11 gru 2017

Blood Tyrant 'Aristocracy of the Twilight'

CD'16
Album
Iron Bonehead Productions

Lista utworów:
1.Dawn of a New Supremacy
2.The False Heresy
3.Undying Iron Will
4.Barbaric Wampyrism
5.Clandestine Bloodmists
6.Engulfed by Purifying Flames
7.Inertia Meditation

Holenderski BLOOD TYRANT ma swoje początki w podziemiu bliżej nieznane, ale pierwsze demo które oficjalnie zostało wypuszczone ukazało się w 2016 roku. Dwie persony skryte pod pseudonimami The Wampyric Specter i Baron Yrch Malachi współtworzą ową hordę, a Black Metal prezentowany przez nich to nawiązanie i czerpanie z minionych już lat gdy gatunek ten dopiero się formował. Nie to ślepy hołd oddany tamtemu okresowi, bliżej temu do określenia połączenia korzeni Black Metalu z interesującymi strukturami klawiszy. Zresztą, jeśli zaraz po wydawnictwie pierwszego demo 'Night of Blood Moon' zainteresowała się nimi Niemiecka Iron Bonehead Productions, to chyba już coś znaczy. Z racji małej ilości szczegółów na temat historii hordy, poniżej kilka słów na temat debiutanckiego albumu. Dodam jeszcze tylko, że warto również sprawdzić projekt o nazwie Orodruin za który odpowiedzialny jest w pełni Baron Yrch Malachi.
Na album składa się siedem utworów z czego w pierwszym część pełni rolę intra odegranego na instrumencie klawiszowym. Tym samym, ostatni utwór jest outrem, tyle że już w całości. Całość trwa raptem niecałe trzydzieści minut i cóż, cholernie szybko to mija i szczerze to nie pamiętam kiedy czułem aż taki niedosyt względem zakończenia danego materiału. Po każdej pół godzinnej uczcie biegnę jak oszalały do mojego CD-playera celem naciśnięcia przycisku odpowiedzialnego za ponowne odtwarzanie płyty. Intro, w którym wyłania się a z aranżacji klawiszowej szczęk oręża, odgłosy galopu koni i bitewny zgiełk jest niesamowitym preludium do tego materiału. Gdy tylko milknie i wchodzą surowe gitary i zostaję porwany szaleństwem tego materiału. Jest prosty, surowy do szpiku kości tak silnie, że Gordon dostałby zawału jeśli sprawa odbyła by się w jego kuchni. Mówiąc jednak zupełnie serio, to widzę tu ukrytą, może nie do końca celową sugestię. Gdyby wziąć na warsztat rozumienia cel takiego intra można dojść do wniosku, że to zarówno nawiązanie do dawnych czasów (co oczywiste) i wykorzystanie elementu bitwy jako dość uniwersalnego w tej stylistyce muzycznej. Z drugiej jednak strony czy połączenie wydźwięku intra z taką surowością nie jest również celowe i chyba powinno być odbierane jako nawiązanie do wspomnianych już początków Black Metalu wczesnych lat '90-tych. Takie luźne dywagacje, ale kto wie, może i trafne.
Wspomniałem we wstępie, że występuje tu frapujący miraż surowizny z instrumentami klawiszowymi, więc teraz kilka słów o tym. Pojawianie się ich na materiale jest niczym wykres sinusoidy, tym samym atmosfera na 'Aristocracy of the Twilight' jest jedną z tych które wciąż sieją niepewność wymieszaną z ekscytacją. Pojawienie się partii klawiszy to niczym objawienie grozy podanej w sposób podniosły, wręcz dostojny. Takiego cholernie mrocznego, wyszukanego wampiryzmu. Stąd może i moje skojarzenia stylistyki BLOOD TYRANT z Australijskim Drowning The Light. Aranżacje gitar pomimo surowości, a tym bardziej gdy dochodzi szybka perkusja i blachy wręcz hałaśliwie zagłuszają riffy, są podane w eminentny, pompatyczny sposób. Naprawdę nie potrafię tego inaczej ubrać w słowa, ale podejrzewam, że mogę to zgonić na dominującą atmosferę tego wydawnictwa, o której co nieco wyżej napisałem. Kulminacyjnym i kluczowym elementem są charyzmatyczne, skrzeczące wokale. Niczym barbarzyński monument swą potęgą dominują partie gdzie się pojawiają. Tym bardziej ciekawe, że to wokalizy jakie powinny się znajdować na większości materiałów Black Metalowych. 
Holendrzy nagrali naprawdę solidny debiut i czuję, że dla maniaków prawdziwej czerni 'Aristocracy of the Twilight' jest / będzie nie lada rarytasem. W takich wydawnictwach, gdy atmosfera łączy się z pasją, a bekartem tych dwóch jest istne Zło, więcej mi nie potrzeba.



7 gru 2017

Horn 'Turm am Hang'

CD'17
Album
Northern Silence Productions
Iron Bonehead

Lista utworów:
1.Alles in einem Schnitt
2.Turm am Hang
3.Verhallend in Landstrichen
4.Die mit dem Bogen auf dem Kreuz
5.Ä(h)renschnitter
6.Totenräumer
7.Lanz und Spieß
8.Bastion, im Seegang tauber Fels
9.The Sky Has Not Always Been This Way (When Bitter Spring Sleeps cover)

Na przykładzie tego jednoosobowego projektu można idealnie pokazać jak człowiek gubi się w natłoku nowych wydawnictw. Jest to już siódmy album HORN, a ja ignorant jeden dopiero teraz dotarłem do twórczości Nerrath'a. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie do powiedzenia to, że w dzisiejszych czasach zastosowanie nawet sita z najdrobniejszymi oczkami zawsze przepuści jakiś syf tym samym pozostawiając niektóre wartościowe projekty / hordy niezauważonymi. Trudno, biję się w pierś i klnę, że nadrobię całość. HORN został powołany do życia w 2002 roku w Niemczech i już od 2005 roku nagrywa regularnie album za albumem. Nie jest to do końca stylistyka z którą obcuję na co dzień, ale jednak pojawiają się tego typu krążki w kolekcji. Pagan Black Metal, który rzekłbym jest dość przebojowy na 'Turm am Hang', przemówił do mnie już po pierwszym przesłuchaniu materiału. Czemu? O tym poniżej, zapraszam.
Niemiecki projekt czerpie garściami folkowych inspiracji, które to w melodyjnych liniach gitar pojawiają się na całej rozciągłości albumu. Na szczęście elementy wymienionego folku, to nie te wesołe znane z durnych przyśpiewek o trollach czy wojowników maszerujących w czwórkę (reszta chłopa we wiosce chyba zaspała na kacu) na bitwę brzegiem morza. Tak jak sama muzyka, tak i podejście do tematu jest tu poważne i kompletnie nie ma tu miejsca na prześmiewki. Co więcej, Nerrath posunął się w kilku fragmentach albumu po epickie rozwiązania, które ani na moment nie trącają żenadą. Atmosfera albumu jest wyjątkowa, nie jest przekombinowana, a sama muzyka wciąga słuchacza w świat dawno zapomniany. Sam klimat jest czymś trudnym do opisania, bo jego bezmiar od melancholijnych partii, momentami zadziorny i buńczuczny, po głęboko skrywaną agresję i nienawiść. I tak jak nie przepadam za zbyt klarowną produkcją, tak tutaj pasuje ona idealnie. Nie oznacza to, że jest ona wypolerowana a syntetyczność brzmienia instrumentów zlewa się w jedną całość tworząc miodny obraz. Otóż, słychać od razu, że rejestrując ten album Nerrath chwycił za polerkę, ale obszedł się z nią z wyczuciem - tak by nie zarysować kruchej powierzchni niosącej się aury. Całkiem ciekawie wypadły wplecione tu i ówdzie czyste wokale dodające uroku materiałowi, podnoszące jego walory w nawiązaniu do folkowych elementów albumu. Gitary akustyczne, które jak i klawisze, pojawiają się od czasu do czasu, również podkreślają charakter tego materiału. Materiał jest absolutnie ujmujący (w żaden ckliwy sposób rozumienia tego terminu), ciekawe patenty, rozwiązania które nie są oklepane w pogańskiej stylistyce. Wspominałem wyżej o wokalach. Otóż w HORN nie usłyszymy typowych Black Metalowych krzyków, co w przypadku 'Turm am Hang' jest sporą zaletą. Głos Narrath'a to połączenie chrypy z krzykiem, nie brzmi to może zachęcająco ale cholernie daje radę.
HORN ze swoim siódmym albumem narobił mi sporego apetytu na pozostałe pozycje w ich dyskografii. Trzeba będzie zaopatrzyć się w pozostałe wydawnictwa, uprzednio oczywiście rabując bank. Cholera, skąd na to wszystko brać pieniądze? Kolekcjonerstwo miłą mi chorobą, ale czasami zjeść też by coś wypadało. Widocznie z przyziemnymi zachciankami jak ciepłe posiłki będę musiał poczekać, albowiem do skarbonki będą lądować wszelakie oszczędności na pozostałe wydawnictwa HORN. W sumie nic nowego, tyle że bardziej sprecyzowany cel.



