, członkowie tego projektu udzielali się / udzielają się nadal w takich hordach jak Orcustus, Koldbrann, NettleCarrier czy Gehenna. Jednakże, czy wspomniane nazwy są aż takimi potentatami Black Metalowej sceny z Norwegii? Owszem, są to rozpoznawalne nazwy ale trochę chyba nad wyraz jest owe stwierdzenie. Z tego co sprawdzałem, obecnie skład uszczuplił się raptem do tylko dwóch osób, a z zespołu odeszli Dirge Rep (więc nazwę Gehenna można już skreślić z tej listy) i Erlend Hjelvik (kolejno perkusista i wokalista). DIABEŁ został założony w 2009 roku w Oslo i zasiedział się tam po dziś dzień. Co jednak tak Rogata Bestia przygotowała pod tytułem 'Norweskie Rytuały', postaram się przybliżyć poniżej.
Tak więc czwarty album DJEVEL to kontynuacja tego co do tej pory wytyczyli sobie Norwedzy jako ścieżkę, którą będą podążać. Już od pierwszych dźwięków słychać, że następca 'Saa raa og kald' godnie może zasiąść na tronie. Mamy tutaj dosłownie wszystko, czym raczył nas Black Metal rodem z Norweskich lasów na początku lat 90-tcyh. Pierwsza i chyba jedyna różnica to brzmienie. Horda postawiła na bardziej zwarte, jakby mięsiste i według mnie sprawdza się to po prostu ok. Nie została (jeszcze!!!) przekroczona linia trzeszczącego soundu, jaki znamy z poprzednich albumów. Nie potrafię powiedzieć czy owa zmiana wpłynęła na lepszy odbiór muzyki, ja ją zauważam i odnotowuję. Jednak nie chciałbym by w przyszłości dalsza eksploracja studyjnego dźwięku rozwinęła się. Co się wydarzy, zobaczymy. Wracając do 'Norske Ritualer', jestem cholernie oczarowany. Znajduję w sobie niebagatelną słabość do dźwięków które wychodzą sygnowane ową norweską nazwą. Riffy agresywne łączące w sobie ten folklorystyczny element, tą część przynależną tylko dla tego rejonu Europy. To tak jakby do debiutu Borknagar ktoś wrzucił utwory Isengard i wymieszał to wszystko z surowością choćby Darkthrone. Dla mnie to po prostu rewelacja. Aranżacje pomijają element powtarzalności, tu wciąż się wiele dzieje. Tyle, że ta bezdeń poszczególnych aranży niesie ze sobą te jakże pożądane pierwotne elementy Black Metalu. Ten album emanuje wręcz cholerną potęgą, stoi ciosem w pysk. Pomijając riffy kojarzące się stricte z Norwegią i fragmenty gdzie dominują czyste wokalizy, 'Norske Ritualer' jest bardzo dynamiczny. Tempa często są bardzo szybkie, wręcz wgniatające niczym intensywność czerni nocy. Dochodzą tu również średniej szybkości lub wolniejsze aranże, a fragmenty utworów lub jeden całkowicie odegrany na gitarze akustycznej... Nie potrafię tego opisać, to muzyka która wielbi noc. Wokale poza wspomnianymi czystymi, to kwintesencja Black Metalowego krzyku!!! Aaarrggghhh! Niesamowity album, a słuchany w odcięciu od wszelakich bodźców życiowych... Zachwyca, absorbuje, wzbudza uznanie i emanuje swym upojeniem względem cholernej ciemności.

9/10



16 paź 2017

Windstorm 'Eternal Gods Forgotten'

Taśma '11
EP
Night Birds Records
Werewolf Promotion

Lista utworów:
1.We Are the Blasting Storms
2.God of the Wind
3.Hunger for Vengeance
4.Eternal Gods Forgotten
5.Token

WINDSTORM to duet pochodzenia Greckiego, rezydujący w Środkowej Macedonii. Dyskografia tego projektu nie powala na kolana ilością wydawnictw, raczej skłaniałbym się ku stwierdzeniu, że panowie nie czują przymusu wydawania regularnie jakichkolwiek nagrań. WICHURA powstał w roku 2006 i do tej pory ma na swoim koncie raptem 3 wydane materiały. Nie ma to oczywiście przełożenia na podejrzenie o brak pomysłowości Greków. Kaseta, którą dzisiaj wziąłem sobie na cel recenzji, jest naprawdę konkretem. Łącząc w sobie elementy melodyjności tamtejszej sceny z zimnym i a'la norweskim Black Metalem, stanowi uderzenie warte zwrócenia uwagi. O tym jednak poniżej.
Zacznę może od tego, że jestem niesamowicie rad z faktu, że Grecy nie użyli automatu perkusyjnego. Nie trudno sobie wyobrazić słuchając 'Eternal Gods Forgotten', że pudełko udające perkusję zniszczyło by tu klimat bezpowrotnie. Żywioł i owa surowość prostoty dźwięku, to siła napędowa tej Ep'ki. Archaiczne riffy gitar, czasem aż zardzewiałe w swej oczywistości, tną niemiłosiernie słuchacza. Nawet wspomniana już melodyjność poszczególnych partii nie przynosi ukojenia, jeszcze bardziej przytłacza swym rozmiarem monumentalizmu. Proste aranżacje tylko temu sprzyjają. Nie ma miejsca na zbędne wirtuozerie, udziwnienia, sympatyzowanie z niezbadanymi rejonami gatunku. Nie, WINDSTORM wziął sobie na celownik klasyczny Black Metal (co prawda łączący w sobie jakby dwa różne bieguny stylistyczne) i wykreował mroźną muzykę. Owy chłód miesza się i łączy atmosferą zapomnianych czasów, być może nawet tytułowych, zapomnianych bogów. Ta aura w połączeniu z żywiołem brzmienia, tworzą wspólnie moc huraganu. Skostniałe, niemodne (tfu, co za kurwa słowo!) wręcz aranżacje dopełniają czary. Perkusja niczym bębny wojny, precyzyjnie i w anachroniczny sposób, wybija swe tempa. Od średnich po szybkie, a wszystkie utrzymane do minimum. Wokale to ciąg dalszy hermetycznego trzymania się wytycznych gatunku. Typowe i wpasowujące się w 100% wrzaski i skrzeczenia wokalisty, dopełniają kielich trunkiem, który jest skierowany tylko dla zaciekłych tradycjonalistów Black Metalu.
Na podsumowanie dodam tylko, że zdaję sobie sprawę że nie jest to wyborne dzieło w gatunku Black Metalu. Dodam również, że z drugiej strony mało mnie to obchodzi. Jest surowe, a przedstawia sobą wystarczająco. Rzetelnie i bez najmniejszych potknięć. Tak więc, kto jeszcze nie ma / nie zna, niech sięga po WINDSTORM. Tym bardziej, że Black Metal w tym obliczu, pasuje idealnie do nośnika jakim jest kaseta magnetofonowa.

