26 maj 2017

Malhkebre 'Revelation'

CD'14
Album
I, Voidhanger Records

Lista utworów:
1. Multi Sunt Vocati
2. In Pulverem Reverteris
3. Hystérie révélatrice - Part I
4. Hystérie révélatrice - Part II
5. Dogma
6. To Become or Die
7. AMDG
8. The Truth Must Be Doubted for Victory
9. IHSV

Jakiś czas temu ukazał się debiutancki materiał Francuzów z Malhkebre. Sama horda powstała w 2002 roku i do dnia dzisiejszego nie może się pochwalić bogatą dyskografią. Poza opisywanym pełnym albumem wśród ich wydawnictw jest demo, epka i split z Aosoth. W skład wchodzą muzycy m.in. Sektarism, Vorkreist czy Merrimack. Trzeba przyznać, że materiał jaki został zarejestrowany na poczet tego wydawnictwa jest silnie uzależniający. Poniżej krótka recenzja owego wydawnictwa.
Okrutnie brzmiący, sięgający po nowsze rozwiązania, a zarazem nadal mocno tkwiący w korzeniach surowego Black Metalu - tak można by pokrótce opisać zawartość 'Revelation'. Z drugiej strony album ten czy raczej stylistykę Francuzów można zaliczyć do tzw. Ortodoksyjnego Black Metalu. Zacznę od kwestii, która według mnie jest tu warta uwagi. Mianowicie, mowa o lirykach do utworów, które to dwóch utworów zostały stworzone w Łacinie. Poza tym mamy oczywiście i angielski ale też i francuski język. Słucha się takiego zabiegu nader ciekawie, tym bardziej że spora ilość wokaliz jest wykonana w sposób umożliwiający bezproblemowe zrozumienie. Skoro już mowa o wokalach za które jest odpowiedzialny Eklezjas'Tik Berzerk, są one czymś mało spotykanym. Nie dość, że facet jak wspomniałem operuje bardzo czytelną w zrozumieniu techniką wokalną, to na dodatek sporo tutaj niespodzianek. Zawodzące głosy, agonalne pomruki, fałszujące inkantacje i wściekłe szczekanie krzykliwą tonacją robią tu swoją robotę. W zestawieniu z brzmieniem, które wydaje się być nader naturalne a słuchacz ma wrażenie jakby uczestniczył w próbie zespołu lub występie na żywo. To kolejny właśnie atut tego albumu. Realizacja dźwięku. Każdy z instrumentów mimo swej dużej czytelności danych partii w aranżacjach, uniknięto tutaj pójścia w plastikowe dźwięki. Zamiast tego, mamy naturalnie brzmiącą produkcję która dodaje animuszu całości 'Revelation'. Przejdźmy teraz do kompozycji od strony struktur utworów, bo dzieje się tu sporo. Całość materiału jest zarówno zaopatrzona w melodyjność ale także w cholernie surowe blastujące partie rodzące chaos. Jednak ta chaotyczność dodaje tylko opętania 'Revelation', swego rodzaju autentyczności pozbawionej elementów wymuszenia. Riffy potrafią bardzo szybko przejść z ciekawej ścieżki melodyjnej na bardzo prymitywne wręcz partie. Trudno tu zresztą mówić o poszczególnych partiach czy nawet rozkładaniu owych struktur na dane części, bo tym sposobem 'Revelation' nie może zostać zapamiętane. Nacisk położono na ciągłość, na koncept rytualności materiału i jako cały powinien być jako takowy traktowany. Równie ciekawie wypadły przerwy pomiędzy utworami. Mamy tu dla przykładu jęczącą histerycznie kobietę, której głos przechodzi w rozkosz lub głos powtarzający jedną frazę 'We must secure extinction of all the people and painful death to the children' a w tle słychać wybuchy bomb. 
'Revelation' brzmi jak nieokiełznana orgia zapomnianego przez cywilizację rytuału, gdzie pośród wilgoci, robactwa i smrodu stęchlizny w głębokiej jaskini, odbywa się ceremonia gloryfikacji ohydztwa i brzydoty. Materiał zdecydowanie nie dla wszystkich, ale ci, którzy się do niego przekonają, nie będą potrafili się uwolnić od tego obłędu. 

8/10



25 maj 2017

BLACK MURDER 'Promo '94' (demo tape '94)

Kolejne demo, to Francuski Black Murder, który wywodził się z kręgu Les Legiones Noires. Wymieniając, że był to horda ta była jedną z owego zrzeszonej organizacji łatwo się domyślić z czym mamy tutaj do czynienia: albo chory, minimalistyczny Dark Ambient albo totalnie surowy i obskurny Black Metal. Opętana kakofonia dźwięków jaka wydobywa się z zarejestrowanych dwóch utworów na 'Promo '94' to istna kwintesencja czym stały Czarne Legiony. Black Metal pozbawiony wyrafinowania, anty-ludzki, ohydny do granic możliwości i wylewający się z głośników niczym pieprzona, nieuleczalna zaraza. Wciąga, odrzuca, fascynuje! Masa sprzężeń, riffy gitar na wpół agresywne z przewijającą się prymitywną melodyjnością, kaleczą słuchacza niczym najbardziej tępe narzędzia tortur. Czuć w tym cholerne Zło, cholerny pierwotny prymitywizm i wstręt do dziennego życia. Chaotyczne, rozwrzeszczane wokale tylko utwierdzają nas, że jest to demo stworzone przez ludzi obłąkanych. I tak jak większość materiałów jakie ukazały się w kręgu LLN, ten materiał również winien być słuchany nocą przy drgającym ponuro ogniu świec. Demo do odsłuchu poniżej.



22 maj 2017

CARNAGE 'Infestation of Evil' (demo tape '89)


Szesnasty demos jaki chciałbym przypomnieć to kontynuacja wątku z Szwedzkim CARNAGE. Jest to drugie demo zespołu, który można śmiało zaliczyć do prekursorów Szwedzkiej szkoły Death Metalu. Rok później, w 1990 ukazuje się genialny 'Dark Recollections'. Album, który można spokojnie uznać za wyznacznik czy nawet nieświętą biblię tego gatunku. Pierwsze demo jak zapewne kojarzycie, było wysoce zainfekowane Grindem. Na 'Infestation of Evil' usłyszeć możemy już odejście od tej stylistyki, chociaż nie do końca. Większy jednak nacisk zespół położył na obskurne, wręcz złe riffy które zaskakują zarówno świeżością (jak na tamte czasy) oraz tym, że przetrwały próbę czasu. Mówiąc za siebie, do dzisiaj z nieskrywaną chęcią wracam często ich twórczości. Co tu więcej pisać? Ach, no tak -> w utworach pojawiają się sample klawiszy budujące atmosferę grozy. Pomimo, że są to tylko fragmenty, to właśnie bardzo trafnie podkreślają aurę. Brzmienie jeszcze pozostawało w estetyce Grindu, ale dawało się już powoli wyczuć sypiący się piach ze strun. Na koniec dodam tylko, że oba utwory z tego dema, zostały nagrane ponownie na debiutancki album. Poniżej demo do odsłuchu.


21 maj 2017

Cruz 'Culto Abismal'

CD'16
Album
Selfmadegod Records

Cruz to młoda ekipa z Hiszpanii, która początek swego istnienia datuje na rok 2013. Dwa lata od powstania zostaje nagrany pierwszy materiał zatytułowany po prostu 'Demo tape'. Rok później zostaje zarejestrowany i wydany ten potężny buldożer jakim bez wątpienia jest 'Culto Abismal'. Wydaniem tego materiału zajęły się aż trzy labele: wersja CD ukazała się przez Polską Selfmadegod Records, winyl i taśma dzięki Amerykanom z Sentient Ruin Laboratories oraz ponownie w lutym 2017 roku winyl wydaje tym razem Szwedzka To the Death Records. Trzeba przyznać, że jak na debiutujący zespół to niemałe osiągnięcie. Tym bardziej, że członkowie zespołu nie wywodzą się z innych, znanych hord (poza wokalistą, który grzebie na boku w bliżej mi nie znanym Phobonoid). Poniżej kilka słów na temat ich debiutanckiego albumu.
'Culto Abismal' to cholernie mocny kawał old schoolowego Death Metalu. Gdy tylko wybrzmiały pierwsze dźwięki gitar otwierającego 'Mundos disformes' poczułem się jakby ktoś włączył mi utwór Dismember z ich debiutu, no może najdalej z 'Indecent and Obscene'. W każdym razie, Cruz wpasował się idealnie w szwedzkie brzmienie i aranżacje, które kąsają przeokrutnie. Zanim przejdę do szczegółów, warto zwrócić uwagę na cholernie dobrą okładkę. Niesamowite wykonanie gdzie połączenie snującego się dymu z mnogością okrutnie świdrujących opętaniem oczu po prostu zabija. Czyjeś lub czegoś ręce trzymające ludzką głowę, w tle czaszka a wszystko jakby obrośnięte korzeniami pokrytymi ludzkim mięsem. Zresztą, sami sprawdźcie. Muzyka to kompletnie zjełczałe połączenie ohydztwa szwedzkiej melodyjności z początku lat '90-tych wraz z taką w sumie małą niespodzianką, bo Thrashem. Tego drugiego elementu jest tu naprawdę niewiele, ale zdarzają się chłopakom zapędy i rytmiczne riffy. Jest to zapewne miłe dla ucha urozmaicenie, nie powodujące obniżenia ani ciężaru ani bezpośredniości kompozycji. Osiem utworów, które znalazły się na 'Cult Abismal' tworzą w całości prawie 40-ści minut materiału, który z każdym odsłuchem coraz bardziej uzależnia. Nie ma tu przesady w tym co piszę, bo jeśli ktoś kocha stary Death Metal to zaręczam, że popadnie w obłęd z tym materiałem. Brudne brzmienie posypanych piachem gitar, riffy które po prostu miażdżą i są bliskie urwania głowy słuchaczowi. Melodyjność, ostra niczym kosa przeplata się z cholernym ciężarem wyrażonym we wspomnianej rytmice. Świetne growle, wokale które są złożeniem czci na ołtarzu Death Metalu wywodzącego się ze starej Szwecji. Dynamicznie i bez zbędnego pierdolenia, materiał dla prawdziwych maniaków.
Nie ma co za wiele wymyślać na zakończenie owych powyższych wypocin. Materiał doskonały, zajebisty w swej produkcji oraz aranżacjach. Hiszpanie nagrali bardzo dobry materiał, który niczym nie zaskakuje. Sama kwestia zaskakiwania dla jednych to temat rzeka, a wg mnie nie jest potrzebna w Death Metalu, niech pozostanie gatunkiem zamkniętym i szczelnym hermetycznie na nowoczesne trendy. Jeśli wielbicie stare dokonania tuzów ze Szwecji jak chociażby Dismember, Carnage, Interment, Centinex, Nihilist, Nirvana 2002 czy wczesny Entombed i setki innych... Nie ma co zwlekać - należne posunięcie to kupno tego albumu.