6 gru 2017

Sielunvihollinen 'Ruhonkantaja'

Vinyl'17
Album
Darker than Black Records

Lista utworów:
1.Maamme hauta
2.Aamutähden sarastus
3.Kourallinen tuhkaa
4.Käyn aina kohti kuolemaa
5.Poltettu maa
6.Harhaanjohdetut
7.Ruhonkantaja
8.Hauras mielesi murtuu

Wyrzucająca nowościami niczym serią z karabinu, Niemiecka Darker than Black Records znana radykalnych poglądów NS, wydała tego roku drugi album Fińskiej załogi. SIELUNVIHOLLINEN to dość młoda horda, a jej początki plasują się w 2011 roku. Jak przypuszczam, ze względu na swoje mocno anty-islamskie podejście skład został utajniony, ale kto wie - może przyczyny tego są inne. W każdym bądź razie, Finowie jak do tej pory nie próżnowali i na swoim koncie mają kilka wydawnictw: trzy dema, jedno wydanie kompilacyjne lub jak kto woli składankę, split i dwa albumy. Cóż, jak na sześć lat istnienia wynik bardzo dobry. Tym bardziej, że posłuchać jest czego. Nie ma zatem więcej co marnować czasu i pora przejść do zawartości drugiego albumu.
SIELUNVIHOLLINEN i ich Black Metal jest nacechowany sporą melodyjnością, ale z drugiej strony aranżacje są bardzo bezpośrednie. Owa melodyjność nie wchodzi w niebezpieczne rejony, nie jest napiętnowana emocjonalnością i tym samym pozostaje chłodna, jakby obojętna na słuchacza. To duży plus, a same kompozycje pozostawione z taką cechą można jeszcze spokojniej umieścić pod dachem bezpośredniości. To zupełnie jakby gwiazda porno próbowała zrobić niewinny striptiz udając dziewicę. Dobra, wiem - głupie porównanie. Jednak szkopuł w tym, że pomimo owej chwytliwości melodyjnych gitar, nijak tam przemycić coś czym targnęłyby uczucia. Co więcej, ta melodyjność gitar prowadzących nawet wyraźnie będąca na wierzchu kompozycji, jest celowo minimalizowana przez cholernie dobre gitary rytmiczne (nie wiem czy to dobre określenie w stosunku do Black Metalu), drugiego planu. Przez większość albumu otrzymujemy dawkę Black Metalu o średniej szybkości, jednak są i wolne momenty jak i fragmenty szybkiego napierdalania. Ogrom 'Ruhonkantaja' wychodzi w finalnym praniu, gdy po podsumowaniu okazuje się, że horda sprawdza się niesamowicie dobrze we wszystkich aspektach. Czy są blastujące fragmenty czy nawet powolne utwory, SIELUNVIHOLLINEN rozpieprza słuchacza konkretnym i prostym podejściem -> minimum zbędnych ozdobników i postawienie wszystkiego na prostotę. Wokalnie mamy tu bardzo dobrze zaprezentowane szczekania, surowe i totalnie skrzeczące. Dla jednych może to być kontrast względem melodyjności, drudzy łykną niczym zimne whisky. Drugi album Finów to spora dawka nienawiści, pogardy i po prostu takiej czystej 'finskości' - ich rodzimego skurwysyństwa. I na wydawnictwie widnieje jeszcze to: 'Brutal fuck off to the hordes of Allah!'! Kurwa mać, coś wspaniałego! Album został wydany także w wersji CD - ta sama wytwórnia. Na koniec powiem tak: słuchajcie SIELUNVIHOLLINEN, radujcie uszy i środkowy palec w kierunku wszystkich świętości.



4 gru 2017

Nightbringer 'Terra Damnata'

CD'17
Album
Season of Mist Underground Activists

Lista utworów:
1.As Wolves Amongst Ruins
2.Misrule
3.Midnight's Crown
4.Of the Key and Crossed Bones
5.Let Silence Be His Sacred Name
6.Inheritor of a Dying World
7.The Lamp of Inverse Light
8.Serpent Sun

W kwietniu tego roku ukazał się piąty pełen album Amerykańskiego NIGHTBRINGER, piewców okultyzmu, ezoteryki i filozofii Chaosu. Zanim w natłoku nowych wydawnictw ruszyłem w kierunku tegoż albumu, naczytałem się wielu opinii na jego temat. Niestety większość z jakimi się spotkałem ku mojemu zaskoczeniu była niezbyt przychylna posądzając hordę o wtórne pomysły i zwykłą nudę. W sumie tak jak inni winni być daleko od podzielania moich opinii zanim nie sięgną po dany materiał i nie wyrobią sobie swojego zdania na temat danego wydawnictwa, tak i w moim przypadku najczęściej po prostu wzruszałem ramionami cedząc przez zęby 'pierdolisz bucu'. Dzisiaj, przypominając sobie ten album, stwierdziłem że podzielę się swoim spostrzeżeniami odnośnie ostatniego albumu. 
Gdy w 2008 roku ukazał się debiutancki album NIGHTBRINGER, nie było to nic szokującego ani zwalającego z nóg. Ot, kolejna ekipa ze Stanów Zjednoczonych próbująca swoich sił w Black Metalu. Już wtedy pojawiały się zarodki tego co słyszymy na obecnych wydawnictwach. Wtedy, niewielu na nich zwróciło uwagę dodatkowo oskarżając ich twórczość o pójście za modnym trendem tamtego okresu. Dziwnym to jest, tym bardziej że właśnie te osoby nie zwracały nawet najmniejszej uwagi na głębię tekstów, które na 'Death and the Black Work' się pojawiły. Ok, album był do posłuchania ale daleki od jakiejkolwiek sztucznej pozy. Poprzez następne wydawnictwa do dnia dzisiejszego formowało się niesamowite oblicze stylistyki NIGHTBRINGER. Horda ta, anno bastardi 2017 to wciągający hipnotycznie portal do innego poziomu świadomości. Utwory są, jak zawsze to było w przypadku tej hordy, silnie rozbudowane aranżacyjnie. Nie tylko pod względem poszczególnych smaczków czy partii które urywają głowę słuchaczowi ten album jest naszpikowany. Otóż nie. Atmosfera sącząca się z głosników z utworu na utwór jest wręcz niezmierzona, przeogromna i przepotężna w zupełnej próbie objęcia jej w całości. To właśnie w tej materii leży ukryty geniusz tego zespołu. Samymi riffami, gitarami prowadzącymi czy nawet spokojnymi przejściami a'la akustyczne można czarować i wodzić słuchacza bardzo długo, jednak też tylko do pewnego momentu. Bez kwintesencji, bez punktu kulminacyjnego będą to tylko zabiegi stylistyczne zmierzające donikąd. 'Terra Damnata' to konglomerat, który oferuje owe zwieńczenie w atmosferze wynikającej właśnie ze wszystkich najdrobniejszych nawet aspektów aranżacyjnych nad którymi panuje Magia i Chaos. Kolosalna bezwzględność kompozycji, która wręcz targa słuchaczem od zachwytu po skrajne odczucia podłości. Bardzo specyficzne granie, które w jeszcze bardziej dzikiej i nieokiełznanej formie Naas Alcameth i Menthor celebrują w Bestia Arcana - jednym z wielu innych projektów / hord w jakich ludzie z NIGHTBRINGER uczestniczą. Dla mnie ta horda już od kilku albumów to ścisła czołówka okultystycznego odłamu Black Metalu. Kolejny raz nie zawiedli, a ten materiał to po prostu absolutne dzieło. 



Nächtlich 'Second Ritual Of Night Worship'

Taśma'17
EP
Knife Vision

Lista utworów:
1.Intro: Eternal Dust
2.Nächtlich
3.Die Baume Du Mir Sprechen
4.The Undying Crepescular Lights of Ancient
5.The Movements of the Night

Projekt ten pochodzi z Kanady i o ile się nie mylę za całokształt muzyczny i wykonanie jest odpowiedzialna tu jedna persona. Domysły stąd, że jak do tej pory ten młody twór nie ujawnił żadnych informacji na temat składu. Facet pochodzi z bliżej nieokreślonej lokalizacji z prowincji Ontario i to na tyle z wiadomości, którymi można się dzielić. Jakby na to nie patrzeć, muzyka jaką oferuje NÄCHTLICH jest potwierdzeniem owego minimalizmu, bo to cholernie brudny i zimny Black Metal. Knife Vision, które to w większości oferuje akty łączące w sobie Black z Punkiem, w przypadku tego projektu trafili w cholerną dziesiątkę.
Na całość materiału 'Second Ritual Of Night Worship' składa się pięć utworów z czego jeden to intro. Szczerze powiedziawszy, preludium te jest tak genialne, że początkowo miałem wątpliwości czy to nie będzie przypadkiem coś z gatunku Dungeon Synth. Tak, wiem - jedni totalnie tym gardzą widząc kompletną nieudolność twórców skrytą pod płaszczem prymitywnych dźwięków rodem niczym z archaicznych komputerów. Drudzy, właśnie ową prostotę i potęgę muzycznego obrazu zawartego w owej wręcz przesadnej prostocie uwielbiają. Nie mnie oceniać kto co lubi, jednak samemu zaliczam się do drugiej grupy odbiorców. Po mrocznym, niemal gęstym jak nieprzenikniona czerń nocy intrze, przechodzimy do sedna sprawy. Od pierwszych dźwięków gitary od razu słychać, że mamy tu do czynienia z typowo undergroundowym projektem, którego miejsce jest właśnie tu, daleko w od wszystkich i w izolacji ciemności z dala od świata innych. Absolutnie świetne brzmienie, zarówno gitar ale i perkusji, naturalne i może momentami nawet brzmiące kartonowo (w szczególności stopy), ale za to jaka z tego wydobywa się pieprzona moc. Z każdego wręcz riffu, razem i z osobna, sączy się mizantropia i coś pradawnego, wychylającego lekko nad powierzchnię swój ohydny łeb będąc wciąż w gotowości i ukryciu. Średnia szybkość utworów również potęguje atmosferę enigmatyczności, wciągając nas w wir mroku i szaleństwa. Są również i szybsze partie, jednak według mnie mocniejszą stroną NÄCHTLICH są właśnie te wolniejsze fragmenty. Wokale tutaj według mnie to coś pierwszorzędnego, arcy-paskudne i skrzeczące bardzo wyraźną tonacją, poprzez inkantacje wzywają starożytne siły. 
Cokolwiek bym nie napisał o tym projekcie z Kanady, jedno dla mnie jest pewne. Muzyka ta przeniosła mnie do początków ery demówkowej tej stylistyki muzycznej. I jest to niezaprzeczalnie dla NÄCHTLICH bardzo duży komplement, bo pomimo prymitywizmu samej muzyki od strony aranżacyjnej, ta kaseta ma o wiele więcej do zaoferowania niż większość wysokobudżetowych produkcji. Dla mnie jedno z ważniejszych odkryć muzycznych roku 2017.