7,5/10



12 paź 2017

Galdr 'Galdr'

Taśma'11
Album
Strigoi Records

Lista utworów:
1.Winter and Life
2.Futhark
3.Sköll's Dream
4.Winter's Spirit
5.Into Unknown Mist
6.Snowfall and Decay

Debiutancki materiał Amerykańskiego GALDR ma już trochę lat, jednak nie przeszkadza to w niczym by muzykę tego solowego projektu trochę przybliżyć. Oczywiście, mogłem sięgnąć po jeden z dwóch kolejnych wydanych albumów. Jednak, cholernie dzisiaj za mną chodził ten materiał, zasłuchałem się i stwierdziłem że opiszę. Otóż, GALDR powstał w 2008 roku, kiedy to projekt Thulcandra istniejący od 2004 do właśnie roku 2008 przeszedł metamorfozę i tak właśnie się narodził obecny twór. Draugr, czyli jedyna osoba stojąca za tym wszystkim, udziela się jeszcze chociażby w Obscurum (ta horda niestety milczy od 2008 roku, wielka szkoda!). Przejdźmy zatem do muzyki.
GALDR porusza się w Black Metalu któremu można przypiąć łatkę atmosferycznego. Aranżacje zawarte na albumie 'Galdr' są rozciągnięte, lekko jakby rozmazane i niewiarygodnie zimne. Owa aura wprowadzana przez instrumenty klawiszowe, sample, powoduje że ma się wrażenie przemierzania nieskończonego bezmiaru skutego lodem i pokrytego czapami śniegu. Wokół nas tylko biel, przeraźliwe zimno niesione przez dmący prosto w twarz wicher oraz bezkres pustkowia. Ta muzyka niesie z sobą coś naprawdę niepokojącego, pełna skrytości buduje aurę mglistości. Riffy gitar stanowią jakby tło dla wokali i perkusji. Dźwięk jest bardzo surowy, nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek pieprzeniu się w studio by dopieszczać brzmienie. Ten otaczający nas chłód, mroźne wyobrażenie wyjących wiatrów wynika właśnie z tego brzmienia. Pomimo, że użyto instrumentów klawiszowych, materiał nadal jest cholernie surowy, nawet odrzucający. Stan ten łagodzą partie akustycznych gitar, powstaje naprawdę ciekawy kontrast aranżacyjny. Sporo w tym materiale też tęsknoty, nostalgii, goryczy a może i marazmu... Wszystko to jednak łączy się bez zarzutu tworząc obraz chłodu, patosu mroźnego żywiołu. Górujące nad całością instrumentarium wokale, które z silnym akcentem chaotyczności wykrzykują kolejne linie tekstów, są beznamiętnie lodowate. Wręcz desperackie, opętane... Dla mnie coś wspaniałego! Obowiązkowe intro oraz outro, gdzie odgłos zimowego wichru przebija się poprzez melancholijne dźwięki klawiszy. Lepszego otwarcia jak i zakończenia tego albumu być nie mogło. Szkoda, że to tylko trochę ponad 30 minut...
GALDR nagrał jeszcze dwa kolejne albumy - przynajmniej tak sprawa wygląda w październiku 2017 roku. Z czasem, o ile nie zapomnę bedąc w samym centrum nawałnicy wydawnictw, opisać i następczynie 'Gladr'. Tym czasem, kto nie zna niech sięga!

9/10



11 paź 2017

Deceitome 'Death is Called Ethos'

CD'16
Album
Self-produced

Lista utworów:
1.Remnant and His Shadow (Intro)
2.Nil Humanity
3.Omnicidal Minds
4.Allegory of the Dead
5.Chronos in Oblivion
6.Atomisery
7.A Lifeless Cipher
8.The Void Abides
9.Messenger from the Abyss

O cholera, na taki cios nie byłem przygotowany!! Tym bardziej, że to bardzo mało znana ekipa z Estonii. W 2016 roku, czyli rok od założenia zespołu, wydali własnym sumptem debiutancki krążek i zachodzę w głowę dlaczego tego nikt do tej pory nie wydał pod skrzydłami wytwórni. No, chyba że taka wola samych zainteresowanych, może wolą zająć się sami promocją i mieć sprawy pod kontrolą. Na zespół natrafiłem zupełnie przypadkiem grzebiąc i przeszukując niezmierzone czeluści undergroundu. Przyznaję, mało wiem o scenie Estońskiej, ale DECEITOME pobudziło mój wciąż rosnący głód, by przeszukać z równą dokładnością i tamte tereny. Czwórka chłopa i jedno dziewczę spuszczają mi naprawdę tęgi łomot i bynajmniej, nie chodzi tu wyłącznie o zaskoczenie ich pochodzenia. Przejdźmy już do konkretów, zapraszam.
Na początek najważniejsza informacja, otóż DECEITOME serwuje nam naprawdę konkretną dawkę szwedzkiego Death Metalu. Cholerny old school nasuwający skojarzenia początków tamtejszej sceny działa jak najbardziej na korzyść tego młodego zespołu. Drugą stroną medalu będzie tu oczywiście brak oryginalności, ale jakoby nie spędza mi to snu z powiek. Określając jednak muzykę DECEITOME wyłącznie szufladką szwedzkiego Death Metalu uprościłbym niepotrzebnie ich stylistykę. Drugim równie ważnym pierwiastkiem w muzyce Estończyków są pobrzmiewające bardzo wyraźnie echa starej Holandii. Przede wszystkim drugiego albumu Pestilence i wczesnych dokonań Asphyx, w szczególności 'Last One on Earth'. Kevin Rändi, który obecnie nie jest już w zespole, swoimi wokalami wykonał tak rozpierdalającą robotę, że aż trudno mi uwierzyć że to co słyszę nie jest jakimiś nagraniami młodego Martina van Drunena wydobytymi z jego prywatnej szuflady sprzed ponad 25 lat! Mam tylko nadzieję, że kimkolwiek jest obecny następca, że po prostu podoła. Poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko. Sama muzyka to bardzo gitarowe granie, zresztą niczego tu nie odkrywam mówiąc tu o szwedzkim Death Metalu. Obowiązkowe chropowate i przesterowane brzmienie niszczy siłą maniakalnego mordercy. DECEITOME odnajdują się zarówno w wolny utworach jak i w średnio szybkich, bo tak został zaaranżowany album. Wspaniałe rytmiczne gitary uderzające w głowę niczym tępe narzędzie oprawcy, na powierzchnię których to wypływają partie gitar prowadzących. Te z kolei raczą nas zardzewiałą melodyką, która oscyluje na pograniczu brzydoty a nawet toporności wymieszanej z pewną dozą smutku. Czasami przyznaję, że brakuje tu takiego szybkiego uderzenia jakie znamy z utworów jak choćby 'Soon to be Dead'. Trochę ponad 30 minut przelatuje bardzo szybko, ale zapewniam was, że nie uda się wam skończyć na jednym odsłuchu. Świetny materiał, a zarazem bardzo udany hołd w kierunku plugastwa jakie było wypluwane przez underground w postaci tysięcy taśm demo na początku lat 90-tych.

