31 sty 2017

Sulphur Aeon 'Gateway to the Antisphere'

CD'15
Imperium Productions

Lista ustworów:
1. ...to Drown This World
2. Devotion to the Cosmic Chaos
3. Titans
4. Calls from Below
5. Abysshex
6. Diluvial Ascension - Gateway to the Antisphere
7. He Is the Gate
8. Seventy Steps
9. Onwards... Towards Kadath!
10. Into the Courts of Azathoth
11. Conclusion...

W 2015 roku ukazał się drugi album Niemców z Sulphur Aeon. Jedynka, która konkretnie namieszała w podziemiu i była konkretnym kąskiem dla maniaków Diabelskiego Death Metalu, doczekała się swej następczyni. Nie będę ukrywał, ani też pewnie nic nowego w tej materii nie wymyślę jako że płytę opisano w wielu zinach, ale album ten naprawdę godnym sukcesorem 'Swallowed by th Ocaen's Tide'. Owszem, są pewne elementy, drobnostki które niekoniecznie przysłużyły się potędze tego albumu. Jednakże o tym, jak zawsze, poniżej.
Zacznijmy wpierw od owych kilku uchybień, które delikatnie rażą. Punkt pierwszy to niestety perkusja, a konkretniej jej brzmienie. Niestety, sposób zarejestrowania tego instrumentu wypadł trochę sztucznie. Słychać aż za bardzo, że brzmienie werbla, tomów i stopy są podkręcone w studio i to dość mocno. Nie ma najmniejszych szans by przy jakimkolwiek zestawie, żywy dźwięk tego instrumentu brzmiał w ten sposób. Odrobina mniej kombinacji, postawienia na żywe i nawet spetryfikowane brzmienie wyszła by na lepsze. Tym bardziej mając na uwadze tematykę liryk zespołu kręcącą się wokół mitów Cthulhu i twórczości Lovecrafta, takie zabieg nadał by niezłego kontrastu. No ale ok, nie jest to plastikowe brzmienie, ot po prostu słychać, że realizator dźwięku dostał pole do popisu. Punkt drugi i zarazem ostatni marudzenia to sample które użyto do niektórych fragmentów, jest ich co prawda bardzo mało. Zamiast zadziałać na mnie zgodnie z przeznaczeniem, czyli podnieść aurę albumu do ceremonialności połączonej z grozą, moje odczucia stały się zupełnie odmienne. Troszkę zaśmierdziało mi nieprzemyślanym kiczem, który wdarł się tu przypadkowo. Jakby ze względu na brak innego pomysłu. Szczęście w nieszczęściu że to tylko fragmenty, a grymas skwaszonej mordy mej szybko ustąpił na powrót zadowoleniu gdy te echa zamilkły. Widzę, że się trochę rozpisałem nad tymi dwoma szczegółami. Ponownie zapewniam, że to w sumie 'drobnostki' z którymi w przypadku tej płyty Sulphur Aeon da się żyć. Przejdźmy zatem do plusów. Zacznę od brzmienia, bo te mimo swej czytelności, powala głębią i przestrzenią. Każdy, absolutnie każdy z instrumentów ma tu sporo miejsca, a zgniłe oddechy otchłani czuć doskonale w poszczególnych utworach. Kolejnym atutem sa bezsprzecznie wokale, głębokie growle przechodzące w manierę na wpół wykrzyczaną. Niewątpliwym smaczkiem są chórki czystych wokaliz, przywołujące na myśl inwokacje. I te jakże niebanalne riffy gitarowe, co wspaniałego! Praca gitar totalnie urywa głowę, przyprawia o bezdech i wspaniale koresponduje z tematyką o której już pisałem. Podwajanie, momentami nawet potrojenie ścieżek gitar w ich aranżacjach zbliża nas skutecznie do horroru, szaleństwa wykreowanego w literaturze Lovecrafta. Nawet melodyjne partie, jak choćby zakończenia riffów, brzmią tutaj złowrogo, mają w sobie ową nutkę nieziemskiej chorobliwości. Tempa zmieniają się dość często, uświadczymy tutaj całe spektrum możliwych. Nawet mając w pamięci, że materiał jest bardzo dojrzały i przemyślany, to wbrew temu momentami sprawia wrażenie chaotycznego. I jak na złość, jest to cholernie pożądany chaos. Sulphur Aeon przekonująco sprawdza się w całości rozciągłości albumu. Kompozycyjnie nie ma tu nawet mowy o słabych punktach. A to o czym wspomniałem na początku? Przyłapuję się, że po n-tym przesłuchaniu, przestaje być w jakikolwiek sposób istotne.
Album bardzo dojrzały, kreatywny oraz logicznie pozbawiony ryzyka niepowodzenia poprzez swą szeroką wizję aranżacji. Egzekucja zagrania owych pomysłów jest klarowna, dogłębna i niesamowicie wchodzi. Zresztą, co tu wiele by nie gadać. Album gościł od momentu jego wydania często w odtwarzaczu. Nie sposób było się oprzeć pokusie o próbę opisania go.