29 lis 2017

Urn 'The Burning'

CD'17
Album
Iron Bonehead Productions

Lista utworów:
1.Resurrection
2.Celestial Light
3.Hail the King
4.Morbid Black Sorrow
5.Sons of the Northern Star
6.Nocturnal Demons
7.Wolves of Radiation
8.All Will End in Fire
9.Falling Paradise
10.The Burning

Fiński URN powrócił z nowym albumem po 9-ciu latach, a sprawcą zamieszania jest Niemiecki dobrze znany label Iron Bonehead. Po ostatnim albumie 'Soul Destroyers' z trzy-osobowego trzonu hordy pozostał tylko Sulphur, a dwaj pozostali Infernus i Pimeä obecnie próbują swoich sił ponownie z Flame. Nawet to i dobrze, bo sam Flame równie długo nie dawał oznak życia. Jednak taka ep'ka jaką wypuścili w 2015 roku to jednak za mało i czekam na więcej. Wracając do URN, horda została założona przez wspomnianą już wyżej trójkę w 1994 roku w Tampere. Pomimo tak długiego stażu dyskografia Finów nie błyszczy nadmiarem wydawnictw, ale brak przepychu był rekompensowany przez jakość wydawnictw. Pomijam komiczne okładki jak choćby na 'Dawn of the Devastation', gdzie krzyżówka śnieżnego bałwana na pajęczych odnóżach w złowrogim uśmiechu nie pozostawia nic innego jak w zdziwieniu drapanie się po głowie maniaków widzących owe 'dzieło'. No mniejsza już o przeszłość, skupiamy się na teraźniejszości i czas napisać kilka słów o 'The Burning', czwartym albumie załogi z Tanpere.
Przyznaję się bez bicia, że pierwszy raz gdy słuchałem nowej odsłony URN zaskoczyło mnie brzmienie. Precyzując mam tu na myśli, że jest ono dość dopieszczone i cholernie brakowało (nadal mi brakuje) tego brudu, nawet pierwotnego chamstwa z poprzednich wydawnictw. Ok, czas idzie do przodu, wszyscy wszystko polerują i pucują, tylko po co? Oczywiście, nie przeczę, że słucha się tego dobrze ale 'The Burning' według mnie stracił bardzo dużo w wersji jaką mi podano. Z jednej strony aranżacje naprawdę dojrzałe, słychać sporo wpływów nawet już nie tylko Thrash ale i Heavy (szczególnie solówki!!!) i staram się zaakceptować to 'fajne' brzmienie. Z drugiej jednak strony, kurwa mać - to ma być hybryda Black / Thrash Metalu a nie pokaz kolorowych fajerwerków w ostatni dzień roku. Tak naprawdę, to właśnie z tym aspektem albumu mam największy problem. Brzmienie, które jednocześnie daje swobodny komfort słuchania, ale nie kopie po dupie jak powinno. Trudno, niczego - jako słuchacz i fan - nie jestem w stanie zmienić w tej materii. Pozostaje mi się pogodzić, że URN wybrał taką ścieżkę. Co do samej muzyki, bardzo przypomina mi to dokonania Australijczyków z Destroyer666 i ich ostatniego albumu. Nie jestem pewien czy to źle czy dobrze, ale pod względem kompozycji utworów, ich rozłożenia na albumie i samej dynamiki - 'The Burning' może praktycznie grać na okrągło. Konkretne patenty na gitary prowadzące, solówki to naprawdę coś pięknego. Być może zaryzykuję tu zbyt wiele, ale jeśli jakimś cudem nagle któryś z waszych znajomych nie znający kompletnie zagadnienia tzw. Metalu zapragnie poznać ową muzykę, to ten album jest niczym elementarz na podstawie którego możemy interesantowi wyjaśnić sporo. Czterdzieści minut nie dłuży się, niekoniecznie też porywa, ale słucha się tego dobrze. Jest dynamicznie, rytmicznie i gdy się przeboleje owe brzmienie, nawet można sobie ryknąć 'ugh!' czy pomachać łbem. Nie przedłużając, sięgajcie i słuchajcie przechodząc katusze pięknego wypolerowanego brzmienia. Reszta elementów jak najbardziej się zgadza i pasuje.



28 lis 2017

Riivaus 'Lyöden Taudein ja Kirouksin'

CD'17
Album
Wolfspell Records

Lista utworów:
1.Lyöden Taudein Ja Kirouksin
2.Uhrirovio
3.Pakanamalja
4.Alkemisti
5.Vihan Temppeli
6.Tuhkasade

Debiutancki materiał RIIVAUS już od dłuższego czasu chodził za mną, słuchałem go często, ale nijak po drodze nie było by go opisać. Nastał właśnie ten moment i zacznę od stwierdzenia, że jest bardzo dobrze. Fiński jednoosobowy projekt Hoath Daemnatora powstał w bliżej nieokreślonej dacie, a pierwszym znakiem istnienia była demówka z 2012 roku zatytułowana po prostu 'Demotape ’12'. Po kilku latach ciszy otrzymujemy debiut utrzymany w stricte fińskim Black Metalowym obliczu. Sześć kompozycji trwających niecałe trzydzieści pięć minut zaskakująco szybko przemija, a czas spędzony przy tych dźwiękach, nie jest zdecydowanie czasem straconym.
Pierwsze co rzuca się bardzo wyraziście to fakt, że RIVVAUS ani myśli odcinać się od swoich fińskich korzeni. Nie mam tu na myśli tylko tekstów napisanych w swym ojczystym języku, ale też a może raczej przede wszystkim brzmienie albumu. Według mnie spokojnie można debiutancki materiał Fina ustawić na półce obok takich Horna, Norns. Rienaus czy choćby Sielunvihollinen. Materiał jest do szpiku kości naładowany mroczną fińska esencją, tym co stanowi o fakcie Black Metalu z tamtych stron. Nie jest wypolerowany, nie brzmi fantazyjnie tylko cholernie chłodno i złowrogo. Atmosfera jest zarazem nienawistna ale są momenty posępne czy nawet okraszone cierpieniem i nostalgią. Aranżacje cechują się bardzo dobrze skomponowanymi riffami, w których przestrzeń melodii rozsiewa swój czar nad wściekłością wokali. Bardzo ciekawym połączeniem jest również skoczność fragmentów kompozycji. Hoath Daemnator świetnie inkorporuje coś na wzór pełnego koszmarów folkloru i łączy go wspaniale z Black Metalowym surowizną, która sączy się z głośników nieprzerwanie. Świetnie wychodzi tu również rozbicie riffów na gitarę prowadzącą i drugą, grającą podkład. Melodyjność wręcz genialna, łącząca zarówno drapieżność jak i podniosłość atmosfery. Wokale, o których już wspomniałem są rozłożone jakby w dwóch płaszczyznach. Pierwsza to właśnie ta wściekła, wykrzyczana z niesamowitą frustracją i obrzydzeniem - i tej jest najwięcej na albumie. Druga z kolei to na wpół wypowiadane fragmenty tekstów, bardziej wyniosłe w swej dostojności aczkolwiek bardziej schowane w ścianie dźwięku. 
RIIVAUS nagrał bardzo dobry debiutancki materiał, a Wolfspell Records wychwycił naprawdę perełkę wydawniczą (zresztą jak większość katalogowa tej wytwórni). Pozostaje mi tylko pogratulować obu stronom, a was zachęcić do zapoznania się z muzyką Fina. Zdecydowanie dla fanów melodyjnej surowizny czyli Fińskiego Black Metalu.