9/10

http://www.facebook.com/cruzmetalpunk
http://selfmadegod.com/
http://sentientruin.com/
ttd@tele2.se - mail do To the Death Records


19 maj 2017

Terra Australis 'The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth'

digi file'15
Album
Self-released

Lista utworów:
1. The God of Death
2. Consuming the Angels (Souls for Satan)
3. Across the Plain of Torment
4. Fire for the War God   
5. Drenched in the Blood of Eternal Warfare
6. The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth
7. The Hammer of Hell (Tribute to Hellhammer)

Jeżeli dobrze zliczyłem to 'The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth' jest już 5-tym pełnym wydawnictwem tej hordy. Zespół powstał w 2008 roku z inicjatywy Invisusa, który to do roku 2010 działał pod szyldem Terra Australis w pojedynkę. Dopiero na drugim albumie 'Slave to the Moon-Shadow', który tak jak debiut ukazał się właśnie w 2010 roku, szeregi zasilił wokalista, a rok później Horda ma w swoim składzie stałego perkusistę. W 2015 roku powstaje jak do tej pory ich ostatni album. Poniżej, opis tego co możemy znaleźć na tym albumie.
'The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth' i zarazem jego stwórca mają jasny przekaz. Brzmi on następująco -> przypierdolić surowo i prymitywnie aż każdy zdechnie. Takie są moje odczucia, bo materiał jest wręcz przepełniony nienawiścią. Ta z kolei jest podana w prosty sposób, bez większych komplikacji i udziwnień. Otóż, forma jaką przyjęli Australijczycy jest bardzo bezpośrednia, okraszona pewną melodyjnością jednak bez większych przesad. Tak więc struktury utworów są nie tyle co rozbudowane ale dobrze rozciągnięte i świetnie balansują pomiędzy monotonią powtarzalności a długim budowanie klimatu. Równocześnie Terra Australis korzysta z prawa natychmiastowego chłostania kompozycją, wplatając bardzo sprawnie thrashowe naleciałości w chociażby zamykającym utworze. Piąty album posiada także dwa utwory które wplecione w całość materiału, dają wytchnienie. To instrumentalne, krótkie utwory. Brzmienie całości jest bardzo dobre, surowe i gdy zaczyna się geste i szybkie granie, materiał aż trzeszczy i dudni. Tak wiem, że w dzisiejszym 'metalu' jak coś nie wali cukrem to powinna być jednoznaczne z gównem. W sumie lubię gówno, tak więc purystów brzmienia odsyłam po nowe produkcje popłuczyn z mainstreamu. Właśnie i tu chyba trafiam w sedno, bo poza nienawiścią album cuchnie namacalnym ściekiem, który można z dużą łatwością wylać na dzisiejszy świat. Kolejnym atutem są wokale, wysunięte na przód i wrzeszczące pełnym jadu kipiącym dosłownie wymiotem. I zdecydowanie nie jest to odkrywcze granie, setki czy tysiące takich materiałów istnieje w najdalszych zakamarkach podziemia. Szkopuł jednak w tym, że wolę tak autentycznego Black Metalu słuchać godzinami niż próbować rozszyfrować zawiłości dziwacznych tworów na które jest dzisiaj moda by wzdychać i się nad nimi spuszczać.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele jest takich hord jak Terra Australis. Zdaję sobie również sprawę z tego, że jak to niektórzy twierdzą, te zespoły nic nie wnoszą nowego do muzyki. Przede wszystkim zdaję soebie jednak sprawę z tego, że prymitywny i surowy Black Metal nie jest polem do eksperymentów. Australijczycy czują ten gatunek, słychać że jest to muzyka tworzona z pasją i cholernym oddaniem. Tu nie potrzeba udoskonaleń. Materiał jest bardzo dobry w takiej formie.

8/10 



18 maj 2017

CARNAGE 'The Day Man Lost' (demo tape '89)






Wspominek ciąg dalszy, a dokładniej to już 15-sta taśma demo. CARNAGE wszyscy maniacy Szwedzkiego Death Metalu zapewne znają. Zanim doszło do nagrania kultowego już 'Dark Recollections', CARNAGE wypuściło dwa demosy z czego ten tutaj omawiany jest pierwszym. 'The Day Man Lost' był wysoce zainspirowany Grindem, brzmienie i struktury utworów przypominały to co serwował nam chociażby Carcass na swoim debiucie 'Reek of Putrefaction'. Ohydny, strasznie skomasowany, intensywny i brudny Grind z jednak ukłonem w stronę Death Metalu, co dało się słyszeć w poszczególnych riffach. Trzy utwory, trochę ponad 4 minuty muzyki. To chyba wystarczająco obrazuje z czym mamy tu do czynienia. Poniżej link do dema.


16 maj 2017

Nox Formulae 'The Hidden Paths to Black Ecstasy'

CD'16
Album
Dark Descent Records

Lista utworów:
1. NOXON
2. The Shadow Smoke
3. Nahemoth Death Plane   
4. Voudon Lwa Legba
5. The Dark Brother
6. Yezidic NOX Formula
7. O.D. Dominion
8. Hidden Clan NXN - Pt 1: Eleven Rays of Sorat, Pt 2: Black Magic Assault
9. XONOX

Pochodzący z Grecji Nox Formulae zadebiutował zeszłego roku pod skrzydłami Dark Descent Records. Żadnych oficjalnych taśm demo, promow czy choćby epki - od razu papiery z niebyle kim i oto mamy pełną płytę. W sumie w dzisiejszych czasach taka sytuacja nie dziwi. Pozmieniało się wiele, w tym i zasady jakimi rządzi się obecnie underground. Tak więc by nie wdać się w dalsze biadolenie zapraszam do poczytania o debiucie Greków.
Formuła Nocy, bo tak chyba można przetłumaczyć nazwę zespołu, para się Black Metalem który można zaliczyć do kanonu ortodoksyjnego. Zacznę od tego, że pozycja ta jest bardzo ciekawa i jedną z tych o której po odstawieniu na półkę tak szybko nie zapomnicie. Co więcej, będziecie bardziej niż zmuszeni do kolejnych odsłuchów. Po prostu do takich albumów się wraca (mowa tutaj w kontekście odbiorców BM). Zacznijmy od brzmienia, które trochę rozmyte nie należy do tych najbardziej agresywnych / dynamicznych. Począwszy właśnie od dźwięku, poprzez kompozycje, a skończywszy na otoczce i tajemniczości tej hordy, Nox Formulae stawia na atmosferę. Przejdźmy zatem do utworów i ich budowy zaczynając od temp. Pomimo, że zespół porusza się we wszystkich z możliwych, jakiego z temp byśmy nie usłyszeli, i tak mam wrażenie że wciąż jestem świadkiem zapomnianego rytuału. Że nadal cała wizja jest rozmyta przez swego rodzaju narkotyczność przekazu, że bez wdzięku i idyllicznie pochłaniam sobą ową atmosferę. Noktambuliczna aura wymieszana z sekretami nocy. Struktury utworów są dość zróżnicowane. Nie uświadczymy tu wielu powtórzeń tej samej partii, choć i takie występują. Bardzo ciekawie jest zrobiona ścieżka gitar, bowiem często słychać dwa rejestry prowadzące bez wyraźnego tzw. tła w postacie gitary rytmicznej. I mimo tego, album nie wpada w zawiłość dziwnych melodii, niepotrzebnych udoskonaleń. 'The Hidden Paths to Black Ecstasy' słucha się jednym tchem, tu nie ma przestoju. I mając na uwadze to, że każdy z utworów istnieje bezproblemowo z osobna, to jednak dopiero w całości i kilkukrotne przesłuchanie tego materiału daje jego pełen obraz. Niczym owa pajęcza sieć z loga, ta muzyka oplata, unieruchamia i powolnie dusi wdzierając się w najdalsze pokłady rozsądku. Na koniec mała ciekawostka, w skład wchodzi aż trzech wokalistów i to naprawdę słychać. Tak jak w przypadku riffów gitar i tutaj mamy olbrzymią różnorodność wokalną, chociaż zwolennicy czystych śpiewów mogą pakować walizki - są ograniczone do minimum. Jednakże to w moim mniemaniu bardzo dobrze, cała sztuka jest bardziej bezpośrednia lecz nadal silnie lunatyczna.
Grecy stworzyli naprawdę kawał solidnej muzyki spod znaku Black Metalu. 'The Hidden Paths to Black Ecstasy' to materiał na którym dzieje się naprawdę wiele i do którego warto powracać by odkrywać na nowo ów rytuał. Nie uświadczymy tu solidnego wpierdolu, ale ten debiut to cholernie mglista i chorobliwa sztuka bazująca na przede wszystkim igraniu ze świadomością słuchacza. Na wwiercaniu się w nią. I szczerze, wychodzi im to nader dobrze.