8/10



10 paź 2017

Tehom 'The Merciless Light'

CD'17
Album
Blood Harvest

Lista utworów:
1.Absorbed into the Will of the Great Destroyer
2.The Smoldering Vessels
3.Faith from Water
4.Hearth of Perdition
5.With Patience and Faith
6.Tehom Invocation
7.Voices from the Darkside

Dwójka ludzi swego czasu zamieszana w szeregi Bestial Mockery, gdy ten już zdechł, swym działaniem stworzyła kolejnego raka na scenie Szwedzkiej. Istniejący od 2010 roku TEHOM wydał do tej pory dwa materiały o tej samej nazwie 'The Merciless Light'. Pierwszy to demo z czterema utworami z 2011 roku, którego nie miałem okazji słyszeć. Na zawartość jego składały się jednak cztery utwory które zostały ponownie nagrane na debiutancki album. Z jednej strony spora lipa, że po sześciu latach od wydania demo zdecydowano się na taki zabieg. Patrząc na to jednak z drugiej strony, nie mnie to osądzać, zrobili co zrobili a ja tutaj jestem od słuchania. Gdy jednak prześledziłem aktywność pozostałych zespołów w jakich się panowie udzielają to jest równie 'mocno' jak w przypadku TEHOM. Poniżej słów kilka na temat 'The Merciless Light'.
Przyznaję, że podczas pierwszego odsłuchu, gdzieś w okolicy czwartego utworu 'Hearth of Perdition' powoli zaczynałem tracić cierpliwość do tego materiału. Nastąpił rozbrat na dłuższy okres czasu. Jednak po pewnym czasie przypomniałem sobie o tym albumie i dałem mu drugą szansę. Moje myślenie biegło tokiem, że skoro nawet nie do końca kojarzyłem z jakim gatunkiem będę miał ponownie do czynienia, stwierdziłem że to odpowiedni moment by uraczyć siebie (jak i chcąc nie chcąc sąsiadów) 'Bezlitosnym Światłem'. Album grał i grał, a ja nie mogłem sobie przypomnieć o co mi mogło chodzić z owym czepialstwem przy pierwszym odsłuchu. 'Przecież to wcale nie jest złe', 'nawet dobrze wchodzi' przekonywałem siebie. Powiedzenie o 'The Merciless Light' jako o materiale przyjemnym byłoby zapewne obelgą. Death Metal jaki prezentuje ta ekipa penetruje infernalne rejony, sama nazwa TEHOM z hebrajskiego to Otchłań. Czy im się to udaje? Tutaj zaczynają się małe schody, na których zalega trochę zbędnych rupieci, przez co nasza wędrówka jest utrudniona. Pojawiają się elementy w utworach które dosłownie burzą nastrój, odbiór demonicznego tworu. Mam tu na myśli partie gitar, gdy jedna kontynuuje granie riffu a druga wkracza w dziwne patenty, ni to solo, ni to gitary prowadzącej. Materiał w tych momentach staje się jakby zbyt bogaty aranżacyjnie i atmosfera zanika w powijakach muzycznego bełkotu. Takie jakby na siłę próby stworzenie psychodelicznych aranżacji. Plusem natomiast jest fakt, że owych fragmentów jest na płycie naprawdę mało. Doliczyłem się ich trzech, czterech maksymalnie. Co należy bezsprzecznie oddać Szwedom, że dźwięk jest zrealizowany naprawdę wybornie. Niskie (choć nie tak do końca) zestrojenie gitar, a w nich pobrzmiewające ech chropowatości starego Death Metalu właśnie rodem ze Szwecji. Tempo utworów jest bardzo zróżnicowane, przeplatają się ultra szybkie partie ze średnimi. Typowych zwolnień jest mniej, jednak przy specyfice muzyki TEHOM jest to zdecydowany plus. I te wokale... totalna otchłań, przepastne wściekłe inkantacje wydobywające się z ust Master Motorsåg czyli byłego krzykacza Bestial Mockery tutaj ukrywającego się pod imieniem Master of the Watery Depths. Całość albumu dopełniają smaczki takie jak chociażby pojawiające się i budzące połączenie trwogi wymieszanej jakby z dramatem, chóry klasyczne. Cholera, fragment gdy słychać tylko pulsujący i grzmiący bas wraz z perkusją a kobiety zawodzą wysokimi wokalami... Nie spodziewałbym się, że taki zabieg mnie wgniecie w i zmiażdży niczym robaka (utwór 'Faith from Water'). 
'The Merciless Light' to kawał solidnego, po części smolistego a już na pewno zainfekowanego old schoolem Death Metalu. Momentami miałem wrażenie, że twórczość Szwedów równie dobrze sprawdziła by się z lirykami opartymi na Lovecraft'a. Jednak poruszana tutaj tematyka biblijnej Otchłani, pierwotnych wód stworzenia. Wyrazem pokrewnym dla słowa 'tehom' jest również używany w języku akadyjskim (stara Mezopotamia) 'tamtu' które jest już bardzo blisko sumeryjskiego Tiamat. Taka ciekawostka.