27 lis 2017

Lunar Aurora 'Weltengänger'

CD'96
Album
Voices Productions

Lista utworów:
1.Grabgesänge
2.Rebirth of an Ancient Empire
3.Flammende Male
4.Into the Secrets of the Moon
5.Schwarze Rosen
6.Conqueror of the Ember Moon

Dokładnie tak, dzisiejszego dnia cofniemy się trochę w czasie do 1996 roku kiedy to Niemiecka LUNAR AURORA wydała swój debiutancki album. Zarówno horda jak i wytwórnia, która jako pierwsza wydała ten materiał nie istnieją, więc pod zawartością tego tekstu nie znajdziecie linków. Gdy tylko zacząłem odświeżać sobie ten materiał, moim pierwszym pytaniem było: dlaczego dzisiaj Black Metalowe zespoły nie potrafią stworzyć czegoś tak świetnego? Czyż nie jest tak, gdy tylko w szereg instrumentów są zamieszane klawisze, to brzmi to wręcz nie do przebrnięcia? Jest tak słodkie i bezpłciowe, że jednocześnie równie mocno bezwartościowe? Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, drapieżny i surowy Black Metal nie potrafi pójść w parze z instrumentami klawiszowymi. Przynajmniej na takim poziomie, by poważny odbiorca muzyki nie musiał się wstydzić za poziom muzyki który otrzymał od danego twórcy. Ale o tym i o podobnych dywagacjach poniżej, zapraszam.
W roku 1996, gdy 'Weltengänger' został wydany absolutnie masa zespołów czy to ze Skandynawii czy właśnie Niemiec, Holandii brnęła w takie oblicze Black Metalu. Jednym, co oczywiste, wychodziło to lepiej a o innych nie warto nawet pamiętać. Co by nie mówić o ewolucji jaką na przestrzeni wszystkich albumów przeszła LUNAR AURORA, to każde ich wydawnictwo było wyjątkowe i rządziło się niezapomnianym klimatem. Patos, który wypływał z ich kompozycji, ale również swego rodzaju tajemniczość, były dalekie od pojawiającego się w konsekwencji słuchania muzyki drwiącego uśmieszku. Było w tym to coś, ta cholera atmosfera nocy, która nie została zatarta przez sporą ilość klawiszy, a wręcz odwrotnie. Według mnie, w muzyce Niemców to właśnie dzięki klawiszom ciemności nabierają mocy, a gęstość mgły wzbiera. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego ani skąd to się wzięło, ale dla mnie ich twórczość od zawsze nadawała się do chodzenia ciemnym lasem, tym bardziej mroźną zimą. Godnym uwagi jest jeszcze fakt, że materiał ten jest bardzo dynamiczny a większość jego trwania to perkusja dyktująca szybkość na wysokich obrotach. Wyłączając już kwestię prostych, prymitywnych riffów, poszczególne utwory są rozbudowane nawet jeśli cechuje je pewna powtarzalność. Słucha się tego wybornie. Dopełnieniem czary uwielbienia dla połączenia Natury i Nocy są wokale - skrzeczące, zrobione wręcz wzorowo według maniery Black Metalu.
Jeśli macie dostęp, czas i chęci a nie znacie ich twórczości to szczerze polecam. Obecnie ten album jest dość drogi do nabycia, ale wiadomo - nie można mieć wszystkiego. Zatem wielkim złamaniem zasad nie będzie, gdy posłuchacie ich choćby gdziekolwiek online. Jednak, może jakimś trafem znajdziecie wydanie na CD (wznowień była cała masa) za rozsądne pieniądze. 

20 lis 2017

Skelethal 'Of the Depths...'

CD'17
Album
Hell's Headbangers Records

Lista utworów:
1.Sons of Zann
2.Spectral Cemetery
3.Chaotic Deviance
4.Glimpse of the Great Purpose
5.Catharsis
6.Pantheon of the Abyss
7.Scaly Smelly Flesh
8.Outer Conviction
9.Morbid Ovation
10.Soon to Be Dead (Dismember cover)
11.Macabre Oblivion 

Francuski duet Skelethal powstał w 2012 roku, a płyta 'Of the Depths...' jest ich debiutem. Gui wraz z Jonem co rusz przypominali o swojej obecności w Death Metalowym światku podziemia i zanim HHR podpisał z nimi papiery na pierwszy album kilka rzeczy wydali. Bardzo dobry wydawnictwem była również kompilacja nagrań wydana w 2015 roku przez Pulverised Records zatytułowaną 'Morbid Revelations'. Zbiór utworów z dema, EPek i splitu to fajny ukłon w stronę fanów, którzy nie mieli okazji nabyć wcześniejszych dokonań Francuzów i teraz mogą oficjalnie katować siebie i sąsiadów konkretną dawką Death Metalu. Wracając jednak do debiutu, w czerwcu dwójka żabo pochłaniaczy wydała 'Of the Depths...' i raczę szybko donieść, że poziom old school DM został zachowany i większość z was poczuje satysfakcję słuchając tego albumu czy to z taśmy, cd czy winylu. Poniżej krótki opis wydawnictwa.
Album otwiera utwór 'Sons of Zann' i już od pierwszych dźwięków intra zawartego w tym utworze człowiek wychwytuje z jak wspaniałym plugastwem będzie miał do czynienia. Ożywają pradawne lęki, a atmosfera mroku przejmuje prym. Zacznijmy może od tego, że materiał jest przyzwoitej długości i trwa czterdzieści sześć minut. Po wspomnianym preludium uderza w nas ciężar brzmienia albumu, który jest utrzymany w najlepszych kanonach wydawnictw z początku lat '90tych. Od razu wyrzucę z siebie to co mnie bardzo urzekło, a mianowicie w partiach gdzie słyszymy podwójną stopę lub nawet pojedynczą podbijającą rytm pracy werbla - nie słychać pierdolonego terkotania, komputerowych czarów z triggerami zabijającymi muzykę. Oczywiście, że zostały użyte, bo taka już dzisiaj norma. Jednak SKELETHAL uczynił to z świetnym wyważeniem w pełni stawiając na niepowtarzalną atmosferę sprzed ponad dwudziestu lat w Death Metalu. Cholera, na dobrą sprawę słuchając tego można odnieść wrażenie, że aranżacyjnie zespół spokojnie mógłby się uplasować w tamtych czasach pośród tysięcy ukazujących się i obiecujących materiałów demo. I bynajmniej nie jest to zarzut. Konstrukcje utworów są po prostu wyśmienite. Jadowite riffy tną z precyzją chirurgicznego skalpela. Nie jest istotne czy SKELETHAL akurat gra na najwyższych obrotach czy jest to wolna partia uderzająca ciężarem - w obu rolach plus tej pośrodku Francuzi odnajdują się bardzo dobrze i utwory nie tracą na swojej chorobliwej atmosferze old school Death Metalu. Jako urozmaicenie otrzymujemy kilka sprawnych solówek, te z kolei wnoszą powiew jakby lekkiego orzeźwienia. Świetne wokale to również olbrzymi plus tego wydawnictwa, growle potężne ale mimo wszystko czytelne. O perkusji już było, tak więc powoli zmierzamy ku końcowi. Jako całokształt 'Of the Depths...' jawi się jako materiał w pełni old schoolowy, konsekwentny i bezsprzecznie można powiedzieć o jego twórcach, że czują to co robią. Debiut SKELETHAL jest gęsty i pokryty nieprzeniknioną szarością niczym wiosenna mgła nad ponurymi cmentarzami.

http://www.facebook.com/skelethal/
http://shop-hellsheadbangers.com/


17 lis 2017

Megalith Grave 'Petrified Bones and Decayed Monoliths'

Taśma'17
Demo
Perverse Homage

Lista utworów:
1.Under a Horned Waning Moon  
2.Dungeon Cries Echo over Saturnine Ruins  
3.Perceived Coruscations of Daemon Light  
4.Indelible Marks in Necromantic Subconscious  
5.Declension into Dark Void


Isniejący od 2011 roku, amerykański jedno-osobowy projekt zaznacza swą obecność w głębokim podziemiu dość częstymi wydawnictwami. Sporo taśm demo, Epki, splity i jeden pełen album - wszystko podane w najbardziej z obrzydliwych form Black Metalu. Za całość muzyki odpowiada Gamol, który obecnie udziela się jeszcze w Forsaken Burial. Zapraszam do opisu poniżej, do spaceru nocą wśród ciszy opuszczonego i zapomnianego cmentarzyska.
Materiał ten mógłby stać się równie dobrze soundtrackiem do psychodelicznego koszmaru, w którym to główny bohater przemieszczał by się ciemnymi podziemnymi korytarzami katakumb lub puszczonego w niepamięć cmentarza. Celem byłyby kolejne ofiary czy też szukanie odosobnienia / ucieczka od reszty świata, każdy scenariusz sprawdziłby się tutaj doskonale. Na demo składa się 5 utworów, które swoją okropną produkcją zapewne niejednego odstraszą. Zresztą, taśma jest limitowana do 45 sztuk, także niewielu będzie ją posiadać na fizycznym nośniku kasety magnetofonowej. Dźwięk zarejestrowany na 'Petrified Bones and Decayed Monoliths' jest cholernie surowy, gitary stanowią jakby rozmyte tło do obłąkanych wrzasków wydobywających się z trzewi Gamola. Trudno tu nawet mówić lub doszukiwać się wyodrębnionych riffów, albowiem te zostały zarejestrowane w chaotyczny sposób i dźwięk przechodzi z ostrego w rozmyty. Wokale są niczym odgłosy mąk cierpiącego przeplatane z dużym naciskiem na nienawiść. We wszystkim akompaniuje szybka perkusja, która do końca nie wiem czy jest prawdziwą czy użytym automatem perkusyjnym. Jednakże, forma jaką obrał sobie MEGALITH GRAVE rekompensuje nawet przypuszczalne uchybienie korzystania ze skrzynki zamiast z żywego instrumentu. Zło jakie tu się nawarstwia, jakie wręcz kipi jest niesamowite... Cholernie proste aranżacje, a tak mordercze! Muzyka natychmiastowo kreuje wizerunek obłąkanej persony, która w blasku rozstawionych świec wije się w konwulsjach a twarz jej w dziwnych grymasach wypluwa kolejne wersy tekstów... Surowość, enigmatyczny klimat niepokoju, stęchlizna i Zło. 