9/10

http://www.facebook.com/NoxFormulae


A CANOROUS QUINTET 'The Time of Autumn' (demo tape '93)






I ponownie Szwecja. Zespół ten, który wznowił swoją działalność w 2016 roku, powstał w 1991. W pierwszym okresie istnienia nazwa brzmiała A Canorous Quartet, jednak z racji poszerzenia składu zespołu w 1993 roku finalnie przyjmują nazwę A Canorous Quintet. W tym samym roku zostaje zarejestrowane pierwsze demo, które powoli nakreślało styl zespołu. Melodyjny Death Metal, jaki później dosłownie eksplodował w Szwecji i równie szybko zaczął być komercjalizowany zarówno przez wytwórnie i zespoły, tutaj jest dopiero w powijakach. Muzyka Szwedów zahaczała nawet o takie rejony jak Doom lub czysty rasowy Death Metal (utwór 'Searching') który również nie był pozbawiony melodyjnych zwolnień. 'The Time of Autumn' to ciekawy miraż smutnego i właśnie melodyjnego grania z agresją pojawiającą się tutaj wręcz sporadycznie. Brzmienie było jakby z lekka stłamszone, z małą ilością przestrzeni, ale w tamtych czasach nikt nie triggerował każdego instrumentu by brzmieć klarownie i czysto. Poniżej demo do odsłuchu.


13 maj 2017

Battle Dagorath 'I - Dark Dragons of the Cosmos'

CD'16
Album
Avantgarde Music

Lista utworów:
1. From the Black Sun's Fire
2. Phantom Horizons Beyond
3. Return to Gates of Dawn   
4. Through the Rite of the Stars
5. Transfixion of the Spheres
6. Psychic Abduction

Zeszłego roku ukazał się czwarty już album Amerykańskiego projektu Battle Dagorath. Co prawda, źródła obecnie traktują ten twór jako 'międzynarodowy' z racji dołączenia do składu po pierwszym albumie Christopha Zieglera znanego bardziej pod pseudonimem Vinterriket. Niemiec, rezydujący obecnie w Szwajcarii znany jest wielu osobom ze swojego Ambient projektu, przez który to niejednokrotnie przewijały się motywy Black Metalu. Facet jest odpowiedzialny za instrumenty klawiszowe na wszystkich wydawnictwach projektu, poza, jak już wspomniałem, debiutem. Zapraszam na jakże interesującą, nostalgiczną a zarazem separującą od świata zewnętrznego podróż po kosmicznych zaświatach.
Na 'I - Dark Dragons of the Cosmos' skałda się sześć utworów. Otwierający jak i zamykający utwór to wersje instrumentalne i pełnią tutaj funkcję intra i outra. Pozostałe cztery, to bardzo rozbudowane komozycje trwające ponad 11 minut każdy. Dzięki temu zabiegowi wkraczamy w muzyczną wizję Black Sorcerer Battle, który to od początku hołdował szkole Black Metalu połączonej z Ambientem i nastawionej w jak największej mierze na atmosferę. Muzyka ta trąci jakby oniryzmem, rozmywa się kołysząc. Jednak nie należy zapominać, że jest ona zarazem bardzo dynamiczna i agresywna. Taki kolaż, zestawienie balansuje poprzez długość trwania albumu i żadna z tych cech nie obejmuje prymu. Gdybym już musiał porównać, z jakim to zespołem kojarzy mi się najbardziej stylistyka prezentowana przez Battle Dagorath, wskazałbym zapewne Darkspace ze Szwajcarii. Wiem, że muzyka obu tych zespołów to zupełnie inne oblicza Black Metalu, jednak podobieństwa w kreowaniu klimatu są zbliżone. Na poprzednich wydawnictwach Battle Dagorath poza owym obliczem związanym z kosmosem, hipnotyzował przede wszystkim chłodem kompozycji i kreował atmosferę mroźnych, oddalonych i zapomnianych krajobrazów niedostępnej Natury. Obecnie nacisk jest nastawiony na szybkie partie perkusji z pojawiającymi się co jakiś czas zwolnieniami, ścianę gitar wspomaganych monumentalnymi partiami klawiszy. Mogę się przyczepić do wolniejszych partii, gdzie prawie za każdym razem słychać mocno terkoczące stopy. Momentami jest to męczące, przecież bez tego ta muzyka również była by czymś naprawdę niesamowitym. Wokale, typowe jak na Black Metal z wysoką manierą 'skrzeczenia'. Sporadycznie pojawiają się chórki, ale głównie mamy do czynienia z właśnie takim lekko monotonnym wokalem. Prawie 50 minut muzyki, obcowania z wyższą siłą przepastnych galaktyk i monstrualnych przestrzeni.
'I - Dark Dragons of the Cosmos' to potężna płyta. Jej wielkość drzemie w zbudowanej atmosferze, klimacie i bogactwie strukturalnym. Ci, którzy lubują się tylko i wyłącznie w napierdolu zapewne nie sięgną po ten album. Battle Dagorath stworzył album, który zachwyca, poraża swym ogromem i hipnotyzuje swą ekspresywnością.

9/10

http://www.facebook.com/BattleDagorath
http://www.avantgardemusic.com/


SEVISS 'Et pleure le bâtard' (demo tape '96)



Les Legiones Noires, czyli krąg zespołów zrzeszających kilku muzyków, którzy nagrywali najbardziej obskurny, ohydny Black Metal wszech czasów. Kilka z tych projektów / hord poruszały się również w kręgu muzyki Ambient. Wracając jednak do SEVISS, horda ta powstała w 1996 roku jednocześnie nagrywając jedyna taśmę demo w historii swego bytu. W skład wchodziły trzy osoby: Vorlok Drakksteim, Wlad Drakksteim, Vordb Dréagvor Uèzréèvb które to były zamieszane w ogrom innych projektów z kręgu LLN. Sześć utworów znajdujących się na tej taśmie demo to czysty wstręt, abominacja,odraza i brzydota. Istna kumulacja tego, czym z założenia miał być Black Metal. Prymitywne kompozycje, wrzaski i jęki wokalisty i piwniczne brzmienie z sali prób. Tempa utworów oscylują w okolicach średnich temp, jednak owa chorobliwa motoryka kompozycji wgniata, wylewa kubeł czarnej smoły i podaje czarę starej posoki do przełknięcia. Z czasem postaram się wrzucić tu więcej materiałów z LLN do odsłuchu, bo warto sobie przypomnieć owe nagrania.


12 maj 2017

MERCILESS 'Behind the Black Door' (demo tape '87)



Szwecja ponownie i powrót praktycznie do korzeni. MERCILESS to jeden z pierwszych zespołów dzięki któremu miałem okazję poznać co to Szwedzki Death Metal. W przypadku tego zespołu, trudno też mówić o typowym DM, ale wtedy ponad szufladki liczyło się bardziej to, że kości łamali swoimi kompozycjami. Zespół powstał w 1986 roku, jednak wtedy nie mogłem jeszcze o nich słyszeć bo nie dobiłem wtedy nawet do 10 lat (kilka lat później miałem co nadrabiać hehe). Pierwszego demosa, zespół ten pochodzący z małego miasteczka Strängnäs, nagrał w 1987 roku. Cztery utwory które weszły w skład 'Behind the Black Door' to bardzo charyzmatyczne, energiczne granie spod znaku Death / Thrash Metalu. Wściekłe wokale dodawały agresji materiałowi, który w całości porażał swoim autentyzmem, pasją. Tego właśnie tym zespołom nie można odmówić, cholernej chorej adoracji względem muzyki jaką grali i słuchali.