9/10

https://www.facebook.com/SulphurAeon
http://imperium-productions.com/


30 sty 2017

Nipenthis 'One with the Void'

CD'16
Razed Soul Productions

Tracklist:
1. Black Dust
2. Plague of Damnation
3. Astral Prison
4. Blacken the Heavens
5. Weaver of Chaos
6. The Cosmic Plains of Nowhere
7. Chasing Echoes
8. Tenebrae Primordiales

Jest to pierwszy długograj Greków. Nipenthis powstało w 2007 roku i w momencie gdy ukazał się debiutancki album o którym mowa, mieli na swoim koncie 3 wydawnictwa. Nie za wiele jak na ówczesne 9 lat egzystencji, tym bardziej że członkowie nie są jakoś super zaangażowani w inne projekty. Cóż, może im nigdzie spieszno i nagrywają faktycznie wtedy kiedy przychodzą chęci z natchnieniem? Trudno zweryfikować owe założenie, chociaż z drugiej strony za wiele nie tracimy. Ale o tym i paru innych sprawach poniżej.
Nipenthis, czego jeszcze nie wspomniałem gra Black Metal. Nie jestem w stanie porównać albumu do tego co ekipa nagrała w poprzednich latach, po prostu nie znam tych materiałów. Jednak z tego co mogę usłyszeć z debiutu, który jakoby jest zmuszony do bycia materiałem podsumowującym co działo się na poprzednich nagraniach, wiele nie straciłem. Oczywiście, mogę się mylić. Może zespół dopiero od tego momentu zaczął męczyć przysłowiową bułę melodyjkami, które słodzą i słodzą bez końca. Jednak po aranżacjach gitar, strukturach utworów, trudno mi sobie wyobrazić Nipenthis grających piwniczny Death Metal. Jest to jeden z tych materiałów, gdzie wyraźnie słychać że chłopaki potrafią grać, są obyci ze swoim instrumentarium. Ale co z tego, ja się pytam. No zwykła po prostu dupa i tyle. Potrafię docenić gdy dany materiał jest naszpikowany emocjami wszelakiej maści, od największych pogrzebowych smutków po nieokiełznaną nienawiść. W przypadku Greków otrzymałem niewiadomą. Raz to smęci, raz słodzi, ale co gorsza nic z tego nie wynika. Kolejnym mankamentem jest brak wyrazistości utworów, brakuje im jakiegoś zacięcia, kopa dzięki któremu dane kompozycje zapadają na długo w głowie słuchacza. Do których się wraca. Po przesłuchaniu, na dodatek kilkakrotnym 'One with the Void', pozostaję z niczym. No, może nie tak do końca, bo wiem że mogłem słuchać czegoś bardziej kompetentnego moim gustom. W zasadzie tu nawet nie o gusta chodzi, ot nie widzę sytuacji w której oddany słuchacz Black Metalu z chociażby kilkuletnim stażem i znajomością tematu mógłby się zachwycać tym jakże przeciętnym albumem. Dobra, kilka słów o produkcji. Brzmienie jest bardzo czytelne, takie wiecie, mające aspiracje do dotarcia do największego grona odbiorców za wszelaką cenę. Pomijając same aranżacje, które w 95% to melodyjki, utwory dodatkowo ucierpiały właśnie na ugłaskanym dźwięku. Wokalnie, jak najbardziej ok. Charakterystycznie dla gatunku, bez specjalnych kombinacji. Jednak te kobiece wokale mogli sobie darować. Szczerze, i naprawdę tutaj nie wyolbrzymiam, słysząc te jęki mój umysł w powitych skojarzeniach stworzył wizerunek baby w warzywniaku która właśnie wyje te linie. Tyle w nich zła, podniosłości, patetyczności. Tempa są różne, bo i Nipenthis zwalnia, potrafią też zgrabnie szybko zagrać, ale to wszystko jest dalekie od jakiegoś przysłowiowego 'pierdolnięcia'. Gwoli jasności, do duchowego katharsis czy której bądź metafizyczności jeszcze dalej.
Moim zdaniem album jest bardzo przeciętny. Z jednej strony gdyby ktoś chciał się bawić w szczegółową rozbiórkę utworów, to oczywiście, Grecy jak już wspomniałem grać potrafią. Z drugiej strony rodzi się proste ale nader ważne pytanie: po co? W Black Metalu, przynajmniej ja stary ramol z 40stką prawie na karku tak postrzegam ten gatunek, że same umiejętności muzyczne nie wystarczą. To nie jest gatunek w którym łatwo można omamić braki strony duchowej, nawet jeśli rzeczownik 'pustki' został zawarty w tytule albumu. Owa pustka (ang. void), nie do końca polega na tak grzecznym i ułożonym przekazaniu słuchaczowi  rzekomego obcowania z nią. Niestety, to nie ten rejon.