15 lis 2017

Shambles 'Realm of Darkness Shrine'

CD'16
Album
Pure Holocaust Productions

Lista utworów:
1.Rosarium
2.Call from the Further Tomb
3.Breath of the Deathprayer
4.Onward into Chasms
5.Haxanwomb
6.Realm of Darkness Shrine
7.Bitter Abysmal Depths

Tajowie zaczęli swoją przygodę w 1997 roku. Po dziewiętnastu latach wydali wreszcie swój debiut i bez owijania w bawełnę przyznaję się, że to mój pierwszy kontakt z tym zespołem. Z tego co zdążyłem wyszukać, zaczynali jako Brutal Death / Grind, mieli swój epizod z Black Metalem, by wreszcie odnaleźć się i osiąść w stylistyce Death / Doom Metalu. Tak czy inaczej, nie można chłopakom odmówić uporu w dążeniu do celu. Sami musicie przyznać, że tyle lat by nagrać debiutancki materiał to szmat czasu. I oczywiście, zdaję sobie sprawę, że są takie zespoły jak chociaż Sadistic Intent, które do tej pory nie nagrały albumu a są cholernie poważane wśród maniaków. Wychodzi zatem na to, że nie ma co się tu rozwodzić nad owym faktem z dyskografii SHAMBLES i najzwyczajniej przejść do sedna tego krótkiego tekstu, a mianowicie do opisu zawartości 'Realm of Darkness Shrine'.
SHAMBLES czerpie garściami swoje inspiracje z takich hord jak Incantation, Encoffination. Wyłapiemy w ich muzyce również echa starego Asphyx, a z drugiej strony zdecydowanie nie znajdziemy w ich twórczości czegokolwiek oryginalnego. Nie oznacza to jednak, że materiał jest przeciętny lub czegoś tu brakuje. Moim zdaniem nie. Niektóre fragmenty porażające grobową powolnością, odnoszę wrażenie jakby dodano im cech niechlujności, takiego celowego prymitywizmu i brudu. To działa na korzyść zespołu, muzyka staje się jakby bardziej pełna w swej ohydzie. Brzmienie jest bardzo nisko zestrojone co sprzyja efektowi pogłosu dudnienia, szczególnie w wolnych partiach. Riffy gitar są bardzo proste i w moim odczuciu stanowią jakby tło, ścianę dźwięku dla ultra kryptycznych wokali. Powolne, trzeszczące pojedyncze dźwięki uderzeń w tłumione struny, lub z drugiej strony porywcze i kostkowane na pełnych obrotach. Stopniowe dozowanie obu tych zabiegów daje w efekcie ciekawy wynik, chorą atmosferę. Tak jakby ktoś z rozmysłem i premedytacją powoli sączył trujący gaz do szczelnie zamkniętego pomieszczenia w którym się znajdujemy. Jednak robi to tak by nie zabić, by bez końca torturować. Wokale jeszcze bardziej pogłębiają ten koszmar, wdzierając się w naszą świadomość z impetem największej makabry. Barwa niskich growli pasuje tu idealnie, tym bardziej że na 'Realm of Darkness Shrine' nie ma alternatywy dla tych wokaliz. Są monotonne, plugawe i cholernie otchłaniczne. Prosty materiał kopiący solidnie dupsko i otwierający portale zaświatów horroru.

http://www.facebook.com/Shambles-635468059850975/
phzine@yahoo.com


14 lis 2017

Kêres 'Book of Desire'

Winyl'17
Album
Kuunpalvelus

Lista utworów:
1.Mission 
2.Cemetery Oddity
3.Body of Shadow 
4.Cursed with the Love for the Dead
5.For War
6.Ascetic 
7.First Creed

Dowodzony przez Atvar'a od czasów pierwszych nagrań demo tego projektu, KÊRES nie próżnuje i nagrywa kolejne materiały. Jest tego naprawdę sporo, ale niestety są to wydawnictwa trudno dostępne w polskich distrach. Ponad 20 nagrań demo, które oficjalnie nie wpadły w ręce mas, krąży wśród wybranych. Nawet nie chcę myśleć ile będą warte na serwisie Discogs za np 25 lat. Atvar tworzy lub współtworzy jeszcze w takich projektach jak: Circle of Ouroborus (za cholerę nie potrafię zrozumień tej muzyki), Elemental, Impervious, Karmic Void, Prevalent Resistance, Rahu, Venus Star, Verivala. Jak widać, na nudę facet narzekać nie może, ale osobiście patrzę na to z innej strony. Jakim cholernym geniuszem trzeba być, bo przecież aranżacje wymienionych hord / projektów to rzeczy powalające na kolana, odurzające jak najlepsze wódka. Jaką trzeba mieć w sobie pasję do muzyki by praktycznie zdominowała Twoje życie... Oczywiście, każdy z odbiorców Black czy Death Metalu spędza godziny dziennie zasłuchując się w dźwiękach które kocha. Jednak tworzenie muzyki to, poza sporą determinacją w dążeniu do obranego celu, przede wszystkim duchowy ekshibicjonizm (pod warunkiem, że dana osoba jest szczera w tym co robi). KÊRES i jego głównodowodzący Atvar oraz właściciel wytwórni Kuunpalvelus, nie pozostawia choćby cienia wątpliwości lokując olbrzymie pokłady autentyczności w swej muzyce. Ale o tym wszystkim poniżej.
Trzeci album fińskiego KÊRES przenosi słuchacza w niesamowicie nostalgiczny i zarazem nieujarzmiony wymiar Black Metalu. Siedem kompozycji trwających trochę ponad pół godziny wprawia w posępny nastrój. Owa nostalgia, melancholia ma tutaj bardzo niepokojący wymiar. Pozornie mamy do czynienia z melodyjnymi partiami gitar rozbitymi na przynajmniej dwa kanały. Sposób jednak aranżacji tych partii jest jak błądzenie w ciemnych korytarzach piwnic. Są złowieszcze a zarazem nie bezpośrednie, jakby czekały tylko na szansę możliwości wyrwania się z więżących je łańcuchów i w następstwie szerzenia słowa nocy. Twórczość KÊRES zawsze kojarzyła mi się z jedną wizją jaką szkicują te dźwięki. Płomień puryfikacji, a w nim ludzka postać z której uchodzi cała duchowość. Dymiące oczy, usta... Powłoka cielesna zostaje odrzucona niczym zbędne ścierwo. Taka przynajmniej według mnie jest muzyka Atvar'a na 'Book of Desire', ale nie tylko na tym wydawnictwie. Riffy hipnotyczne, snujące się wolno uderzają atmosferą cmentarnej pogardy gnijących setek tysięcy ciał. Album jest zdecydowanie nacechowany dużym naciskiem na emocje odbiorcy, a szybkie partie w żaden sposób nie zamykają bram owej 'wrażliwości' (o ile to właściwe określenie). Surowe brzmienie instrumentów, chropowaty i skrzeczący wokal (w utworze 'First Creed' pojawiają się też czyste partie wokali) - ten zamysł ponownie się sprawdza i Black Metal podany we właściwy sposób czyni to co powinien - dusi, niweczy wszelakie nadzieje, upadla... Niech świat pełza, kaja się niczym najgorsze z możliwych istnień. A muzyka KÊRES będzie płynąć dalej, nieprzerwanie. I jak ślepiec niczego nie zauważy, bo nie musi i nie potrzebuje w swej doskonałości.



10 lis 2017

Norns 'Pazuzu'

CD'16
EP
Deviant Records

Lista utworów:
1.Desecration
2.Pazuzu
3.Howling from the Past
4.Winds of Blasphemy

Po dziewięciu latach ciszy, dał wreszcie oznaki powstawania z grobu Fiński NORNS. Ubiegłego roku, cmentarna noc i skryte w niej bestie ujrzały nową EPkę zatytułowaną 'Pazuzu'. Horda ta przez lata swojego istnienia nigdy nie należała do bardzo aktywnych i od 2005 roku to ich trzecie wydawnictwo. W sumie po 2007 roku słuch po nich zaginął, nie było żadnych wieści czy horda zdechła czy tkwi w uśpieniu. W międzyczasie powstała druga horda z udziałem 2/3 składu, Nattfog, a projekt Behemotha (bass i wokale) Aske tkwił również w niebycie. Tak czy owak, mam nadzieję, że na kolejne nagrania NORN nie przyjdzie mi czekać kolejnych tyle lat.
Zacznijmy od genialnej okładki, która łechce moje zmysły przywołując natychmiastowo skojarzenia ze starą sceną. Z wydawnictwami, które były opętane i prymitywne, a na ich okładkach zawsze występowali muzycy w wymalowanych twarzach. Duch starego Darkthrone wiecznie żywy, aarrghhh! Sceneria cmentarza tutaj jest idealna, a kontrast obu krzyży pośrodku których stoi demoniczna postać. Widzę tu nawet koneksję, Pazuzu był przedstawiany jako demon świata podziemnego, król złych wiatrów. Ileż to razy hordy stylistyki Black Metalowej przyzywały czy to w tytułach czy w samych lirykach cmentarne wiatry śmierci... A może doszukuję się czegoś za daleko? Muzyka w jakiej porusza się NORNS to Black Metal, surowy aczkolwiek z dużą dawką melodyjnych riffów. Taki konglomerat stwarza bardzo ciekawą atmosferę, a muzyki już nie tyle co się słucha, bardziej się ją chłonie. Proste riffy, gdzie wspomniana melodyjność przeplata się z rytmicznym podbijaniem danych akcentów gitar, zapadają głęboko w pamięć i tego się chce po prostu słuchać. Całość materiału jest bardzo fińska stylistycznie i od razu słychać skąd materiał pochodzi. Dodatkowo brzmi to również archaicznie, surowo, nawet brzydko pomimo dozy melodyki. To po prostu zimny, ohydny Black Metal. Nawet gdy klawisze w poszczególnych partiach rozbrzmiewają donośnie, 'Pazuzu' nadal jest surowy i lodowaty niczym dopiero wyjęte mięso z zamrażalnika. I ten duch, prawdziwy duch Black Metalu sprzed lat gdy termin ten jeszcze oznaczał rebelię, był źle kojarzony, a nie jak w wielu przypadkach tylko muzyczny biznes. Przy tych dźwiękach z jeszcze większą tęsknotą człowiek wyczekuje zimy, by w śniegu brnąć przez las.