11 maj 2017

Angelgoat 'Primitive Goat Worship'

CD'17
Album
Grom Records

Lista utworów:
1. Vecna Slava Satani
2. Pentagram Ritual Massacre
3. Under the Satanic Oath
4. Sabbath 666
5. Primitive Goat Worship
6. Arising from the Black Mass
7. Unholy Horn Impalement
8. Zora Antihrista
9. Eternal Damnation of Christianity

Angelgoat pochodzi z Serbii i w czeluściach undergroundu z którego wychylał sporadycznie swój łeb z kolejnymi wydawnictwami. Przynajmniej tak było w pierwszym okresie istnienia projektu, bo należy wspomnieć tutaj, że w roku 2008 została przerwana działalność. Pośmiertnie ukazał się jeszcze debiutancki album i słuch o tym zacnym pomiocie zaginął. Owszem, w międzyczasie ukazywały się jakieś pojedyncze utwory na różnych wydawnictwach kompilacyjnych. Jednak w tym okresie zespół był martwy. W 2015 roku, Unholy Carnager, obecnie jedyna persona odpowiadająca za muzykę w Angelgoat, wznawia działalność. Wpierw w 2015 roku ukazuje się demo w limicie 66 sztuk 'Antichristian Storm Desecration'. Następnym wydawnictwem jest opisywany właśnie, drugi album. Poniżej słów kilka o 'Primitive Goat Worship'.
Angelgoat już na pierwszym demie 'Angelgoat' zaznaczył w jakiej stylistyce będzie się poruszać. Trudno tu nie odgadnąć, że jest to surowy i prymitywny Black Metal. Jeden rzut okiem na okładkę, na tytuły utworów i mamy gotową odpowiedź. I tak jak bardzo wraz z samą nazwą projektu są sugestywne i dwa wspomniane elementy, tak jest i z samą muzyką. Prosto, bez zbędnego mieszania i zapożyczeń z innych gatunków. Po prostu pieprzony do cna Black Metal, który hołduje starej norweskiej szkole. Przede wszystkim górują szybkie tempa. Jest cała masa partii, gdzie muzyka Angelgoat prze naprzód niczym nieokiełznana siła Natury, nie do powstrzymania. Surowe brzmienie gitar wzbogaca te odczucia, czyniąc materiał jeszcze bardziej przekonywującym. Słychać jedynie efekty nałożone na perkusję, szczególnie tomy, ale nie jest to rażące. Są jednak i takie fragmenty jak choćby na 'Sabbath 666' (kurwa, genialny tytuł w 100% korespondujący z muzyką), gdy do owej chłosty trzeba poczekać. Unholy Carnager powoli, średnim, miarowym tempem buduje przekaz. Są dosłownie śladowe ilości, dosłownie niczym strzępy gitar solowych. Wydawać by się mogło, że takie partie tylko będą się kłócić z całokształtem Black Metalu Serba, ale jednak nie. Dodają nawet jeszcze większego odczucia prymitywizmu, wstrętu, takiego muzycznego syfu (w dobrym słowa znaczeniu). Nad wszystkim górują skrzeczące, ochrypłe wokale. Ten nośnik / przekaźnik Zła jest tutaj wręcz idealny. Bez efektów, bez poprawiania.
Nowego albumu AngelGoat słucha się wyśmienicie. 'Primitive Goat Worship' okrutnie poniewiera słuchaczem. Ci, którzy szukają starego grania, totalne hołdu dla starych dni czasów demówkowych, ten album jest dla was. Surowo, prymitywnie, obskurnie. Nic więcej mi nie potrzeba.

8,5/10

http://www.angelgoat.net/
https://www.facebook.com/angelgoat/
http://www.gromrecords.net/


PROFANATICA 'Broken Throne of Christ' (demo tape '90)




Profanatica nie wymaga dłuższego przedstawiania. Prężnie działali na polu bestialskiej mieszanki Black i Death Metalu w latach 1990-1992, wypluwając aż sześć wydawnictw. W 1992 roku Profanatica zdycha i odchodzi w obskurny niebyt aż do roku 2001. Paul Ledney jednak wskrzesza owe plugastwo i do dziś kroczy ścieżka zniszczenia i plucia w święte fałszywe ikony. Jest to trzecia taśma demo, która natychmiastowo nakreśla styl bezwzględnej chłosty z jakiej owa horda jest znana. 3 utwory poprzedzone 'wbudowanym' intrem są intensywne, chaotyczne. Kwintesencja morderczej siły, prymitywnej pieprzonej potęgi. Poniżej link do dema, które niszczy, zabija, obleśnie wypacza umysł słuchacza.


9 maj 2017

MORTIFY 'Dizziness of the Occult' (demo '90)


Grecki MORTIFY pojawił się na scenie undergroundowej w 1989 roku. Pamiętam, że zaraz obok VARATHRON był to drugi poznany przeze mnie zespól z tamtej sceny. Dopiero później udało mi się zdobyć nagrania takich kapel jak NECROMANTIA czy ROTTING CHRIST. Wracając jednak do MORTIFY, horda ta miała w sobie ten element chaosu, który czasem wyrywał się jakby niekontrolowanie ponad wspaniałą atmosferę budowaną melodyjnymi gitarami czy instrumentami klawiszowymi. Jednak, co by wiele tu nie mówić, zespół charakteryzował się i wcale mocno nie odbiegał od tego czym zdążyły nas przyzwyczaić hordy z tamtej sceny. Melodyjnie, z dużym naciskiem na linie basu, olbrzymi polot kompozycji plus mroczne i opętane wokalizy. Zresztą, na tym demosie za wokale odpowiadał sam Morbid, który równocześnie przecież działał z NECROMANTIĄ (późniejsza pseudonim Magnus Wampyr Daoloth). A na dwóch następnych i kończących dyskografię MORTIFY, za wokale odpowiadał Gothmog z późniejszego THOU ART LORD. Poniżej link do tego jakże wyśmienitego demo.


MYTHIC Rehearsal tape '91' (demo tape '91)


Wszyscy ci, którzy uwielbiają potężny Death Metal połączony z elementami jeszcze cięższego Doom Metalu, zapewne znają MYTHIC. Amerykańska formacja powstała w 1991 roku i rok później zeszła do grobu. Przez ten okres czasu dziewczyny zdążyły nagrać 3 materiały, z czego ostatnia Ep'ka zatytułowana 'Mourning in the Winter Solstice' została wydana pośmiertnie w 1993 roku. Demo, które znajdziecie do odsłuchu poniżej jest pierwszym jakie zespół wydał, a zostało zarejestrowane w sali prób. I już wtedy jaką burzę spowodowało. Pamiętam wtedy jako dzieciak / nastolatek zdobyłem tą taśmę (jak i większość prezentowanych) i przegrałem sobie na swoją kasetę (miałem to szczęście, że kolega mieszkający obok zdobywał co rusz od starszych kumpli lub bezpośrednio od zespołów same perełki). Materiał mną wstrząsnął niemiłosiernie! Na dodatek to były dziewczyny, więc że kurwa co?! To był ewenement! Ciężar kompozycji, smolistość, jątrzące się istne piekło z głośników... Arrrghhh! Wokale Dany Duffey, znanej do dziś z Demonic Christ, zostały wręcz wyryczane z taką potęgą, że niejeden wokalista mógł jej pozazdrościć. Bezmiar potęgi, autentyczność, niesamowite demo!


8 maj 2017

NOSFERATU 'Decadence Remains' (demo '90)


Ponownie Szwecja, tym razem Death Metalowa ekipa o nazwie NOSFERATU. Zespół został założony w 1989 roku w mieście Strömstad. Zakończenie żywota datuje się na 1991 rok i przez ten czas powstały 2 dema. 'Decadence Remains' to właśnie drugie demo, które można opisać jako prawdziwie upiorny materiał. Charakterystyczne dla Szwedzkiego Death Metalu brzmienie gitar i głębokie growle wysunięte na przody. Ma się wrażenie jakby wokalista pozostawał w swego rodzaju czeluści, wokale dobiegają z dala a jednak ich potęga przyprawia o podziw. Riffy gitarowe fantastycznie budowały tutaj klimat, początkowo wolno sącząc się, wysuwając macki horroru w stronę słuchacza, by w finalnym momencie uderzyć bez zastanowienia. Brud, obskurność i jad, których dzisiaj w takiej postaci, zdecydowanie próżny trud szukać. Demo do odsłuchu poniżej.


DEHUMANIZED 'Meta Mors Mallorum' (demo '93)


Tym razem Polska i zapomniany już pewnie przez wielu DEHUMANIZED. Zespół powstał w Grudziądzu i w okresie 1992 - 1993 nagrane zostało tylko to jedno demo z sali prób. Seba, który w późniejszym czasie maczał paluchy w takich hordach jak MY INFINITE KINGDOM, NORTH (odszedł z szeregów zespołu w tym roku), obecnie od dwóch lat zasila Death Metalowe komando z Płocka, KINGDOM. DEHUMANIZED poruszał się w rejonach hybrydy Death Doom Metalowej i wychodziło to chłopakom bardzo dobrze. Zresztą, posłuchacie / odświeżycie sobie demosa to przyznacie mi rację. Ciekawe pomysły zamknięte w ciężkich motywach. Nie brakowało szybkości ale i również dusznego klimatu, który wgniatał zwolnieniami. Gdyby materiał ten został nagrany w jakimkolwiek studio, wiele by zyskał. Cóż, szkoda że tak jak i wiele innych zespołów, również DEHUMANIZED zniknął w czeluściach podziemia będąc zapomnianym pierwiastkiem naszej rodzimej sceny. Poniżej demo do odsłuchu.


7 maj 2017

EMBRIONIC DEATH 'Regurgitate the Dead' (demo '92)


'Regurgitate the Dead' było trzecią taśmą demo amerykańskiej ekipy specjalizującej się w klimatach gore. Czwórka kolesi skomponowała naprawdę miażdżący materiał o jeszcze bardziej niesamowicie wręcz skomasowanym brzmieniu. Scena Amerykańska już od wczesnych lat odbiegała stylistycznie od tego, co prezentowała i co rusz wypluwała ze swoich trzewi scena Europejska. W momencie wydania tego dema, czyli roku 1992, te style już były bardzo wyraźne, ukierunkowane ale wciąż ewoluowały. Potężne i ciężkie riffy z zaawansowaną techniką gry, blastujące partie perkusji, ultra niskie wokale od growli po gutturale -> tak w dużym skrócie można by opisać tą taśmę. Brutal Death Metal wysokich lotów, który ocierał się stylistycznie o Grind i który był bardziej ohydny niż tak kultowa dzisiaj 'jedynka' Suffocation. Poniżej demo do odsłuchu.