8,5/10



9 paź 2017

Black Cilice 'Banished From Time'

CD'17
Album
Iron Bonehead Productions

Lista utworów:
1.Timeless Spectre
2.On the Verge of Madness
3.Possessed by Night Spirits
4.Channeling Forgotten Energies
5.Boiling Corpses

W momencie kiedy piszę tą recenzję, BLACK CILICE ma na swoim koncie 4 pełne albumy, 7 nagrań demo, 2 EP'ki, 3 wydawnictwa kompilacyjne oraz 7 splitów. Projekt ten powstał gdzieś w okolicach 2009 roku, a przynajmniej tak się datują pierwsze dema. Sami przyznacie, że 9 lat i tyle wydawnictw to naprawdę całkiem sporo. Tym bardziej, że są to naprawdę bardzo wartościowe dokonania zgłębiające prawdziwą ciemność. Zresztą, jako dowód wartości projektu można przywołać nazwę wytwórni, która to już poprzedni album 'Mysteries' wydała na winylu. 'Banished from Time' ukazał się we wszystkich trzech formatach dzięki Niemieckiemu labelowi. Poniżej słów kilka na temat zawartości tego albumu.
BLACK CILICE pochodzi z Portugalii gdzie na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat pojawiło się naprawdę dużo projektów parających się surowym Black Metalem, a ich limitowane wydawnictwa tym bardziej na kasetach to smaczne kąski do zgarnięcia do prywatnej kolekcji. Nazwy takie jak: Vetala, Irae, Mons Veneris, Decrepitude, Hellvete to głębokie podziemie. Jednak dla tych którzy nie boją się odkrywać i grzebać po rozkopanych cmentarzyskach, takie w ohydnym stanie zwłoki można znaleźć w mało uczęszczanych kryptach. Wracając jednak do głównego wątku BLACK CILICE, muszę przyznać że jest naprawdę niesamowita dawka czerni. Od pierwszych dźwięków można zauważyć, że w porównaniu z poprzednimi pełnymi albumami, 'Banished from Time' ma jakby przystępniejszą produkcję. W przypadku tego projektu, epitet ten nadal oznacza istny horror minimalistycznego dźwięku - trzeszczących gitar, hałaśliwej perkusji i obłąkanych, agonalnych wokali. 5 utworów jakie znalazły się na czwartym albumie trwa około 37 minut. Każdy z utworów charakteryzuje się grobową, wręcz mizantropijną w swej goryczy melodyjnością riffów gitar, które w swej surowości są jakby z goła schowane za perkusją i oszalałym wokalem. Tworząc tak intensywną ścianę dźwięku oraz bazując w aranżacjach na dużej ilości powtórzeń, BLACK CILICE hipnotyzuje swym obrzędem. Ten rytuał szaleństwa jest niczym najbardziej skryta ekscytacja, w swej gorączce aberracji pobudza łaknienie nocy. Tak, opętanie nocą jest trafnym terminem. Surowe, jakby zardzewiałe i ale paranoicznie wręcz graniczące z obsesją wokale są fascynujące, przenoszą owa psychozę na wyższy poziom. Nieprawdopodobnie okrutny i przepastny materiał który z każdym przesłuchaniem odsłania kolejne elementy tajemniczej grozy. Przykro mi, ale kolejny materiał któremu jestem zmuszony dać maksimum punktów.

10/10



6 paź 2017

Acerbitas 'Urkaosets svarta vredesdom'

CD EP 
2011
Mystery of Death Productions

Lista utworów:
1.I (Intro)
2.II
3.III
4.IV
5.V
6.VI (Outro)
7.VII

Jest to pierwsze i jak do tej pory jedyne wydawnictwo jednego z wielu projektów Sir N. Bardzo upraszczając własny zachwyt nad muzyką Szweda, przyznaję się, że nie spotkałem się z jeszcze żadnym nagraniem które było sygnowane pseudonimem owego jegomościa i zarazem mogło by być słabe. Co prawda każdy z owych tworów to zbliżona do siebie wizja Black Metalu czasem łączona też z Ambientem, jednak te podobieństwa w przypadku danych projektów występują na różnych płaszczyznach. Dla tych, którzy jeszcze nie połapali się o kim mowa, przytoczę pełen zbiór zarówno istniejących jak i już porzuconych w dalszych działaniach bestii za które jest / był lub współtworzył Sir N. Obecne to: Grav, Grifteskymfning, Reverorum ib Malacht, Svartrit, Draug, Helgedom, Vanskapt i Hädanfärd a pogrzebane w zapomnieniu zostały: Kaos Sacramentum, Ektoplasma, Dödfödd. Sir N. posiada jakiś dar który trudno mi sprecyzować, ale jego muzyka ma jakże specyficzny i charakterystyczny klimat. O tym jednak poniżej.
Początkowo materiał ten został nagrany przez Sir N. w roku 2005 i służył dla jego własnych celów, prawdopodobnie nie miał ujrzeć światła pełni księżyca. Został jednak wydany właśnie przez Mystery of Death Productions w 2011 roku - chodziło o jakieś zatargi pomiędzy wytwórnią a naszym bohaterem recenzji. Koniec końców, bo jednak pod przymusem, ale jestem bardzo zadowolony że dane jest mi słuchać muzyki zawartej na tej Ep'ce. 'Urkaosets svarta vredesdom' to według Sir N. Ep'ka jednak trwa to ponad 42 minuty i jest dłuższe niż niejeden album w dzisiejszym czy przeszłym undergroundzie. ACERBITAS charakteryzuje się niesamowitą aurą mizantropii, totalnej izolacji. Z tej muzyki bije faktyczne Zło. Szczerze mówiąc, gdy porównuję własne odczucia słuchania tego materiału za dnia a nocą, okazuje się że misterium nocy zespala się jakże dosadniej z dawką przewrotnej i przeraźliwej natury Black Metalu serwowanego przez Szweda. Rozciągłe kompozycje jątrzą strumieniami podłość i perfidny koszmar, a wtóruje temu ten niesamowity dźwięk, brzmienie całego materiału! Jest tak wyizolowane, wprawiające we wcielony obłęd... a słuchacz powolnie zaczyna tonąć w odmęcie grozy szaleństwa. Mizantropia aranżacji, atmosfery fascynuje i nie pozwala wręcz oddychać by przypadkiem nie przegapić najmniejszego szczegółu arcydzieła. Wspaniałe riffy, które emanują połączeniem horroru a zarazem pewnego rodzaju piękna. Wokale, nadające jeszcze większej monstrualności, zatrważają i kaleczą...
Tak naprawdę to każda próba opisu takiej muzyki spełza na niczym. Ogrom czego tu doświadczam, jak bardzo jest mi bliska, jak idealnie celuje w moje gusta - tego nie da się ubrać w słowa i ot tak opisać. Nie wiem czy ACERBITAS powróci z jakimkolwiek materiałem, ale na ten październikowy dzień roku 2017 musi mi wystarczyć. Słuchajcie nocą w absolutnej izolacji.