8 lis 2017

Pestilentia 'Rotting'

CD'11
Album
Thou Shalt Kill! Records

Lista utworów:
1.Rotting Flesh of God
2.Pestilential Blessings
3.For I Am Death
4.Purification Comes Before Enlightenment

Horda ta pochodzi z Białorusi, z Mińska. Zacznę od tego, że nie jestem fanatykiem który śledzi co inne serwisy piszą, a papierowych zinów wszystkich nie posiadam. Mimo tego jednak zaryzykuję stwierdzenie, że mało było wzmianek o PESTILENTIA. Choć jak wspomniałem, mogę się mylić. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że zespół ten założony w 2002 roku po dziś dzień nadal kroczy mrocznymi ścieżkami podziemia muzycznego. Konsekwencji i samo-zaparcia nie można im odmówić, w szczególności, że przez pierwsze dziewięć lat istnienia nie został wydany żaden oficjalny materiał. Poniżej krótki opis zawartości debiutanckiego albumu.
'Rotting' składa się z czterech rozciągniętych kompozycyjnie utworów. Najkrótszy otwierający ma trochę ponad siedem minut, najdłuższy zamykający ponad dwanaście. PESTILENTIA poza klimatem, którego obłąkańcza natura jest namacalna w aranżacjach debiutu, postawiła również na dynamikę. I, mogłoby się wydawać to nieco dziwnym posunięciem patrząc na długości trwania poszczególnych utworów. Sprytnie Białorusini wymykają się ze schematu hipnotycznego grania dzięki zróżnicowaniu danych partii utworów. Od blastów do średnich temp, nawet jeśli riffy gitar można uznać za wprawiające w trans, perkusja nie pozwala na otępienie i ożywia utwory. Nie jest bynajmniej jakaś niespójność wynikająca z błędu, nie sądzę. Dopatrywałbym się tutaj zarówno czerpania z korzeni gatunku vide surowe powtarzalne riffy, jak i budowania śmiertelnej atmosfery nie tylko riffami i wokalem, a właśnie partiami perkusji także. Świetne brzmienie, surowa produkcja która nie pozostawia złudzeń gdzie plasują swoje miejsce. Wokale, skrzeczące i na wpół gardłowe agonalne oraz histeryczne, rozsiewając proroctwa Królestwa Rozkładu, wyją z anielskiej niedoli.
PESTILENTIA, a raczej jej czterech apostołów, zabiera nas w podróż w kompletną czerń. Gdzie nie istnieje nic, poza tytułową zgnilizną truchła. Muszę w końcu nabyć ich drugi album 'Where the Light Dies' z 2016 roku, bo coś mi podle szepce do ucha, że będzie to nie lada uczta. Martwych świętowanie...

Brak liny do hordy

7 lis 2017

Hamvak 'I'

Taśma'17
Demo
Fekete Terror Productions
Neverheard Distro

Lista utworów:
1.Altars of Thousand Plagues
2.Chants of the Primordial Pantheons
3.Warlords of the Steppes

Ostatnio coraz częściej trafiam na perełki, które albo jak w tym przypadku zaskakują poziomem stworzonej muzyki już od debiutanckiego demo, albo są cholernie wybitne w dopracowanej atmosferze która nie jest wynikiem zimnej kalkulacji. Ukrywający się po pseudonimem D. odwalił kawał dobrej roboty, będąc odpowiedzialnym za całość muzyki i wszystkie instrumenty. Rezydujący obecnie w Niemczech, powołał do życia HAMVAK w 2015 roku i jak już wywnioskowaliście z pierwszego zdania, jest to pierwsze wydawnictwo. Stylistykę można określić jako hybrydę Death i Black Metalu podanej w iście diabelski sposób, ale o tym poniżej. 
Połączenie tych dwóch gatunków wypada w wydaniu HAMVAK zaprawdę ciekawie. Pierwsze co rzuca się w uszy, to cholernie niskie brzmienie wraz z bardzo wysuniętym na przody basem. Ten z kolei w swojej pulsującej barwie dźwięku czyni nie małe spustoszenie. Intensywność przeplatająca się z niesamowitą aurą zgłębiającą zupełnie inne, nieznane pokłady ciemności o wulgarnym obliczu. Wydaje mi się, że właśnie w tej materii tkwi klucz do czary obłędu tego dema. Gdyby odłożyć na bok i zapomnieć o aurze jaką 'I' roztacza wokół siebie, pozostaje nam nadal strasznie dojrzały i naturalnie pełen żywiołu pasji materiał. 'Relikwie', bo tak z węgierskiego można przetłumaczyć nazwę tegoż projektu, postawił na duszny klimat, pulsujący niczym ledwie widoczne światło na samym końcu zadymionego ciemnego tunelu. Obłąkane, nienawistne wokale wykrzykujące lub zatapiające się w głębokich growlach, wyrzucają z siebie kolejne dawki śmiertelnych dla jakiejkolwiek formy życia toksyn. Riffy gitar oparte są w większości na dużej powtarzalności, a ich konstrukcje są wydłużone dzięki czemu kreują swoistą hipnozę owej złowrogiej bestialskości. Zdarzają się fragmenty na materiale gdy gitary zwalniają, jednak w żadnej sposób to nie kłóci się z transem w jaki wpada słuchacz. Wręcz odwrotnie, daje chwilę wytchnienia bądź złudnej nadziei, by ponownie z jeszcze większą mocą obedrzeć słuchacza z jego woli. Łomocząca perkusja wspaniale podkreśla finalny efekt, dodając dynamiki oraz wytaczając coraz to bardziej rozprzestrzeniającą się infekcję ku dominacji. 
HAMVAK stworzył bardzo dobry kawał muzyki i jak sądzę, maniacy lubujący się w takich grobowych klimatach ociekających zjełczałym nekro okultyzmem odnajdą wiele w tej muzie dla siebie. Choroba, bestialstwo, zwyrodnienie, mdłości...



3 lis 2017

Rude 'Remnants...'

CD'17
Album
F.D.A. Records

List utworów:
1.Torrent to the Past
2.House of Dust
3.Blood Sucker
4.Interpretations of the Ultimate Finality
5.Remnants...
6.Fracturing the Gates of Truth
7.Sanctuary
8.ReBoot
9.Children of Atom

Na początku roku 2017 ukazał się drugi album amerykańskiej załogi trudniącej się old schoolowym Death Metalem. Dziewięć utworów składających się na tą płytę, to sięgnięcie do korzeni tej stylistyki na przynajmniej kilku płaszczyznach. Przede wszystkim rzecz oczywista czyli muzyka, ale to nie koniec. Wystarczy rzut okiem na okładkę i bez problemu można rozpoznać mistrzowską rękę Dana Seagravea. Obraz ten to pieprzone arcydzieło, wyjątkowe w swej przedstawionej naturze oraz wymowności tego co widzimy. Ciemna grota pomiędzy której głazami spływają strumienie wartkiej wody, masa stalaktytów i stalagmitów i innych formacji skalnych przypominających uśpione ohydne byty. Pośrodku tego wszystkiego jakieś nieobliczalne monstrum którego zamiarów lub choćby celu istnienia możemy się tylko domyslić. Przypadkowa jakby trójka postaci ludzkich jest świadkiem ów potworności. Kolejna sprawa, to sposób wydania przede wszystkim samego krążka. Prosty, nadruk logo na srebrnej płycie to genialne posunięcie! Dodatkowo jakże efektowne, przypominające stare czasy... 
Tak ja wspomniałem na samym początku, RUDE to Death Metal. Teraz zagłębimy się w starej szkole tegoż nurtu, w paszczy szaleństwa która z wyszczerzonych kłów ocieka trucizną. Ta natomiast, spadając na podłoże nadżera powierzchnię formując się w takie tytuły jak 'Consuming Impulse', 'Blessed Are the Sick', 'Leprosy' czy nawet 'Scream Bloody Gore'. Aaaarrrgghhhh!!! Kompozycje, które zostały zarejestrowane na 'Remnants...' są dotknięte dzisiejszą techniką realizacji dźwięku, ale poczyniono to w sposób bardzo przemyślany. Delikatna ingerencja będąca w kontraście z agresją aranżacji kompletnie nie razi, a album przywodzi na myśl właśnie wspomniane milowe albumy legend Death Metalu. Świetne, dynamiczne riffy na które wydawnictwo jest nastawione, zostały wzbogacone solowymi gitarami, które niczym ukryte przed wszystkimi przeleżały głęboko w szufladzie ponad 20 lat. Utwory mimo tworzenia spójnej całości, różnią się od siebie. Są typowe ciosy które w swej porywczości i uderzeniu miażdżą od samego początku. RUDE nie stroni również od bardziej leniwych w swej naturze utworów, które rozwijają się powoli i w których to atmosfera napięcia narasta stopniowo. Perkusja na tym albumie to prostota z dosadnością, a przejścia na tomach pomiędzy powtórzeniami riffów są niesamowite. Facet ma technikę gry cholernie przypominającą i lokującą się we wczesnych latach 90'tych. Na koniec wokale, których nie powstydziliby się klasycy jak van Druren. Pełne furii, nienawiści a zarazem wkraczające w inny wymiar horroru. Jest w nich coś niepokojącego, a przy tej stylistyce to wręcz wskazane. Wspomnę jeszcze tylko o świetnym 'Reboot' oraz wstępie do 'Remnants' - gitary bez przesterów, grające swoje partie niczym opętany wizjoner malarstwa pośród swoich dzieł grozy... Na koniec dostajemy utwór 'Children of Atom' w którym pojawiają się elementy klawiszy przypominające Nocturnus. Świetny zabieg, ale mam nadzieję, że chłopaki nie pójdą tym śladem na trzeciej płycie i pozostaną przy klasycznym Death Metalu.