MORBID FEAR 'Darkest Age' (demo tape '90)


Szwedzki MORBID FEAR istniał raptem dwa lata i efektem tejże egzystencji jest jedna taśma demo. 'Darkest Age' składała się z pięciu utworów, utrzymanych w dość klasycznym jak na tamte czasy połączeniu Death i Thrash Metalu. Utwory charakteryzowały się bardzo konkretną kąśliwością, potrafiły wciągnąć słuchacza ale przede wszystkim głowa sama zaczyna napieprzać w rytm tak dynamicznego materiału. Po wydaniu tego materiału zespół przyjmuje nazwę AUTHORIZE, którego debiutancki i jedyny album 'The Source of Dominion' zapewne znacie. Poniżej link do odsłuchu całej taśmy.


6 maj 2017

DEMIGOD 'Rehearsal Demo 1' (demo tape '90)

Fiński DEMIGOD nie wymaga absolutnie żadnej introdukcji wśród maniaków starego Death Metalu. Album 'Slumber of Sullen Eyes' ugruntował ich pozycję i do dziś ta płyta to pieprzona encyklopedia Death Metalu rodem z Finlandii. Trudno tutaj mówić o brzmieniu tej demówki, chociaż jak na reha to brzmi to wyśmienicie. Wystarczy sobie przypomnieć hałaśliwe, czasem wręcz anty-słuchalne nagrania niektórych Black Metalowych hord i tym bardziej tą taśmę się doceni. Potężne kompozycje, chore i ciężkie riffy pełne już wtedy wyczuwalnej smolistości były podwalinami pod ową potęgę. Poniżej pierwsze demo z sali prób, które już wtedy zarysowało stylistykę którą Finowie rozwinęli na dalszych demach i ukoronowali na debiutanckim albumie.


1. Frozen Flesh Funeral
2. Reincarnation
3. Internal Infestation
4. Asphyxiated in Despair

SALEM'S LOT 'Borders of Horror' (demo tape'93)

Pochodzący z Holandii, Salem's Lot wydał tylko jedną taśmę demo i słuch po nich zaginął. Jednak cztery utwory składające się całość 'Borders of Horror' to ciekawe podejście do Death Metalowej muzyki. Z jednej strony słychać nawet swego rodzaju przebojowość, a z drugiej chłopaki potrafili porządnie przypierdolić jak choćby w ostatnim utworze ' Encounters of Death'. I pomimo swojej dużej dawki melodyjności, można śmiało powiedzieć, że materiał ten całkiem dobrze wchodził. Dodatkowo, uzyskane ciężkie studyjne brzmienie, które jak na tamte czasy na etapie demówkowym nie było za często spotykane, stanowiło niemały cios. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj wyważenie ilości melodyjności i połączenie jej z konkretnymi i bijącymi po pysku riffami. Kompozycje, poza ową dozą melodyjności, korzystały w dużej mierze ze wzorców Thrash Metalowych. Poniżej demos oraz lista utworów:


Utwory:
1. Betrayal
2. Borders of Horror
3. Empowered by the Gods
4. Encounters of Death

5 maj 2017

AGROTH 'Vaginal Travel' (demo '93)

Druga demówka Szwedów z AGROTH. Materiał został wydany również w 1993 roku, ale słychać tutaj wyraźniejsze wpływy technicznego grania. Brzmienie również uległo poprawie, słychać i czuć w tej muzyce bardziej dojrzałe podejście do tematu. Niestety zespół ten po tej demówce nie dał już kolejnego znaku życia i rozpadł się. Poniżej pełne demo i spis utworów.


Lista utworów:
1. Birds 
2. The Vaginal Travel 
3. Slaughter the Lambs
4. Knowing Corpse Wondering

AGROTH 'Travel' (demo'93)

Pierwszy demos Szwedzkiego zespołu AGROTH, zatytułowany 'Travel' został wydany w 1993 roku. Na całość dema składały się cztery utwory, utrzymane w stylistyce Szwedzkiego Death Metalu. Jednak już na pierwszym demie dały się słyszeć naleciałości technicznego grania, które to zostało rozwinięte na drugim wydawnictwie zespołu. Poniżej link do dema i lista utworów.



1. Confusion 
2. Subconsious Invocation 
3. Time to Die
4. Kasmaak

29 kwi 2017

Abigor 'Leytmotif Luzifer (The 7 Temptations of Man)'

CD'14
Album
Avantgarde Music

Lista utworów:
1. Temptation I : Ego
2. Temptation II: Stasis
3. Temptation III: Akrasia
4. Temptation IV: Indulgence
5. Temptation V: Neglect
6. Temptation VI: Compos Mentis
7. Temptation VII: Excessus

Trochę już minęło czasu kiedy to Abigor wrócił po trzy letnim niebycie i w 2006 roku oficjalnie ogłoszono ich powrót. Pewnie wielu z nas, którzy pamiętają tak wspaniałe albumy jak chociażby 'Nachthymnen' czy 'Opus IV', zacierali łapska w uciesze na kontynuację. Przyznaję, samego mnie bardzo rozczarował kierunek w jakim Austriacy poszli. 'Fractal Possession' i jego następca 'Time is the Sulphur...' charakteryzowała jakaś mi bliżej nieokreślona kliniczna awangarda, która to wymieszana z Black Metalem o równie mocno niecodziennym obliczu, po prostu nie weszła. W 2014 roku ukazał się ten oto album, który już wtedy cholernie mi namieszał. Dziewiąty pełen album Abigor to jakby wypadkowa owej awangardy wymieszana z ich korzeniami. Czas zwolnić, poniżej znajdziecie to co udało mi się wychwycić z 'Leytmotif Luzifer (The 7 Temptations of Man)'. 
Otóż, dziewiąty album Abigor to istne zderzenie. Kolizja, która powoduje miraż Satanizmu i potęgi Kosmosu wdziera się w umysł wszelakimi sposobami. Ogrom dźwięków i przebrnięcia ze zrozumieniem tej muzyki jest nie lada wyczynem. Zacznijmy od wokali, które są nieprzewidywalne, urozmaicone na całej linii trwania albumu. Przede wszystkim robiące cholerne wrażenie na słuchaczu, ogarniające swym majestatem ale wprowadzające szaleńczą aurę tajemniczości. Za wokale na albumie jest odpowiedzialny Silenius i wspomaga go Protector, obaj dobrze znani ze swojego głównego projektu jakim jest Summoning. Nie potrafię nawet podejść odpowiednie tego tematu, tyle się tu w sferze wokalnej dzieje. Po prostu trzeba tego samemu doświadczyć, przesłuchać. Idąc dalej, jest jeszcze ciekawiej. Ostatnio utarł się stereotyp, że jeśli dany album czy choćby demówka wkracza na pole czegoś niezbadanego, nowego to po prostu jest niewarta uwagi. Bez zbędnego pieprzenia powiem wam, że Abigor zatka takim malkontentom pyski bardzo szybko. Owszem, zapewne tamci nie dadzą łatwo za wygraną ale co innego nie lubić a co innego nie doceniać / nie słyszeć ogromu potencjału tej muzyki. Muzyki, którą można śmiało nazwać Black Metalem pomimo odważnego podejścia do tematu. Jedno jest pewne, album ten nie powstał w momentach auto-zachwytu i wygórowanych 'ambicji' trafienia do jak najszerszej rzeszy odbiorców. Manifest jakim obdarzył słuchaczy ten Austriacki twór sięga po wiele inspiracji, których nie sposób nawet wymienić. Rozbudowane partie klawiszy, które kreują ową chorą wręcz kosmiczną atmosferę są momentami wręcz zgładzone przez obsesyjne partie gitar. Riffy, o ile można tak mówić o partiach gitar w przypadku dziewiątego albumu Abigor, to momentami wręcz progresywna podróż. Jakże trafnym obrazem jest użycie w tytule tego dzieła słowa 'kuszenie'. Każdy utwór jakże inny od poprzedniego, tonie w swym obłędzie niczym najbardziej skryte, pokręcone myśli których nie dopuszczamy do siebie. Potęga, potęga i raz jeszcze potęga! Innych słów nie znajduję na geniusz muzyczny P.K. i T.T., który już dawał o sobie znać od wczesnych nagrań tej hordy. Jedyne do czego nie mogę przywyknąć, to brzmienie perkusji która została skutecznie podrasowana w studio. Triggery, czysty i z nałożonym basem werbel, tomy które brzmią czasem jak z automatu... Wydaje mi się, że można to było zrobić inaczej i postawić na bardziej naturalne brzmienie i dać rejestry sekcji rytmicznej głośniej. Całokształt jednakże zabija, zabiera duszę na kosmiczne misterium przedstawiając nam największe ludzkie pokusy.
'Leytmotif Luzifer (The 7 Temptations of Man)' to album pełen rzekomych sprzeczności, które mimo wszystko tworzą fenomenalną całość. Rozbrajająca wyborność albumu tkwi dosłownie na każdym kroku. Ponownie, po czasie gdy powróciłem do tego materiału, jestem nim oszołomiony. I na koniec, parafrazując pierwszy człon tytułu albumu, niech Lucyfer prowadzi.