10/10



5 paź 2017

Morte Incandescente / Illum Adora 'Remnants of a Flaming Past'

Split CD
2017
War Arts Productions

Lista utworów:
1.Morte Incandescente - Por Entre o Ser
2.Morte Incandescente - A Colheita
3.Morte Incandescente - Infinito Definido
4.Morte Incandescente - Além
5.Morte Incandescente - Eu Transcendo
6.Illum Adora - Swords of Olden Days
7.Illum Adora - Misericordia Est Infirmitate
8.Illum Adora - Wrath Inflamed
9.Illum Adora - Gone Forever
10.Illum Adora - Ophiolatreia

Niedawno wpadł mi w łapska ten oto krążek i przyznam szczerze, że w natłoku różnych nowości jakie ostatnio wygrzebałem / nabyłem, trochę zwlekałem z odsłuchem materiału. Przyczyn tego stanu rzeczy można by wymieniać wiele, mniej lub bardziej istotnych. Faktem jest, że od kilku dni materiał ten dość mocno jest katowany w moim odtwarzaczu. I podobnie jak powyżej, powodów jest kilka a dwa najważniejsze to: 1) po prostu MORTE INCANDESCENTE których to uwielbiam, 2) kolejne to próby do wychwycenia i przekonania się do części splitu należącej do drugiej hordy ILLUM ADORA. O tym wszystkim poniżej. Zanim jednak przejdę do opisu zawartości wydawnictwa, wpierw słów kilka o zespołach które współtworzą 'Remnants of a Flaming Past'. Jestem przekonany, że wielu z was słyszało MORTE INCANDESCENTE i wiedzą, że to Portugalska bestia oddająca swoją muzyką hołd dla LLN. Powstali w 2002 roku więc stuknęło już im 15 lat podziemnego bytu. W skład wchodzą tu dwaj muzycy znani z takich ohydnych tworów jak: Irae, Decayed, Storm Legion czy Corpus Christii. Drudzy meldują się ILLUM ADORA pochodzący z Niemiec. Istnieją dopiero kilka lat, bo od 2011 i tak jak pierwsze swoje 3 lata egzystencji nie dali o sobie żadnego znaku, tak od 2015 roku ukazały się już 4 wydawnictwa. Gitary i wokale obsługuje tutaj Hurricane Hellfukker z Zarathustra i zarazem właściciel wytwórni Kneel Before the Master's Throne Records. Dobra, tyle wstępu bo zrobił się cholernie długi.
Pierwsze pięć utworów należy do portugalskiego MORTE INCANDESCENTE. Z góry zaznaczę, może w tym przypadku dość mało obiektywnie, że według mojego ucha i gustu jest to lepsza część splitu. Prawdopodobnie bierze tutaj górę moje uwielbienie dla tej hordy, chociaż może to nie jest aż tak oczywiste do samego końca. Duet z Portugalii jak na większości swoich wydawnictw prezentuje swoją surową, nieludzką wersję Black Metalu. Już same brzmienie z którego bije mieszanka wstrętu, czystego ohydztwa i prymitywizmu wgniata swą autentycznością. Materiał ten jest wręcz stworzony do słuchania nocą, w ciemności lub ewentualnie tańczącym cieniu blasku świec. Dynamika utworów jest równie silna jak sama atmosfera, a zwolnienia hipnotyzują trupią melodyką. Makabra riffów w kontraście z wręcz ordynarnie prostą linią perkusji obezwładnia i paraliżuje funkcje życiowe. Black Metal spod (chciałoby się rzec spod pióra) obłędu MORTE INCANDESCENTE to istne zło, monstrualna wyrodność. I te opętane wokale z pogranicza charakterystycznych skrzeczeń a agonalnych / nienawistnych krzyków Nocturnus Horrendus'a! Powinienem był wspomnieć na tym na początku, ale intro jest tutaj czymś kapitalnym! Odgłosy łopaty wbijającej się w ziemię, kopiącej dół gdzieś na uboczu i nagle pojawiają się krzyki wokalisty... Idealne wprowadzenie w klimat tego wydawnictwa!
Drugą kreaturą jest Niemiecki ILLUM ADORA. W trakcie pierwszego odsłuchu już na początek kompletnie zniechęciło mnie intro przed pierwszym utworem. Tysięczny raz wyjęta linia z filmu Hellraiser 'Pain has its face, allow me to show it to you. I am pain!'. Ok, w kontekście filmu, który można oglądać wiele razy bez uczucia nudy jest to naprawdę dobre i ma swój klimat. Jednak, no kurwa, ileż można tego na albumach czy nawet demówkach słuchać? Ja rozumiem, że rodzaj Black Metalu który reprezentują obie hordy to czysty prymitywizm i celowa regresja... Jednak, no kurwa mać! Ten zabieg zbił mnie z pantałyku, bo nim nerwy opadły pojawiła się kolejna 'ciekawostka', a mianowicie jakieś dziwne chóry. 'Jak nic coś tu zostało ostro spieprzone' i temu podobne myśli zaczęły mi się obijać w otchłani czaszki zwanej potocznie mózgiem. Dalsza część materiału okazała się jednak w wykonaniu Niemców bardzo dobra i owe dwie wpadki postanowiłem przerzucić na dalszy plan. Muzycznie ILLUM ADORA to równie diabelski ale nieco mniej wtórny Black Metal niż ich bracia z Portugalii. We fragmentach aranżacji pojawiają się riffy kojarzące się z lekką psychodelą, dość pokręcone jednak nadal w ciekawy sposób hipnotyzujące. Kolejna ciekawostka to bardzo dobry acz krótki utwór instrumentalny na samej gitarze akustycznej, podczas gdy w tle słychać odgłosy wiatru, lasu... Od razu przypominają się perełki z wczesnych lat 90'tych gdy takie utwory były ozdobnikami niejednej płyty czy demówki. Zróżnicowane wokale, tempa a i same riffy to dość duży wachlarz proponowanych możliwości. Black Metal którym raczy nas trio z Niemiec jest zdecydowanie surowe, ale w swej surowości kładzie nacisk na atmosferę. Ta z kolei z utworu na utwór zmienia się i od kompletnie pogardliwych nienawistnych hymnów mamy i te bardziej podniosłe, uderzające nostalgią i tęsknotą za tym co nie wróci. 
'Remnants of a Flaming Past' to mimo obranego kierunku nie do końca wydawnictwo stricte surowe i będące zaprzeczeniem ewolucji tego gatunku. Owszem, MORTE INCANDESCENTE proponuję hermetycznie zamkniętą podróż po rejonach obskurności i szaleństwa. Z drugiej strony prezentuje się ILLUM ADORA, który to nawet owymi chórami (których nadal nie mogę strawić i które są na moje szczęście tylko w jednym utworze) wnosi sporo urozmaicenia w ten split. Gdyby jednak trzeba było wystawić tutaj wspólny mianownik dla obu hord, byłby to niezaprzeczalnie kult śmierci. Stęchlizna, drażniąca woń rozkładu unosi się równie intensywnie przez wszystkie dziesięć utworów. Z tą różnicą, że podano ją pod różnymi postaciami.