2 lis 2017

Witchcraft 'Hegyek Felettem'

Taśma'12
Album
Neverheard Distro

Lista utworów:
1.Istentelen
2.Megittam a vért
3.Arcomon gyűlölettel
4.Hegyek felettem
5.Összeesküvés
6.Fekete és hideg
7.Csak a fagy
8.Vörös köd

Czas na weteranów z Węgier, którzy to istnieją na scenie od 1996 roku i do dziś są wierni korzeniom Black Metalu starej szkoły. Horda ta, zapewne znana w kilku kręgach odbiorów uwielbiających zimne i prymitywne granie, jest doceniana za to co wydała w swej dyskografii. Jak na 21 lat istnienia nie ma tego zatrważająco wiele, ale absolutnie każda pozycja opatrzona logiem WITCHCRAFT jest dziełem, które po prostu trzeba mieć. Mus posiadania tyczy się oczywiście maniaków Black Metalu w jego najczystszej formie, bez nowoczesnych ozdobników które tak oddaliły ten gatunek od tego, czym tak naprawdę był w założeniu gdy dopiero powstawał. Album ten ukazał się również w formacie CD i na winylu, ale tak surowe granie idealnie sprawdza się na nośniku kasety magnetofonowej. Chociaż wiadomo, że winylem człowiek by nie pogardził hehe.
Black Metal grany przez Węgrów czerpie garściami z drugiej fali BM, a konkretnie skandynawskiej odmiany, ale to nie wszystko. Horda nie stroni też od stylistyki Thrash Metalu, którą to idealnie inkorporuje we fragmenty swoich kompozycji. Jednak ponad 90% trwania materiału mamy do czynienia z surowizną, pierwotną ohydą sączącą się z głośników i w swej czarnej hipnozie przenoszącą nas w czasie do początków sceny. Nie znajdziemy na 'Hegyek felettem' grzecznego i poprawnego grania w stylu behemocza czy innych komediantów, albowiem w muzyce Węgrów nie ma miejsca na błazenadę. Zacznę od brzmienia, które najzwyczajniej urzeka swą głębią ciemności, prymitywności ale i zarazem czytelności poszczególnych instrumentów. Owa czytelność dźwięku nie jest dominująca, bardziej bym określił to jako smaczek czy może nawet jeden z elementów brzmienia. Takie fundamenty jak szorstkość, chropowatość i brud gitar zostały zachowane, a struktury riffów podrzynają gardła zardzewiałymi ostrzami sprawiając jeszcze większy ból. Co dziwne, pomimo takich odczuć / skojarzeń, utwory w swej budowie i klimacie nawiązują bardzo silnie do Natury, pogaństwa (tylko błagam, nie kojarzcie elementów pogaństwa z tymi wszystkimi folkowymi wesołkami, którzy tak umiejętnie przez lata swym dennym plumkaniem wypatrzyli ów dumny termin). Dynamiczne tempa, które przechodzą też w rytmiczne pasaże, powodują, że albumu słucha się jednym tchem. Pasjonuje i wabi swą nieoryginalnością, która jest olbrzymim atutem trzeciego albumu WITCHCRAFT. 'Hegyek felettem' jest chłodem nocy, wyjącym wichrem w pobliżu górskich sztolni, skrzypiącym śniegiem pod podeszwą buta w najdalszych, odludnych częściach lasów. Ponad surowizną gitar i prostych partii perkusji góruje skrzeczący, chropowaty wokal. 
Kończąc, podkreślę dla mniej kumatych -> to nie jest muzyka dla fanów Nihilka czy Laluni Ad Noctum lub innych ślicznych wycmokanych produkcji słodszych niż rafinowany cukier. Trzeci album to istna czerń, a ci z Was którzy przegapili to wydawnictwo lub nawet (o zgrozo!!!!) twórczość hordy, zachęcam do odrobienia lekcji.



31 paź 2017

Os 'Demo MMXVII'

Taśma'17
Demo
Funeral Chants Productions

Lista utworów:
1.Ave Coronatus Rex Ossium
2.Adorabo Putrefactionem Meum
3.Tractatus Artis Bene Moriendi
4.Campanarium Vanitatis
5.Ego Sum Funestus
6.Lux Nigra Mortis
7.Anarhysis

Z najgłębszych kanałów pod Budapesztem nadeszła plaga zwąca się OS i jest równie odrzucająca co hordy szczurów ucztujące na zapomnianych resztkach zwłok nieznanych ofiar. Niewiele mogę zdradzić we wstępie na temat tej hordy. Historię mają krótką, albowiem powstali w 2014 roku i jest to jedyne jak do tej pory wydawnictwo tej węgierskiej hordy. Skład został zatajony, tak więc wkraczamy do świata śmierci na własną odpowiedzialność. Powrotu stamtąd nie będzie.
Zaczniemy od tego, że mam wrażenie, iż w skład muszą być zamieszani doświadczeni muzycy. Jeśli jednak się mylę, to olbrzymie ukłony w stronę nowicjuszy. Cholernie, cholernie dobry materiał Death Metalowy. Już od pierwszych dźwięków otwierającego demo utworu 'Ave Coronatus Rex Ossium' słychać, że ktokolwiek za tym stoi wie co robi oraz ma też w tym niesamowite wyczucie i pasję. Atmosfera otwierającej się coraz szerzej krypty pochłania umysł stopniowo, systematycznie i niespiesznie jakby była pewna z przewagi nad stojącym u jej wrót słuchaczem. Nieprzenikniona ciemność ziejąca z czeluści owego grobowca owiewa nas smrodem śmierci, truchła i zaduchu. Ten cały syf, koszmarna nieczystość wysypuje się wprost na nas. Każdy kolejny riff gitary zapowiada kolejne zderzenie z tą makabrą plagi. Surowe brzmienie, opętańcze aranże i wokale niczym z samego nekropolis porażają autentycznością, która na tym poziomie wpływa na percepcję odbierania rzeczywistości. Aranżacje gitar są bardzo bezpośrednie, brak tu absolutnie zbędnych komplikacji. Wspomniane już brzmienie w którym pobrzmiewa owy element otchłani, tego obskurnego echa, dopełnia obrazu podróży przez świat katakumb w których to spruchniałe wieka trumien odsłaniają pieprzony widok na zasuszone ludzkie trupy. Pajęczyny, robactwo, pleśń, gruzowate fundamenty... Siedem utworów trwających niemal trzydzieści cztery minuty tchnie jedynie śmiercią i jej uwielbieniem. Czego by tu jeszcze nie napisać, to nie ulega wątpliwości, że to niesamowity debiut zakorzeniony w old school Death Metalu tyle, że podanym na istnie grobowy sposób. Rewelacja!

10/10



30 paź 2017

Goatspell 'Alchemy of Terror'

taśma'15
Demo
Malignant Overthrow Records

List utworów:
1.The Arrival
2.Unholy Spirits
3.Alchemy of Terror
4.In Offering to Hell
5.Scream the Spell

Francuska horda, w której to skład wchodzą dwaj członkowie Styrr i F. na dodatek nie udzielający się póki co w żadnych innych projektach, przywołali ze zmarłych GOATSPELL w roku 2014. W swoim dorobku mają 2 wydawnictwa, opisywane demo oraz wydaną tego samego roku EP'kę 'Esoterrorism'. Muzyka jaką obrali sobie na cel to mieszanka siarczystego Black Metalu z Thrash a nawet naleciałościami Heavy. Zapowiada się ciekawie, nieprawdaż? To by już dłużej nie przeciągać wstępu, zapraszam poniżej do krótkiego opisu pierwszego demosa GOATSPELL.
A więc co my tutaj mamy? Pięć utworów i raptem siedemnaście minut muzyki z czego jedyneczka to obowiązkowe intro. Ambientowe dźwięki wprowadzają nas w atmosferę grozy poza naszym zrozumieniem, a rytmiczny odgłos bębna zaprasza do udziału w rytuale. Owy wstęp do tytułowej alchemii terroru jest tu bardzo trafiony, albowiem już po chwili atakuje nas intensywna nawałnica dźwięku 'Unholy Spirits'. Brudne, stricte demówkowe brzmienie dodaje tylko smaczku. Tak naprawdę, to mija dobra 'chwila' zanim człowiek się ocknie z pierwszego oczarowania i myśli na zasadzie 'jakie to, cholera, zajebiste'. Szczerze, to spodziewałem się ultra prymitywnego grania bez opamiętania. Otrzymałem coś zgoła odmiennego, przemyślany do samego końca materiał, którego finalny efekt jest dziełem niczym z połączenia dwóch umysłów wybitnych alchemików. Riffy gitarowe z bardzo surowych, precyzyjnie Black Metalowych przechodzą bardzo sprawnie w patenty Thrash'owe czy choćby z wysuwającą się na przód linią melodyjną. Pojawiają się też wspomniane wyżej elementy Heavy czy to może raczej coś bliższego gatunkowi Speed. Gdy zbierzemy to jednego worka cały ten wachlarz oferowanych bluźnierstw gitarowych, otrzymujemy coś naprawdę wspaniałego. Dodatkowo, bardzo dobrze zostały zarejestrowane bębny. Nie ma najmniejszej mowy o jakichś chorych triggerach czy studyjnej hochsztaplerce, a F. je po prostu nagrał, takimi jakie są. Wokalnie też się dzieje. Nasz duet nie próżnuje i wydobywają z siebie najgorsze pokłady Piekła z możliwych. Obskurne, zatęchłe i piwniczne wrzaski które wypływają z taśmy są naszpikowane niezliczoną ilością prymitywnej, pierwotnej nienawiści. Muzyka zawarta na 'Achemy of Terror' idealnie nakreśla wizję zatęchłej piwnicy, której jedynym światłem jest porozstawianych chaotycznie kilka świec. Ściany tejże pokryte pleśnią, a smród pomieszczenia miesza się unoszącą się wonią mirry. Fantastyczny materiał i wielka szkoda, że to nawet nie 20 minut muzyki.