9,5/10

https://www.facebook.com/abigorblackmetal
http://www.avantgardemusic.com/


28 kwi 2017

Rapture 'Infernal Manifest'

CD'10
Album
American Line Productions

Lista utworów:
1. Demential Malignant World
2. Massive State of Agony
3. Endless War for the Throne
4. Sadistic Blood Ceremony
5. Kingdom of Wrath
6. Eternal Arrival of Evil
7. Criminal Seeds of Terror
8. Death's Razors, Speed Killers
9. Hell's Bells (AC/DC cover)

Trzeci album ekipy z Meksyku ukazał się już jakiś czas temu, ale nie tylko nowościami człowiek żyje. Tak jak w przypadku poprzednich wydawnictw oraz albumu który trzy lata później ukazał się nakładem Helvete Records, mamy do czynienia z ciężkim i bezkompromisowym Death Metalem. Czy łatka Brutal tutaj pasuje? Nie jestem tego tak do końca pewien. Za to jestem w 100% przekonany, że każdy szanujący siebie maniak undergroundu i stylistyki Death Metalowej, powinien dorwać ten czy inne wydawnictwa zespołu. Jednak nie ma co zapeszać, zapraszam poniżej do lektury.
'Infernal Manifest' rozpoczyna się bez zbędnych pierdół, krótkie intro z egzorcyzmów i od razu dostajemy cios w pysk! Pierwsze co zwraca uwagę to bardzo skomasowane brzmienie. Pomimo ściany dźwięku czuć tu cholerną przestrzeń, słychać że facet w studio nie bawił się w zbyteczną polerkę brzmienia i wyszło to chłopakom na dobre. Oczywiście, albumowi daleko do brudu ale zabiegi jakim poddano brzmienie albumu są tymi które w zupełności wystarczą. Wyciągnięto maksimum potężnego dźwięku młócących gitar, puls basu i opętaną perkusję, która na równi z resztą instrumentów czyni spustoszenie równe śmiertelnemu wirusowi wpuszczonemu do żywego organizmu. Kolejny plus tego wydawnictwa to po prostu serwowana przez Rapture muzyka. Death Metal w ich wykonaniu to niszczycielska machina, która w wyniku swej konfliktotwórczej natury, jakże śmiało i bez powściągliwości, bezlitośnie i nieludzko rozpierdala każdym utworem! 'Infernal Manifest' to album gdzie słowo wytchnienie zostało wymazane ze słownika, gdzie nie istnieje nawet w najmniejszym stopniu jakikolwiek przejaw litości dla słuchacza. Kurwa, słuchając tego piekielnego wymiotu zostałem totalnie wgnieciony w ziemię! Sadystycznie, w zezwierzęcony sposób, okrutnie utwór za utworem trwa owa tyrania od której nie mogę się oderwać! Bardzo duży wpływ na owy stan mają wokale, które od głębokich growli i im pochodnych, niejednokrotnie przechodzą w krzyki. Co więcej, infernalna atmosfera i dosłownie bijąca od tej muzyki wspomniana potęga, dopełnia czary pieprzonego demonicznego majestatu! Album zamyka cover AC/DC. Takiego wykonania 'Hell's Bells' chyba nikt się nie spodziewał, mistrzostwo!
Na zakończenie powiem tak -> jeśli jesteście maniakami Death Metalu oraz wielbicie obłąkane tempa połączone ze zwolnieniami, aurę totalnego szaleństwa skąpanego w siarce piekielnej, to ten album jest dla was obowiązkową pozycją! Ujmując sprawę potocznie, jeśli nie znacie twórczości Rapture, to szykujcie się na konkretny wpierdol!

8,5/10



27 kwi 2017

Festering 'From the Grave'

CD'15
Album
War Productions

Lista utworów:
1. Festering (Intro)
2. Exhumed
3. Infected
4. The Myth of Creation
5. Consuming From Within
6. Submerged to Emptiness
7. Bloodline
8. Proliferation of Infected Leucocytes
9. Ascent of the Blessed
10. Psychic Convulsions of Neurasthenia

Portugalski Festering powstał w 1992 roku i długo nie zabawił w podziemiu, bo raptem trzy lata. Po długim czasie niebytu, Koja Mutilator, jedyny z oryginalnego składu, powołuje ponownie do życia ociekający lepkimi fluidami rozkładu twór śmierci jakim jest Festering. Reszta składu to również doświadczeni ludzie z takich zespołów jak Tod Huetet Uebel, Extreme Unction, Filii Nigrantium Infernalium, Analepsy czy Trepid Elucidation. Tak więc w skład obecnego Jątrzącego Się wchodzą ludzi zamieszani zarówno w hordy Black Metalowe, ale jest i człowiek odpowiedzialny za napierdalania technicznego i brutalnego Deathu. Poniżej, słów kilka na temat tego albumu.
Zacznijmy od tego, że album ten to nic innego jak wznowienie dema o tym samym tytule z 2012 roku. Wydawnictwo to zostało jednak poszerzone o trzy pełne utwory plus intro i oczywiście w całości zarejestrowane na nowej sesji nagraniowej. Jak sama nazwa wskazuje mamy tutaj do czynienia z Death Metalem. Materiał jest bardzo mocno inspirowany starą szkołą i tak też został skomponowany. Brzmienie i aranżacje bez jakichkolwiek wątpliwości nawiązują do Szwedzkich rejonów tego gatunku, kiedy to debiuty rejestrowały choćby Dismember czy Unleashed. Bezpośrednich nawiązań jednak do tych nazw nie znajdziemy w muzyce Festering. Bardziej pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest to taki konglomerat czy też wypadkowa tego co powstało w Szwecji powiedzmy gdzieś do '95 roku. Oczywiście, obecnie masa nowo powstających zespołów również czerpie wzorce z tamtych czasów i stylistyki. Według mnie to bardzo dobrze, bo kultywowanie korzeni tej muzyki to coś wspaniałego a zarazem prawdziwa alternatywa do wszelakich maści odmian Death Metalu które wypływają na powierzchnię (z których notabene część powinna zostać zaorana!). 'From the Grave' to materiał bardzo dynamiczny, okraszony typowym 'brzęczącym', chropowatym brzmieniem jakim charakteryzowały się Szwedzkie ekipy. Riffy w dużej mierze opierają się na kąśliwej melodyce, nie brakuje jednak tu jednak sporej ilości prącej naprzód siły sprawczej która napędza materiał. Muzyka nie jest jednostajna, co rusz zmienia się tempo a dodatkowe gitary solowe nadają chorego smaczku. Bardzo dobre wokale, które wpasowują się w owe old schoolowe granie niczym gwoździe w Jezusa. Jedyna rzecz jakiej się można przyczepić, poza oczywiście tylko trzema nowymi utworami, to niestety zbyt klarowne brzmienie. Przynajmniej jak dla mnie brakuje tu większej ilości stęchlizny, odoru rozkładających się trupów i strumienia ropy płynącego szerokim korytem jak Wisła przez Warszawę. Dla jednych może to i drobiazg, ale mnie takie jakby spłycenie brzmienia wkurwiło mocno.
Festering powróciło z grobu po wielu latach. Poprzednie ich wcielenie nie zaowocowało w żadne oficjalne wydawnictwa czy choćby demówkę o której by mi było wiadomo. Mało to w sumie ważne w chwili obecnej, bo ich dzisiejsza forma jest doskonała. Old chool Death Metal żyje i ma się po prostu zajebiście! Czekam na kolejny cios, tym razem w pełni z nowymi utworami. Album został wydany we współpracy z Caverna Abismal Records i Sinais Produções.

7,5/10



25 kwi 2017

White Death 'White Death'

CD'17
Album
Werewolf Records

Lista utworów:
1. Born from the Unholy Fire
2. Immortal Hunter of the Moon
3. Kaste
4. Goat Emperor
5. Warpath
6. Cunt
7. Commandant
8. White Death's Power