4/10

https://www.facebook.com/pages/Nipenthis/89248348119
http://razedsoul.ipower.com/


27 sty 2017

Odal 'Geistes Unruh'

CD'16
Christhunt Productions

Lista utworów:
1. Geistes Unruh
2. ...flammender Geist
3. Erblicke das Chaos
4. ...in steter Wiederkehr
5. Nie erreicht
6. Pfad der Zeit

Odal reprezentujący odmianę Pogańskiego Black Metalu i istniejący w undergroundzie od 1999 roku, wydał niedawno swój 4-ty pełen album. Pochodząca z Niemiec horda i będąca nieustannie dowodzona przez Taaken'a, systematycznie przypominała na przełomie lat o swoim istnieniu. Mając na uwadze, że dana persona udziela się również w Wolfsschrei i nowym szwedzkim projekcie Gnipahålan, a przeszłości tych projektów / zespołów było przynajmniej jeszcze z 10, nic dziwnego że to dopiero 4-ty album w dorobku Odal. Dodatkowo facet posiada swoje studio nagrań oraz Black Devastation Records. Zaangażowanie godne podziwu, wypada tylko się szczerzyć w grymasie zadowolenia, że takie osoby są i szerzą Black Metal jak zarazę w najlepsze.
Odal nie wychylił swego łba z otchłani undergroundu, a co za tym idzie nie był i zapewne nie jest znany większej liczbie słuchaczy. Szczerze powiedziawszy bardzo ucichło o nich od 2008 roku gdy pojawił się poprzedni album 'Zornes Heimat'. Do 2016 ukazało się co prawda kilka wydawnictw, ale były to 2 kompilacje, split 7'' i Ep'ka. Tym bardziej przerwa pomiędzy 2009 rokiem a 2016 gdy ukazuje się tylko box zawierający całą dyskografię Niemców, zabieg przygotowujący niczym na pożegnanie się ze sceną. Jednak ku memu zadowoleniu w zeszłym roku ukazał się 'Geistes Unruh'. Była okazja odświeżyć sobie starsze materiały zespołu na których osiadła już trochę kurz. Nie ma się co oszukiwać, pomimo tego ile ten zespół nie istnieje, czego nie nagrał, zawsze byli i będą drugą ligą w podziemiu. Nie uważam jednak takiego obrotu spraw za coś złego lub by stawiać pod mur krytyki. Nie, ponieważ Odal ma swój styl. Styl, który może w żaden sposób nie wybija go ponad poprawność wykonania gatunku, ale jednak trzyma odpowiedni poziom. Od kiedy pamiętam ich wersja Black Metalu była naszpikowana melodyjnością, ostrą i wyrazistą. Nigdy nie zdarzało się by owy element wyprowadzał ich w rejony pokrętnie mdłe, rozmazane czy wątpliwe w swej naturze. I tak jest teraz. Praca gitar często opiera się na melodiach, prowadzącej gitarze która przemyca jednocześnie melancholię i drapieżność. Gdzie mimo dużego nacisku na pewną tęsknotę pobrzmiewającą