9/10

http://www.facebook.com/Goatspell/
http://malignantoverthrowrecords.blogspot.com/


27 paź 2017

Orewoet 'Afrodisiacum der vroomheid'

CD'16
EP
Heidens Hart Records

Lista utworów:
1.Prodigious Fascination of Enshrouded Darkness
2.Feeding the Ocean with Blood
3.Hoor, de kraaienmars wordt reeds geblazen
4.De begeerte voorbij
5.Earless for Divine Intervention

Witam w kraju w którym scenę Black Metalową kojarzymy przede wszystkim z takimi hordami jak Funeral Winds, Domini Inferi, Haatstrijd, Galgeras, Infinity czy Darkness Enshrouded The Mist. Z drugiej strony mamy tu obecne także twory skrajnej opinii jak choćby Urfaust czy ikonę tamtejszego podziemia Countess. Wymieniać można by jeszcze długo, przecież obecnie każdy kraj ma w szeregach własnego undergroundu listę długą z hordami bardziej docenianymi lub mniej chwalebnymi. Sytuacja ta ma również przełożenie na nowo powstające zespoły, a raczej nowych muzyków których to projekty mnożą się niczym przysłowiowe grzyby po deszczu. Ci z kolei, albo sami lub z pomocą bardziej już doświadczonych braci oręża, nagrywają kolejne materiały pod różnymi nazwami. Jednym z takich tworów jest właśnie OREWOET, w którym to każdy ze składu działa w kilku innych hordach wspomagając je chociażby w sztukach na żywo.
Holenderska horda prezentując swoją koncepcję Black Metalu wykracza poza standardy tzw. surowości i raczy nas rozbudowanymi riffami jednocześnie tym samym budując atmosferę, która przyciąga niczym sztywność ciała nekrofila. Owszem, jeśli za wytyczną postawić sobie brak instrumentów klawiszowych, to materiał na siłę mógłby zostać sklasyfikowany pod szufladkę surowego grania. Tyle, że tak naprawdę to gówno prawda. OREWOET kreuje elementy atmosfery i wylewa na słuchacza wręcz oceaniczne ilości ciemności. Nie wiem jak to inaczej określić, ale w tych dźwiękach budzi się coś cholernie nieopisanego, niewypowiedzianego i tym samym przesuwa granicę upiornego klimatu na wyższy poziom percepcji. Riffy gitar, które niejednokrotnie wyrastają na gruzach inspiracji klasykami gatunku, szybko rozwijają się w coś co można usłyszeć na albumach takich hord jak choćby niemiecki Odal. Tłumaczę w pośpiechu: jedna z gitar kontynuuje rozpoczęty riff, druga natomiast przechodzi w rozbudowane i podniosłe melodie tworząc swego rodzaju nostalgiczny patos. Jednak byłoby to za proste, gdyby na tym miało się skończyć. Holendrzy idąc za ciosem, wprowadzają do swoich aranżacji dodatkowo elementy prymitywnej mocy pojedynczych akordów uderzanych i powtarzanych po kilkanaście razy przy wtórującej temu blastującej perkusji. Kolejnym elementem na który warto zwrócić uwagę jest umiejętne budowanie zwięzłych aranżacji gdzie nie jesteśmy wystawieni na drastyczne zmiany tempa. Pojawiająca się np blastująca perkusja pojawia się w danym momencie w wyniku oczywistych struktur pojawiających się w danym utworze, a nie wybucha znikąd powodując ironiczny uśmieszek politowania na twarzy słuchacza. Co więcej, w żaden ale to nawet w najmniejszym stopniu, w żaden sposób nie wpływa to na dzikość, żywioł i wiarygodność materiału. 'Afrodisiacum der vroomheid' został również dopracowany w studio pod względem brzmienia i tu mała ciekawostka. Materiał ten można prezentować jako instruktaż pod tytułem 'Jadowite, czytelne brzmienie a zarazem brak kiczu w Black Metalu'. Co jeszcze? Linie basu, instrumentu o którym dość często się zapomina, są tu dobrze słyszalne i ten wspaniały, dynamiczny puls dudni w każdym z utworów będąc podkreślanym pracą perkusisty. W każdym z 5-ciu utworów potężnie rozbrzmiewa skrzeczący głos wokalisty, rozpościerają skrzydła absolutu nocy na całym materiałem. Szkoda, że to jedynie EP'ka chociaż i tak trwa ponad 30-ciu minut. Słucha się tego wybornie i z czystym sumieniem daję taką a nie inną ocenę. Mam tylko nadzieję, że owy projekt nie zdechnie w natłoku innych zespołów w jakich udzielają się poszczególni muzycy. Jednak o tym zadecydują oni sami, a czas pokaże rezultaty.

9/10



26 paź 2017

Xul ov Kvlten 'Nitimur in Vetitum'

CD-r'16
Album
Silent Woods Nebulah Prods.

Lista utworów:
1.Ignis Temples 04:06
2.Anthem Orphicum (Ad Dionysios)
3.Ascesis Rites in Anima
4.Astral Nox
5.Aeternis ad Infinitum Cosmos
6.Aeternis ad Infinitum Cosmos 

Chile, Santiago, Black Metal. To tak w dużym skrócie czego możemy się spodziewać po tej podziemnej hordzie. Początek istnienia tego trio datuje się na rok 2014 i jest to ich pierwsze wydawnictwo. Wpierw wydane własnym sumptem w limicie 50 sztuk, potem wznowione przez mały label na takim samym formacie i również w identycznym limicie. Z góry uprzedzę fakty, chociaż nie trudno się domyślić po okładce, że ci z Was którzy szukają wirtuozerii lub czegoś stricte innowacyjnego, tu tego nie znajdziecie. 
XUL OV KVLTEN w pięciu utworach zaprezentował stricte archaiczny Black Metal. Szósty utwór to nagranie z próby jednego z pięciu poprzednich i początkowo nie za bardzo spodobał mi się pomysł na taką zapchaj-dziurę. Jednak, przy pierwszym odsłuchu zrozumiałem jak genialne było to posunięcie. W tym miejscu zdyskredytuję trochę hordę, bo nr sześć z 'Nitimur in Vetitum' pokazuje jaka siła i cholerna czerń kryje się w tym materiale. Studyjne nagrania są surowe, nie uległy absolutnie żadnemu wypieszczeniu, ale w przypadku 'Aeternis ad Infinitum Cosmos' z próby wkrada się tu niesamowity chaos, a ściany pomieszczeń zaczynają porastać w przyspieszonym procesie pleśnią. Jeśli ktoś zna dziwnie niepokojącą atmosferę wcześniejszych nagrań Black Cilice, to właśnie tak zabrzmiało to nagranie - totalnie oszalałe, napiętnowane wręcz pierwotnym gniewem i smrodem grobowego rozkładu. Ok, ale przejdźmy wreszcie do pierwszych pięciu utworów, bo to one w sumie stanowią tutaj właściwą zawartość debiutanckiego albumu. Minimalistyczne kompozycje utworów w których to prym wiodą pomysły z początku lat '90-tcyh rozsiewają powolnie tajemniczą mgłę nad cmentarnymi wrotami. Bramy te otwierają się i bezpowrotnie zostajemy wciągnięci w osępiały, trupi archaizm twórczości Chilijczyków. Prymitywne riffy gitar świetnie współgrają z blastującą perkusją lub partiami zagranymi w średnim tempie. Nie ma tutaj żadnych zabaw w solówki czy inne komplikowanie struktur utworów. Ot czysta pasja napędzana potęga nienawiści. Ostatnią rzeczą do jakiej można się przyczepić i właśnie mam zamiar to zrobić, są wokale. Te, wykrzyczane z typową manierą Black Metalowego krzyku są jak najbardziej na miejscu. Jednak, wkradają się tu czasem deklamacje czy śpiewy podniosłym (tzn. jak mniemam takie miało być założenie, hehe) czystym głosem. Niestety zawodzenia jakich jesteśmy świadkami są dość rażące i ja tego nie kupuję. Pomijam fałszowanie, ale to nijak ma się do grania w jakim porusza się XUL OV KVLTEN. Na szczęście nie ma tych wokaliz za wiele i nie spierdoliły dostatecznie całości albumu.
Zamierzony prymitywizm, obskurność i rzygające z głośników Zło są niesamowitym atutem tego wydawnictwa. Jego wsteczność, autentyczność są na wagę złota. Czy zabrakło tu czegoś na miarę Black Metalowego albumu? Nie wydaje mi się. Ten gatunek ma swoje prawa czy się komuś taka ohyda podoba czy nie. Szkoda, że to jednak tylko niespełna 30 minut. No i mały procent wokali do poprawy...

7/10