White Death został powołany do życia stosunkowo niedawno, bo w 2013 roku. Po materiale promo, który ukazał się rok później, horda szybko nawiązała współpracę z Niemciekim Darker Than Black Records. Owocem tej współpracy były dwa wydawnictwa, Epka i split z Forlor. Lider, Vritrahn w tym czasie zaczął swój drugi projekt w którym to brał udział Werewolf z Satanic Warmaster. Szybko powstał pierwszy demos grupy której nazwa składa się z dwóch członów pochodzących od przyjętych imion muzyków. Vritrahn-Werwolf, bo tak brzmi nazwa owego projektu, wydał do tej pory dwa demosy. Mając na uwadze te wydarzenia, nie dziwi chyba aż nadto fakt, że pełen album White Death został wydany przez label Lauriego Penttilä, inaczej Werewolfa. No ale starczy tych anegdot o undergroundowych komitywach. Poniżej, kilka słów o jakże interesującym materiale Finów.
A więc co my tu mamy? Otóż, White Death to jest głęboko zakorzeniony w starych nagraniach takich hord jak wczesny Gorgoroth czy Darkthrone. Jednak Finowie nie boją się tutaj pójść jeszcze dalej i czerpią garściami w swojej melodyce z folkowych tradycji. Oczywiście nie oznacza to, że usłyszymy tutaj radosne przyśpiewki o puszczaniu wianków na wodzie przy akopaniamencie tradycyjnych instrumentów sprzed choćby 700 lat. Nie, Vritrahn i spółka nagrali kawał świetnego Black Metalu który rozrywa na strzępy słuchacza na dwojaki sposób. Mówię tutaj zarówno o wspaniałej atmosferze albumu oraz o nieskrępowanej energii jaką White Death tworzy z każdym dźwiękiem. Pamiętacie zapewne takie nagrania Gorgoroth jak chociażby 'Promo 1994' czy 'Pentagram'. I można by się tu czepiać, że w sumie muzyka na tym materiale była ot po prostu Black Metalem. Ale jaką ten album miał podniosłą atmosferę! Jak potrafił przejść z patosu w kompletne sponiewieranie słuchacza! Przecież taki 'Huldrelokk' był istnym hymnem do nocnych przechadzek po lesie zimą. I tu właśnie wrócimy do White Death. To co mogliście przeczytać powyżej, można spokojnie dopasować w ich twórczość. Słowo w słowo. Drapieżne, cholernie mocno tnące gitary na tle nie znającej litości perkusji. Praca tego instrumentu jest tutaj szczególna, bo nawet w najbardziej spokojnych partiach albumu wprowadza niesamowitą dynamikę. Niczym dodatkowy agregat do wytwarzania energii, hehe. Riffy gitar czerpią też z tzw. motoryki znanej w Thrash'u, ale całość kompozycji jest tak zaaranżowana, że owe wpływy nie są aż tak oczywiste. Świetnym rozwiązaniem są tu również partie klawiszy, które wprowadzają niemałą patetyczność. A co według mnie najważniejsze, wyszły owe partie naturalnie. Szukać tutaj jakiejś znaczącej bufonady wymieszanej z miernotą - życzę powodzenia. Trochę jednak dziwi fakt, że owa dostojność pojawia się w utworze 'Cunt', gdzie choćby ze względu na tytuł dystynkcje i ceremonialność winny pójść na drugi plan. Jednakże, utwór ten jest na tyle poważnie urokliwy w przypominaniu starej szkoły drugiej fali Black Metalu, że niech nawet i owa tytułowa pizda obrasta w majestat. Wokalnie mamy tutaj wysokie skrzeki, które no cholera też przywodzą mi na myśl wokalizy z jedyni Gorgoroth oraz to co można przekrojowo usłyszeć na wydawnictwach Satanic Warmaster. Zamykający utwór trochę odbiega od reszty. Pojawiają się zbliżone czystym wokale a i sam w sobie 'White Death's Power' jest najbardziej melodyjnym (opartym praktycznie na jednym patencie gitarowym) utworem na tym materiale.
'White Death' mimo, że jest dopiero pełnym debiutem może sporo namieszać. Cóż, mam taką nadzieję że jeszcze niejeden raz będzie mi dane usłyszeć o tej hordzie. Istny hołd dla wczesnych lat '90-tcyh czyli czasów gdy odkrywałem Black Metal i jego potęgę. Gdy na podłych demówkach zdobywało się kompletnie nieznane zespoły i słuchało się ich z namaszczeniem i uwagą godną niejednego uczonego. Poza kunsztem muzycznym i wykonaniem Black Metalu jak to właśnie uczynił White Death, to o tym mi również przypomnieli - o magicznych wręcz czasach poznawania muzyki, o tym czego nie dałem zabić w sobie do dziś.

9,5/10



23 kwi 2017

Sacramental Blood 'Ternion Demonarchy'

CD'16
Album
Ghastly Music

Lista utworów:
1. Demonized
2. Buildings of Burning Flesh
3. Nearest to the God
4. Destroyer of Thought and Form
5. Aeons
6. Sanctimonious
7. The Relic
8. Livid Deaths Descend!
9. Imposed Resurrection
10. De Praestigiis Daemonum

Pochodzący z Serbii Sacrmanetal Blood swoje losy datuje na początek 2002 roku. Po dwóch demosach i dwóch splitach, wreszcie po 14-stu latach nagrali swój debiutancki krążek. Brawa za wytrwałość, chociaż jak wiadomo niektóre zespoły czekają dłużej na swoje pierwsze pełne wydawnictwo. Japońska Ghastly Music (siostrzeczka bliźniaczka Amputated Vein Records), znana z wyłapywania śmiertelnych kąsków Death Metalu, wyciągnęła swoje łapska i po Serbów, ale to bardzo dobrze. Ich muzyka zdecydowanie wymaga większego zainteresowania, tym bardziej że Brutal Death Metal jaki wykonują nie jest żadnym nowomodnym graniem. Pomimo, że muza wręcz bajecznie zapieprza do przodu ze swoją motoryką, to jest osadzona i to głęboko w fundamentach starego Death Metalu. Ale o tym i innych wynaturzeniach z mojej strony, poniżej.
'Ternion Demonarchy' już samym tytułem wprowadza nas w nieświętą ale i zarazem atmosferę horroru. Tytuł, składający się z dwóch słów z których 'demonarchy' można łatwo sobie przetłumaczyć jako zaprzeczenie monarchii, tak pierwszy człon 'ternion' może nastręczać pewne trudności, bo nie jest to słowo powszechnie używane. Znaczenie jego, to po prostu grupa trzech, odpowiednik w tym przypadku świętej trójcy (tfu!). A więc, skoro ktoś mnie zaprasza na obchody zakończenia rządów monarchii owej trójeczki, to ja chętnie wbijam na taki fest. Pomijając już jednak śmieszkowe kpiny pod kątem owej religii, trzeba przyznać że kolesie mają warsztat muzyczny opanowany bardzo dobrze. Tak jak wspomniałem już we wstępie, muzyka jest w dużej mierze oparta na riffach silnie budowanych wokół prącej naprzód motoryce. Połączenie brutalności ogółu muzyki wraz z pracą gitar których riffy wiodące są niczym cylindry w silniku zwanym perkusją na 'Ternion Demonarchy'. Właśnie ta symbioza wszystkich instrumentów jest tutaj zachwycająca. Nie można tutaj powiedzieć lub wyróżnić, że coś tutaj dominuje, że np materiał jest stricte gitarowym albumem. Jest to niemożliwe. Oczywiście, fragmenty utworów gdy pojawiają się gitary solowe, wychodzą wtedy na przód kompozycji, ale to nic nowego i nie definiuje tutaj czegokolwiek. Na albumie znajdują się dwa przerywniki - utwory instrumentalne dające możliwość nabrania oddechu przed kolejną rzezią dźwiękową jaka nas czeka. Zresztą, nie od dziś wiadomo, że wplecione fragmenty gitar akustycznych czy to w formie fragmentu utworu czy właśnie krótkie instrumentalne utwory są czymś fantastycznym na intensywnych albumach. Sacramental Blood, poza tymi wyjątkami, rozpętuje niemałe piekło dźwiękowe. Intensywna i nie do zatrzymania nawałnica Death Metalu przetacza się przez większość czasu trwania debiutanckiego albumu. Kompozycje krążą wokół bardzo szybkich oraz średnich temp, chociaż są też zwolnienia. Jednak to sporadyczne wyjątki. Zajebiście dobrze wypadł wokal, bo poza growlami trąci jeszcze świetnym old schoolem i kojarzy mi się z tym co Martin van Drunen wyczyniał na 'Consuming Impulse'. Wybuchowość tej lawiny dzikości jest potęgowana naturalną jakby koncentracją agresji. Ten album aż wrzeszczy swą eskalacją wściekłości i wstrętu. Dobra, starczy tego grafomaństwa - czas na krótkie podsumowanie.
Debiut Sacramental Blood wypadł bardzo dobrze. Album trwa 36 minut i w tym czasie jest naprawdę czego posłuchać. Masa świetnych, nieprzekombinowanych riffów podszytych old schoolem sprawdza się po prostu wybornie. Ciężar oraz brak plastiku w brzmieniu także robią swoje. Według mnie jeśli ktoś lubi faktyczny Death Metal w stylu europejskim, w którym trochę jest i klasyki a trochę i brutalnego napierdalania, może spokojnie sięgać po ten album. Wg mnie materiał rewelacyjny!

9/10



21 kwi 2017

Vardan 'The Woods Is My Coffin'

CD'14
Album
Moribund Records

Lista utworów:
1. Night of the Horned Rebirth
2. Luciferian Assault
3. Goatcraft
4. Dawn of the Followers - Part 1
5. Dawn of the Followers - Part 2

I znowu Moribund Records. Zresztą, nad tym labelem rozwodziłem się przy okazji opisywania Luciferian Rites, więc nie ma co się w tym temacie powtarzać. Jakiś czas temu przemknęło mi info o tym projekcie i zdziwiło mnie, że Amerykanie od razu wydali 10 (!!!) albumów Włocha. A Vardan, jak przystało na nurt Depressive Black Metalu, wypluwa z siebie po kilka albumów rocznie. Dla przykładu, w 2015 roku ukazało się 9 albumów i split z Finami z Kalmankantaja. Bardzo łatwo tutaj o tezę, że muzyka ta jakości nie zaznała. Jednak gdy zacząłem słuchać tego materiału, momentalnie mnie zatkało. Czemu? Poniżej (jak zawsze) słów kilka o 'The Woods Is My Coffin'.
Otóż, zdziwiły mnie dwie rzeczy. Pierwsza wręcz banalna, że tego po prostu da się słuchać i muzyka zawarta na tym albumie nie jest jakimś odrzutem. Powiem więcej, muzyka jest skrzętnie przemyślana, ma totalnie zajebistą płynność kompozycyjną. Nie jest to w żadnym wypadku łatwy w odbiorze materiał. Nawet biorąc pod uwagę ilość powtarzanych riffów lub ich samą konstrukcję, to tak naprawdę dzieje się tu niewiele. Riffy są bardzo proste, prymitywne. Jedynym urozmaiceniem są pojawiające się partie akustyczne, które wyrywają słuchacza ze śmiertelnego transu. Black Metal jaki prezentuje Vardan jest mocno osadzony w czasach nawet demówkowych Skandynawii. Brzmienie cholernie surowe, momentami linie melodyjne tremolo wręcz brzęczą. Nie jest to absolutnie tak, że przez te niecałe 40 minut słyszymy tylko powolne granie i zawodzenia wokalne. Vardan bardzo umiejętnie sięga też i po szybsze partie. Ostatni utwór 'Dawn of the Followers - Part 2' to prawie cały czas szybkie tempo i nienawistne, chore skrzeczenia wokalne. Większość jednak materiału to partie średniego tempa skłaniające się ku wolniejszym. Jednakże, muzyka zawarta na tym albumie jest wypchana po brzegi czystą niechęcią, jakimś nieopisanym wstrętem. Jest bezpardonowo zwyrodniała, zamknięta w swoim piwnicznym świecie niczym dr.Freudstein z filmu 'Dom przy Cmentarzu' Fulciego. 
Black Metal który usłyszałem na 'The Woods Is My Coffin' jest nieprzychylnie mroźny. Jest w nim masa gniewu, ale największym potępieniem dla słuchacza jest zdecydowanie owe dotkliwe zimno. I powiem szczerze, zamierzam nadrobić chociaż część z bogatej dyskografii Vardan. Wwierciło się psychę i wyjścia nie widzi.