w strukturach utworów, jednak ten przysłowiowy pazur, owa zadziorność dominuje nad smutkiem i nostalgią. Nie jest to także najłatwiejszy w odbiorze album, ponieważ w utworach dzieje się wiele. Ilość pomysłów przekładająca się na bogate aranżacje pozwala na wiele odsłuchań 'Geistes Unruh' zanim ten materiał tak naprawdę poznamy. Ta wielowątkowość albumu i jego wspomniane bogactwo wynika również chociażby z prostej analizy - podano nam 7-em utworów a całość zamyka się w 45 minutach. Nie zawsze jak wiadomo w tym gatunku musi to iść w parze z ciekawymi aranżacjami, bo są i tacy co katują jeden riff ponad 5 minut i wyją jakie to złe czasy bo odpadła kora z ulubionego drzewa, a dany delikwent właśnie stracił dziewczynę. Na szczęście takiej skrajności 'aranżacyjno-emocjonalnej' nie uświadczymy na tym materiale, a przy okazji życzę sobie by uświadczyć jej jak najmniej (niektórzy potrafią, kurwa, zaskakiwać!). Tempa na materiale się różnią, ale duża część to szybkie i średnie aranżacje. Wokale pozostają wierne tradycji Black Metalu, usłyszymy krzycząco-skrzeczące linie głosu. Klawisze, które pojawiają się w utworach również dodają podniosłości, wprowadzają taki jakby lekko epicki element, ale nie zapędzał bym się w tym kierunku porównań. Partie tego instrumentu jasno i kategorycznie budują przestrzeń materiału tym samym powodując jego wyraźną czytelność. Przysłowiową wisienką na trumnie są pojawiające się bardzo sporadycznie partie gitary klasycznej. Dodają pasującego tutaj smaczku klimatowi pogaństwa, lasu czy ogólnie pojętej natury.
Odal i jego czwarte pełne wydawnictwo nie należą do tych, które będziemy słuchać na okrętkę i przy każdej okazji. Nie jest to album, który pasuje do spożycia 8-mio paka a tym bardziej by posłużył chociażby jako tło do zakrapianego sowicie posiedzenia z kumplami. Nie jest niczym nowym, nie powoduje również nieodpartej chęci by za każdym razem wciskać 'play' ponownie. Posiada jednak ten magnetyzm, to się po prostu wie co ten album sobą reprezentuje. I mimo tego, iż jest Black Metal drugiej ligi to należy się im taka a nie inna ocena.

8/10

https://www.facebook.com/OdalOffical-615696808599097/
http://www.christhuntproductions.com/


26 sty 2017

Likvann 'Furet og værbitt'

CD'14
Werewolf Promotions

Lista utworów:
1. Vilje av stål, født i nord
2. Artilleri
3. Stolt
4. Bli med til døden
5. Pestdans (Absurd cover)
6. Furet og værbitt
7. Mellom bakkar og berg
8. En eim av ubehag
9. Ende