9/10  7,5/10

4 paź 2017

Pyre 'Human Hecatomb'

CD'14
Album
Chaos Records

Lista Utworów:
1.Merciless Disease
2.Far Beyond the Unknown
3.Last Nail in Your Coffin
4.Possessed
5.Flesh to Poles
6.Under the Death Reign
7.We Came to Spill Thy Blood
8.Cursed Bloodline
9.Disturbia

Rok temu, owa czwórka kolesi z Rosji popełniła split ze Szwedzkim Interment i do tej pory pozostał mi cholerny apetyt na drugiego długograja tejże ekipy. Niestety, póki co trzeba się sztywno trzymać debiutanckiego krążka z 2014 roku. Jeżeli ktokolwiek z Was nie miał jeszcze okazji zapoznać się z tym albumem, to radzę czym prędzej - o tym będzie poniżej. PYRE powstał w 2011 w Saint Petersburgu a w skład tej morderczej ekipy wchodzą muzycy m.in. Teitanfyre, Likferd czy Ulvdalir. Pomimo, że muzyka prezentowana na 'Human Hecatomb' jest kompletnie inna stylistycznie od w/wym hord, zapewniam że jest to cios naprawdę konkretny.
PYRE to old school Death Metal z dużym zacięciem w kierunku Szwecji. Nie mówię tu jedynie o charakterystycznym brzmieniu znanym z klasycznych już albumów jak 'Like an Everflowing Stream' czy 'Left Hand Path', ale także stylistyce która aż kipi od riffów i patentów jakie znamy z albumów tamtego rejonu i okresu lat 90-tych. Czwórka Rosjan wzorowo wręcz odrobiła lekcje z tego zagadnienia, bo 'Human Hecatomb' brzmi podle, ohydnie i jest upchany po brzegi sonicznymi torturami którymi raczyły i raczą nas po dziś dzień ekipy ze Szwecji. Chropowate, rzężące brzmienie nad którym panoszą się obłąkane, opętany wokalizy Dym Nox'a sprawia wrażenie rytuału śmierci w którym mamy okazję uczestniczyć. Wwiercające się w czaszkę napastliwe riffy wraz z naprawdę cholernie dobrymi solówkami są niczym ostatni gwóźdź do trumny. Ów smród rozlanej krwi rośnie z utworu na utwór. Obłąkane tempa mieszają się z tymi bardziej kompromisowymi, jednak nie upatrywałbym tutaj chwil ku odpoczynkowi. Owe 42 minuty trwania albumu przelatują bardzo szybko, a niedosyt dalej pozostaje. 
Death Metal zagrany przez PYRE na ich debiutanckim krążku ma w sobie coś cholernie obezwładniającego. Taki pierwiastek w dzisiejszym natłoku różnej maści zespołów często zostaje zapomniany na poczet ślicznego brzmienia i innych zbędnych zabaw techniką w studiu nagrań. PYRE postawili na olbrzymi żywioł i pasję, a dzięki temu ich muzyka broni się sama. Oczywiście, nie usłyszymy tutaj nic nowego / odkrywczego - słuchacze którzy szukają wyłącznie innowacji niech nawet nie przechodzą obok tego albumu a omijają go kilometrowym łukiem. To co było najlepsze w we wczesnym Death Metalu ze Szwecji, Rosjanie zamknęli w swoim debiucie oddając hołd tamtejszej scenie z minionego okresu. Dla mnie to aż nader wiele!

9/10

26 maj 2017

Malhkebre 'Revelation'

CD'14
Album
I, Voidhanger Records

Lista utworów:
1. Multi Sunt Vocati
2. In Pulverem Reverteris
3. Hystérie révélatrice - Part I
4. Hystérie révélatrice - Part II
5. Dogma
6. To Become or Die
7. AMDG
8. The Truth Must Be Doubted for Victory
9. IHSV

Jakiś czas temu ukazał się debiutancki materiał Francuzów z Malhkebre. Sama horda powstała w 2002 roku i do dnia dzisiejszego nie może się pochwalić bogatą dyskografią. Poza opisywanym pełnym albumem wśród ich wydawnictw jest demo, epka i split z Aosoth. W skład wchodzą muzycy m.in. Sektarism, Vorkreist czy Merrimack. Trzeba przyznać, że materiał jaki został zarejestrowany na poczet tego wydawnictwa jest silnie uzależniający. Poniżej krótka recenzja owego wydawnictwa.
Okrutnie brzmiący, sięgający po nowsze rozwiązania, a zarazem nadal mocno tkwiący w korzeniach surowego Black Metalu - tak można by pokrótce opisać zawartość 'Revelation'. Z drugiej strony album ten czy raczej stylistykę Francuzów można zaliczyć do tzw. Ortodoksyjnego Black Metalu. Zacznę od kwestii, która według mnie jest tu warta uwagi. Mianowicie, mowa o lirykach do utworów, które to dwóch utworów zostały stworzone w Łacinie. Poza tym mamy oczywiście i angielski ale też i francuski język. Słucha się takiego zabiegu nader ciekawie, tym bardziej że spora ilość wokaliz jest wykonana w sposób umożliwiający bezproblemowe zrozumienie. Skoro już mowa o wokalach za które jest odpowiedzialny Eklezjas'Tik Berzerk, są one czymś mało spotykanym. Nie dość, że facet jak wspomniałem operuje bardzo czytelną w zrozumieniu techniką wokalną, to na dodatek sporo tutaj niespodzianek. Zawodzące głosy, agonalne pomruki, fałszujące inkantacje i wściekłe szczekanie krzykliwą tonacją robią tu swoją robotę. W zestawieniu z brzmieniem, które wydaje się być nader naturalne a słuchacz ma wrażenie jakby uczestniczył w próbie zespołu lub występie na żywo. To kolejny właśnie atut tego albumu. Realizacja dźwięku. Każdy z instrumentów mimo swej dużej czytelności danych partii w aranżacjach, uniknięto tutaj pójścia w plastikowe dźwięki. Zamiast tego, mamy naturalnie brzmiącą produkcję która dodaje animuszu całości 'Revelation'. Przejdźmy teraz do kompozycji od strony struktur utworów, bo dzieje się tu sporo. Całość materiału jest zarówno zaopatrzona w melodyjność ale także w cholernie surowe blastujące partie rodzące chaos. Jednak ta chaotyczność dodaje tylko opętania 'Revelation', swego rodzaju autentyczności pozbawionej elementów wymuszenia. Riffy potrafią bardzo szybko przejść z ciekawej ścieżki melodyjnej na bardzo prymitywne wręcz partie. Trudno tu zresztą mówić o poszczególnych partiach czy nawet rozkładaniu owych struktur na dane części, bo tym sposobem 'Revelation' nie może zostać zapamiętane. Nacisk położono na ciągłość, na koncept rytualności materiału i jako cały powinien być jako takowy traktowany. Równie ciekawie wypadły przerwy pomiędzy utworami. Mamy tu dla przykładu jęczącą histerycznie kobietę, której głos przechodzi w rozkosz lub głos powtarzający jedną frazę 'We must secure extinction of all the people and painful death to the children' a w tle słychać wybuchy bomb. 
'Revelation' brzmi jak nieokiełznana orgia zapomnianego przez cywilizację rytuału, gdzie pośród wilgoci, robactwa i smrodu stęchlizny w głębokiej jaskini, odbywa się ceremonia gloryfikacji ohydztwa i brzydoty. Materiał zdecydowanie nie dla wszystkich, ale ci, którzy się do niego przekonają, nie będą potrafili się uwolnić od tego obłędu. 