8/10



20 kwi 2017

Hellcraft 'Apotheosis Of War'

CD'17
Album
Symbol of Domination Prod.

Lista utworów:
1. Покаяние сквозь боль (The Repentance Through the Pain)
2. Апофеоз войны (Apotheosis of War)
3. Массовое захоронение (Mass Burial Place)
4. Вечная вражда (Eternal Enmity)
5. Под благословением смерти (Under Death Blessing)
6. Изоляция (Isolation)
7. Процесс вырождения (Degeneration Process)
8. Когда погаснет солнце (When the Sun Goes Out)

Pewnie nie za wielu z was słyszało o takim tworze jak Hellcraft. Pochodzą z Ukrainy i mają na swoim koncie już trzy albumy i jedną epkę. Trochę przyprawiający o uśmiech image, gdzie każdy z kolesi prezentuje się jak z innej bajki, nie wpłynął znacząco na odbiór muzyki Hellcraft i ich 'Apotheosis of War'. Nie ma co dalej przedłużać wstępu, poniżej słów kilka o tym albumie.
Przyznaję się, że gdyby album nie został mi przysłany przez wytwórnię, pewnie nigdy bym się o tym zespole nie dowiedział. Po pierwsze nie nadążam już z ogarnianiem nowości jakie dosłownie wypluwają tysiące labeli na całym świecie. Wiadomo, to nie jest wyścig kto więcej czego zna. Jednak w dzisiejszych czasach niemożliwym jest odsłuch każdej jednej epki, dema czy albumu minimum kilkukrotnie by coś z danego wydawnictwa wynieść dla siebie. Innymi słowy, ilość jaką oferuje underground przerasta możliwości słuchania ze zrozumieniem wszystkiego co się ukazuje. A po drugie, oceniając produkt po opakowaniu - niestety nie ma tu nic na pierwszy rzut oka co by przyciągnęło moją uwagę. Przeciętne logo oraz nazwa sama w sobie, okładka podobna do tysięcy innych. Jednak traf chciał, że płyta trafiła w moje ręce. Cóż, przyznaję że Death Metal grany przez Hellcraft nie należy do czegoś wybitnego. Momentami się dłuży, momentami bardzo przyciąga uwagę. Takie to wszystko mało porywające. Ale kolejno. Brzmienie bardzo dobre, mocne i pozbawione plastikowego dźwięku perkusji. Ciekawie zrobione wokale, niby nic nowego ale growle sa na dobrym poziomie i przykuwają uwagę. Jest fragment na płycie gdzie pokuszono się o jakby deklamację / monolog - i tu trochę słabiej to wygląda. Ot, nie za bardzo pasuje mi klimatem. Riffy gitar oparte na wypróbowanych patentach, sporo tu rytmicznego podejścia do tematu ale i zarazem melodyjności. Całość, w sumie brzmi ok ale brakuje tu jakiegoś bardziej zdecydowanego pierdolnięcia, ciosu by powalić słuchacza. Death Metal oferowany przez Hellcraft jest dość grzeczny, ułożony. Ma w sobie ten pierwiastek zaciekawienia dzięki któremu nawet w tych mniej udanych fragmentach albumu słucha się go dalej. Jednak to trochę mało, bo uczucie odklepania bezbarwnego materiału po odsłuchu zostaje. Wydaje mi się też, że owym image oraz bardziej 'nowoczesnym' podejściem do Death Metalu, zespół próbuje iść w kierunku wypłynięcia na powierzchnię i mainstreamu. Cóż, nie mnie oceniać obrane przez nich cele.
Hellcraft nagrał trochę ponad przeciętny materiał, nie zapadający długo w pamięci. Materiał jakich wiele, niestety. Chłopaki mają warsztat i potrafią grać, ale może nie ma co się aż tak pchać w ową nowomodność? Życzę jak najlepiej, a póki co ocena taka.

6/10



15 kwi 2017

Necrovorous 'Funeral For the Sane'

CD'11
Album
Pulverised Records

Lista utworów:
1. Sanity's Fall (Intro)
2. Succubus Dormitory
3. The Flesh That Smiles
4. The Vilest of All Dreams
5. Deathknells
6. Mind Lacerations
7. Malignant Entrapment
8. Spawn of Self Abhorrence
9. Funeral for the Sane
10. Dwellers of My Flesh

Od 2005 roku Necrovorous dawało co rusz w podziemiu znaki o swoim bycie różnymi mniejszymi wydawnictwami. 4 demówki, split, ep'ka i kompilacyjna taśma - tak się przedstawia dorobek Greków zanim zatlił się ognik w zatęchłej jaskini który ochrzczono tytułem 'Funeral For the Sane'. Zaduch pleśni wydobywający się absolutnie z każdego fragmentu kompozycji tych maniaków śmierci jest bezapelacyjnym hołdem dla starej szkoły Death Metalu. Zresztą, skoro na cel grania takiej stylistyki wzięły sobie takie persony jak A.Devilpig znany z Embrace Of Thorns oraz Shit Eater bębniący również w m.in. Burial Hordes tyle że pod innym pseudonimem, tutaj wtopy być nie mogło. Za bardzo doświadczone to persony, które nie od dziś żyją szeroko pojęta muzyką spod znaku Black i Death Metalu. Zapewne większość zna już ten materiał. Jednakże zapraszam na kilka słów o nim, bo jest czego słuchać.
Od pierwszych dźwięków, gdy tylko minie intro, słychać z jakim ciężarem mamy do czynienia. Absolutnie nie może tu być mowy o nowomodnym pitoleniu, zapieprzaniu na wyścigi po gryfie. Co za tym idzie, często przy akompaniamencie plastikowej perkusji brzmią jak detonacja sraczki. Panowie wzięli sobie na cel tym razem w lirykach wszelakie historie gore, co w sumie w bardzo dużym stopniu odbiega od tematyki wokół jakiej się obracają w swoich pierworodnych zespołach. Skoro już wspomniałem o stylistyce Necrovorous, należy tu dodać że zespół bardzo sprawnie inkorporuje i miesza dwie szkoły. Otóż, w średnich i wolniejszych utworach / fragmentach utworów słychać wpływy ekipy John'a McEntee czyli niedoścignionych mistrzów smolistego, ociekającego siarką z piekieł Incantation. Druga, to wpływy szwedzkiej szkoły starego Death Metalu. Słychać tu początki Grave czy choćby Carnage lub jedynkę Dismember. Brzmienie albumu jest bardziej jakby dostosowane do czasów obecnych, jednak nie oznacza to przekombinowanej polerki dźwiękowej i zgubienia charakterystycznej chropowatości gitar. Nic podobnego. Gitary przepięknie mielą swoimi partiami panosząc się z postarzałymi i pierwotnymi riffami. Kwintesencją właśnie tego jest stworzona duszna atmosfera na którą wyłaniają się grobowe i momentami przechodzące w konające krzyki wokale Devilpig'a. Ciekawym zabiegiem jest również dołączenie kilku solówek na przestrzeni trwania albumu. Ciekawym, ponieważ wzbogacają kompozycje ale również o dziwo skutkuje to wzmożonym natężeniem stęchlizny wypływającej z głośników. 'Funeral For the Sane' jest jakby mostem łączącym cholerny ciężar i polot grania w średnio szybkich tempach, które ukazuje sie tutaj w postaci śmiertelnych melodii w stylu szwedzkim. Z każdym odsłuchem to coraz większy cios, coraz większe natężenie atmosfery która budzi pieprzone cmentarze do bezmyślnej pośmiertnej egzystencji. Kompletnie nic nowego, ale za to z jakim polotem!
Wszechobecny horror bijący z tej płyty pochłonie każdego kto choć trochę zgłębia podziemie Death Metalowe. Kompletna uczta dla ucha i żądnego przelewu krwi umysłu. Czekam na kolejne ciosy, bo po tym albumie ukazały się już tylko krążek kompilacyjny, demo, split z Anatomia (!!!) i tegoroczny singiel. Oby album był już w drodze równie rzetelny i silny jak 'Funeral For the Sane'.

9/10

https://www.facebook.com/necrovorous
http://www.pulverised.net/