Pełen album Norwega ukazał się już jakiś czas temu, ale jako że cenię sobie jego muzykę to postanowiłem napisać kilka słów. 'Furet og værbitt', bo to owym debiucie mowa, ukazał się w 2014 roku dzięki Polskiej prężnie działającej Werewolf Promotions. Zanim ukazał się ten album, Likvann pod szyldem tejże wytwórni wypuścił jeszcze jedno demo i jedną Ep'kę. Skaab, który jako tworzy całość muzyki, w 2012 roku dołączył do Djevelkult i wspomaga ową hordę liniami basu. Po tym wydawnictwie, ukazały się jeszcze kolejno dwa splity z Gravkors i Wolven Eyes oraz jedna Ep'ka. Wszystkie te wydawnictwa ukazały się nakładem Werewolf Promotions.
W małym miasteczku Hamar, którego liczba mieszkańców nie przekracza 30.000, powstał jednego dnia roku 2010 złośliwy twór pod nazwą Likvann. Skaab zainspirowany wielce spuścizną jaką wywarły na nim surowe kompozycje rodaków gdy scena Norweska dopiero się formowała, postanowił wziąć sprawy we własne ręce. I co by tu więcej nie bajdurzyć, właśnie z taką muzyką mamy do czynienia. Co prawda nie słyszałem jeszcze ostatniego splitu z Wolven Eyes ani Ep'ki z 2015 roku, ale to co słyszałem z dorobku Norwega wystarcza by stwierdzić, że swoje nagrania utrzymuje w formie surowego Black Metalu. Nie do końca stylistycznie, ale wokalnie i brzmieniowo 'Furet og værbitt' można zaliczyć w poczet albumów hołdujących Darkthrone i ich wspaniałemu albumowi 'Panzerfaust'. Wokale o jakie postarał się tutaj Skaab stricte naśladują to co Nocturno Culto wyrzygiwał z siebie 22 lata temu. Absolutnie nie jest to żaden zarzut, przekonany jestem o tym, że słuchacze docenią taki zabieg. Black Metal jaki dano nam tu słyszeć jest jak wspomniałem podany w bardzo surowej formie. Nie zastaniemy tutaj bogatych ozdobników, wyszukanych riffów lub okultystycznego klimatu. Album ten jest do bólu surowy, na swój sposób prymitywny. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z bezmyślną łupaniną. Riffy gitarowe są ostre, apodyktyczne i dosadnie proste. Bazują na oklepanych już pomysłach, które jak na złość nie przestają zachwycać i cieszyć ucho. Tempo utworów zazwyczaj jest mieszane i przechodzi ze średniego w szybkie i ponownie ten sam schemat. Jednak w takiej muzyce nikt nie wymaga cudów, a wyczucie zwane znajomością gatunku nasz twórca opanował bezbłędnie. Dodatkowym smaczkiem na albumie jest utwór na który w przeszłości porwał się Fenriz z Satyrem gdy istniał jeszcze Storm, a mianowicie 'Mellom bakkar og berg'. W tak surowej formie wypada doskonale, a folkowa melodia utworu wzorowo współgra z archaicznym brzmieniem albumu. Na płycie znalazł się jeszcze dodatkowo cover Absurd.
Debiut Likvann to przyzwoicie skomponowana surowizna, dobry klimat i nie mniej dobre wykonanie. Takie albumy albo wchodzą albo nie. Takie albumy przypominają czym był ponad 20 lat temu Black Metal w Norwegii. I na koniec, takie albumy skoro się pojawiają to znaczy że mają swoich odbiorców. To z kolei cieszy, bo surowy BM każdy z nas do dzisiaj nosi w sercu. Niestety część się pogubiła.

8/10

https://www.facebook.com/pages/Likvann/229351580454994
http://www.werewolf-promotion.pl/


25 sty 2017

Eternum 'The Devouring Descent'

Taśma'15
Witches Sabbath Records

Lista utworów:
1. When Shadows End
2. Echoes of a Fading Dawn
3. As Stone Turns to Thunderous Sands
4. Heretics of Might
5. The Falling of Silent Ashes
6. Beneath a Pale Sun
7. Arisen from Ruin (Ode to a Devouring War)