8/10



21 maj 2017

Cruz 'Culto Abismal'

CD'16
Album
Selfmadegod Records

Cruz to młoda ekipa z Hiszpanii, która początek swego istnienia datuje na rok 2013. Dwa lata od powstania zostaje nagrany pierwszy materiał zatytułowany po prostu 'Demo tape'. Rok później zostaje zarejestrowany i wydany ten potężny buldożer jakim bez wątpienia jest 'Culto Abismal'. Wydaniem tego materiału zajęły się aż trzy labele: wersja CD ukazała się przez Polską Selfmadegod Records, winyl i taśma dzięki Amerykanom z Sentient Ruin Laboratories oraz ponownie w lutym 2017 roku winyl wydaje tym razem Szwedzka To the Death Records. Trzeba przyznać, że jak na debiutujący zespół to niemałe osiągnięcie. Tym bardziej, że członkowie zespołu nie wywodzą się z innych, znanych hord (poza wokalistą, który grzebie na boku w bliżej mi nie znanym Phobonoid). Poniżej kilka słów na temat ich debiutanckiego albumu.
'Culto Abismal' to cholernie mocny kawał old schoolowego Death Metalu. Gdy tylko wybrzmiały pierwsze dźwięki gitar otwierającego 'Mundos disformes' poczułem się jakby ktoś włączył mi utwór Dismember z ich debiutu, no może najdalej z 'Indecent and Obscene'. W każdym razie, Cruz wpasował się idealnie w szwedzkie brzmienie i aranżacje, które kąsają przeokrutnie. Zanim przejdę do szczegółów, warto zwrócić uwagę na cholernie dobrą okładkę. Niesamowite wykonanie gdzie połączenie snującego się dymu z mnogością okrutnie świdrujących opętaniem oczu po prostu zabija. Czyjeś lub czegoś ręce trzymające ludzką głowę, w tle czaszka a wszystko jakby obrośnięte korzeniami pokrytymi ludzkim mięsem. Zresztą, sami sprawdźcie. Muzyka to kompletnie zjełczałe połączenie ohydztwa szwedzkiej melodyjności z początku lat '90-tych wraz z taką w sumie małą niespodzianką, bo Thrashem. Tego drugiego elementu jest tu naprawdę niewiele, ale zdarzają się chłopakom zapędy i rytmiczne riffy. Jest to zapewne miłe dla ucha urozmaicenie, nie powodujące obniżenia ani ciężaru ani bezpośredniości kompozycji. Osiem utworów, które znalazły się na 'Cult Abismal' tworzą w całości prawie 40-ści minut materiału, który z każdym odsłuchem coraz bardziej uzależnia. Nie ma tu przesady w tym co piszę, bo jeśli ktoś kocha stary Death Metal to zaręczam, że popadnie w obłęd z tym materiałem. Brudne brzmienie posypanych piachem gitar, riffy które po prostu miażdżą i są bliskie urwania głowy słuchaczowi. Melodyjność, ostra niczym kosa przeplata się z cholernym ciężarem wyrażonym we wspomnianej rytmice. Świetne growle, wokale które są złożeniem czci na ołtarzu Death Metalu wywodzącego się ze starej Szwecji. Dynamicznie i bez zbędnego pierdolenia, materiał dla prawdziwych maniaków.
Nie ma co za wiele wymyślać na zakończenie owych powyższych wypocin. Materiał doskonały, zajebisty w swej produkcji oraz aranżacjach. Hiszpanie nagrali bardzo dobry materiał, który niczym nie zaskakuje. Sama kwestia zaskakiwania dla jednych to temat rzeka, a wg mnie nie jest potrzebna w Death Metalu, niech pozostanie gatunkiem zamkniętym i szczelnym hermetycznie na nowoczesne trendy. Jeśli wielbicie stare dokonania tuzów ze Szwecji jak chociażby Dismember, Carnage, Interment, Centinex, Nihilist, Nirvana 2002 czy wczesny Entombed i setki innych... Nie ma co zwlekać - należne posunięcie to kupno tego albumu.

9/10

http://www.facebook.com/cruzmetalpunk
http://selfmadegod.com/
http://sentientruin.com/
ttd@tele2.se - mail do To the Death Records


19 maj 2017

Terra Australis 'The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth'

digi file'15
Album
Self-released

Lista utworów:
1. The God of Death
2. Consuming the Angels (Souls for Satan)
3. Across the Plain of Torment
4. Fire for the War God   
5. Drenched in the Blood of Eternal Warfare
6. The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth
7. The Hammer of Hell (Tribute to Hellhammer)

Jeżeli dobrze zliczyłem to 'The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth' jest już 5-tym pełnym wydawnictwem tej hordy. Zespół powstał w 2008 roku z inicjatywy Invisusa, który to do roku 2010 działał pod szyldem Terra Australis w pojedynkę. Dopiero na drugim albumie 'Slave to the Moon-Shadow', który tak jak debiut ukazał się właśnie w 2010 roku, szeregi zasilił wokalista, a rok później Horda ma w swoim składzie stałego perkusistę. W 2015 roku powstaje jak do tej pory ich ostatni album. Poniżej, opis tego co możemy znaleźć na tym albumie.
'The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth' i zarazem jego stwórca mają jasny przekaz. Brzmi on następująco -> przypierdolić surowo i prymitywnie aż każdy zdechnie. Takie są moje odczucia, bo materiał jest wręcz przepełniony nienawiścią. Ta z kolei jest podana w prosty sposób, bez większych komplikacji i udziwnień. Otóż, forma jaką przyjęli Australijczycy jest bardzo bezpośrednia, okraszona pewną melodyjnością jednak bez większych przesad. Tak więc struktury utworów są nie tyle co rozbudowane ale dobrze rozciągnięte i świetnie balansują pomiędzy monotonią powtarzalności a długim budowanie klimatu. Równocześnie Terra Australis korzysta z prawa natychmiastowego chłostania kompozycją, wplatając bardzo sprawnie thrashowe naleciałości w chociażby zamykającym utworze. Piąty album posiada także dwa utwory które wplecione w całość materiału, dają wytchnienie. To instrumentalne, krótkie utwory. Brzmienie całości jest bardzo dobre, surowe i gdy zaczyna się geste i szybkie granie, materiał aż trzeszczy i dudni. Tak wiem, że w dzisiejszym 'metalu' jak coś nie wali cukrem to powinna być jednoznaczne z gównem. W sumie lubię gówno, tak więc purystów brzmienia odsyłam po nowe produkcje popłuczyn z mainstreamu. Właśnie i tu chyba trafiam w sedno, bo poza nienawiścią album cuchnie namacalnym ściekiem, który można z dużą łatwością wylać na dzisiejszy świat. Kolejnym atutem są wokale, wysunięte na przód i wrzeszczące pełnym jadu kipiącym dosłownie wymiotem. I zdecydowanie nie jest to odkrywcze granie, setki czy tysiące takich materiałów istnieje w najdalszych zakamarkach podziemia. Szkopuł jednak w tym, że wolę tak autentycznego Black Metalu słuchać godzinami niż próbować rozszyfrować zawiłości dziwacznych tworów na które jest dzisiaj moda by wzdychać i się nad nimi spuszczać.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele jest takich hord jak Terra Australis. Zdaję sobie również sprawę z tego, że jak to niektórzy twierdzą, te zespoły nic nie wnoszą nowego do muzyki. Przede wszystkim zdaję soebie jednak sprawę z tego, że prymitywny i surowy Black Metal nie jest polem do eksperymentów. Australijczycy czują ten gatunek, słychać że jest to muzyka tworzona z pasją i cholernym oddaniem. Tu nie potrzeba udoskonaleń. Materiał jest bardzo dobry w takiej formie.

8/10 



16 maj 2017

Nox Formulae 'The Hidden Paths to Black Ecstasy'

CD'16
Album
Dark Descent Records

Lista utworów:
1. NOXON
2. The Shadow Smoke
3. Nahemoth Death Plane   
4. Voudon Lwa Legba
5. The Dark Brother
6. Yezidic NOX Formula
7. O.D. Dominion
8. Hidden Clan NXN - Pt 1: Eleven Rays of Sorat, Pt 2: Black Magic Assault
9. XONOX

Pochodzący z Grecji Nox Formulae zadebiutował zeszłego roku pod skrzydłami Dark Descent Records. Żadnych oficjalnych taśm demo, promow czy choćby epki - od razu papiery z niebyle kim i oto mamy pełną płytę. W sumie w dzisiejszych czasach taka sytuacja nie dziwi. Pozmieniało się wiele, w tym i zasady jakimi rządzi się obecnie underground. Tak więc by nie wdać się w dalsze biadolenie zapraszam do poczytania o debiucie Greków.
Formuła Nocy, bo tak chyba można przetłumaczyć nazwę zespołu, para się Black Metalem który można zaliczyć do kanonu ortodoksyjnego. Zacznę od tego, że pozycja ta jest bardzo ciekawa i jedną z tych o której po odstawieniu na półkę tak szybko nie zapomnicie. Co więcej, będziecie bardziej niż zmuszeni do kolejnych odsłuchów. Po prostu do takich albumów się wraca (mowa tutaj w kontekście odbiorców BM). Zacznijmy od brzmienia, które trochę rozmyte nie należy do tych najbardziej agresywnych / dynamicznych. Począwszy właśnie od dźwięku, poprzez kompozycje, a skończywszy na otoczce i tajemniczości tej hordy, Nox Formulae stawia na atmosferę. Przejdźmy zatem do utworów i ich budowy zaczynając od temp. Pomimo, że zespół porusza się we wszystkich z możliwych, jakiego z temp byśmy nie usłyszeli, i tak mam wrażenie że wciąż jestem świadkiem zapomnianego rytuału. Że nadal cała wizja jest rozmyta przez swego rodzaju narkotyczność przekazu, że bez wdzięku i idyllicznie pochłaniam sobą ową atmosferę. Noktambuliczna aura wymieszana z sekretami nocy. Struktury utworów są dość zróżnicowane. Nie uświadczymy tu wielu powtórzeń tej samej partii, choć i takie występują. Bardzo ciekawie jest zrobiona ścieżka gitar, bowiem często słychać dwa rejestry prowadzące bez wyraźnego tzw. tła w postacie gitary rytmicznej. I mimo tego, album nie wpada w zawiłość dziwnych melodii, niepotrzebnych udoskonaleń. 'The Hidden Paths to Black Ecstasy' słucha się jednym tchem, tu nie ma przestoju. I mając na uwadze to, że każdy z utworów istnieje bezproblemowo z osobna, to jednak dopiero w całości i kilkukrotne przesłuchanie tego materiału daje jego pełen obraz. Niczym owa pajęcza sieć z loga, ta muzyka oplata, unieruchamia i powolnie dusi wdzierając się w najdalsze pokłady rozsądku. Na koniec mała ciekawostka, w skład wchodzi aż trzech wokalistów i to naprawdę słychać. Tak jak w przypadku riffów gitar i tutaj mamy olbrzymią różnorodność wokalną, chociaż zwolennicy czystych śpiewów mogą pakować walizki - są ograniczone do minimum. Jednakże to w moim mniemaniu bardzo dobrze, cała sztuka jest bardziej bezpośrednia lecz nadal silnie lunatyczna.
Grecy stworzyli naprawdę kawał solidnej muzyki spod znaku Black Metalu. 'The Hidden Paths to Black Ecstasy' to materiał na którym dzieje się naprawdę wiele i do którego warto powracać by odkrywać na nowo ów rytuał. Nie uświadczymy tu solidnego wpierdolu, ale ten debiut to cholernie mglista i chorobliwa sztuka bazująca na przede wszystkim igraniu ze świadomością słuchacza. Na wwiercaniu się w nią. I szczerze, wychodzi im to nader dobrze.

9/10

http://www.facebook.com/NoxFormulae