Australijski Eternum, w którego szergi wchodzą osoby zamieszane w takie hordy jak Drowning The Light, Blood Stronghold, Necrostringis czy obecnie nawet Black Funeral, dwa lata temu wydał swój trzeci album. 'The Devouring Descent' ukazał się w 2014 roku na winylu i cd, a dopiero rok później ukazała się taśma. Zresztą, Witches Sabbath Records wznowiło wszystkie trzy albumu na pięknie wydanych czarnych taśmach. Często zespół ten jest właśnie postrzegany przez pryzmat kontrowersyjnego DTL, którego jedni wielbią a inni nienawidzą. Nic bardziej mylącego, bo poza konotacjami personalnymi, podobieństw stricte muzycznych brak. Tematyka jaką porusza Eternum też jest daleka od tego czym raczy nas DTL, bo mamy tu do czynienia z średniowiecznymi tematami czy historią. Akurat posiadam wersję kasetową tego wydawnictwa, ale na podwójnym winylu wydała to nie inna wytwórnia jak Iron Bonehead, a krążek CD ukazał się przez Dark Adversary Productions. Jak widać nie są to przypadkowe labele, wliczając w to również kasetowego wydawcę. Niech chociaż ten fakt stoi na straży jakości tego albumu.
Album składa się z 7-miu utworów. W tym przypadku została zachowana reguła, a raczej balans pomiędzy nastrojowością a Black Metalem. Po pierwszym utworze klimatycznym zagranym w całości na gitarze akustycznej, gdy w tle pojawiają się instrumenty klawiszowe, następuje kolejny utwór już z pełnym instrumentarium BM. I tak na przemian. W drugiej części 'The Devouring Descent', następuje mała zmiana. Kolejne następujące po sobie utwory, tj. 'The Falling of Silent Ashes' i 'Beneath a Pale Sun' są właśnie tymi akustyczno nastrojowymi obliczami Eternum. Ostatni utwór, trwający aż 24 minuty, to powrót do Black Metalu. Początkowo bardzo wabiący odgłosami bitwy, słychać szczęk oręża, przeradza się w niesamowity epos o dumie, zwycięstwie i honorze. Aranżacyjna strona całego albumu to niczym wciągające podanie, swego rodzaju muzyczna opowieść. Nightwolf, odpowiedzialny za wszystkie instrumenty poza wokalami, naprawdę stworzył niewiarygodny album. Co tu wiele by nie mówić, tego trzeba posłuchać. Wiem, że nie każdemu przypadną do gusta utwory bez brzmienia wyciągniętego wprost z jaskini lub gdzie nie ma oszalałego napieprzania w werbel. Eternum wybrał inną drogę, może i bardziej subtelną i wyszukaną, ale też i bardzo dojrzałą. Co ważne, że nie ma różnicy czy słucham tego bardziej podniosłego akustycznego wręcz momentami smutnego utworu czy też bardziej opartego na schematach Black Metalu (chociaż i tu w dużej mierze słuchacz spotyka się z ceremonialną pompatyczną atmosferą przeplataną z nawet i melancholijnymi odczuciami) , bo wypadają w obydwu wersjach równie dobrze. Tempa są zazwyczaj średnie, ale horda nie stroni również od szybkich partii jak chociaż na 'Echoes of a Fading Dawn'. Bardzo dobrze rozwiązano tutaj wokale, za które jest odpowiedzialny nie kto inny jak sam Azgorh. Posępność jego wokaliz charakteryzująca się zmatowiałą barwą głosu, idealnie pasuje do atmosfery albumu. Okazyjnie pojawiają się też chórki w tle, zawodzenia... takie małe detale wpływają na finalny kunszt muzyki Eternum.
'The Devouring Descent' to materiał, który odbiega od typowych Black Metalowych albumów, nawet tych sygnowanych etykietą Atmospheric. Atmosfera jaką serwują Australijczycy jest moim zdaniem unikalna, ale także mocno zakorzeniona nie tylko w jednym pierwiastku jakim bez wątpienia ten album posiada, a mianowicie introwertyzm. Owy izolacjonizm polecam odkryć na własną rękę. Jedynym minusem jakiego mogę się dopatrywać to lekko rozmyte brzmienie gitar, jednak przy takiej muzyce nie do końca zwraca się na nie uwagę.

9/10

Brak strony zespołu
http://www.witches-sabbath-records.com/
http://www.ironbonehead.de/
http://darkadversary.bigcartel.com/


24 sty 2017

Häxenzijrkell 'Des Lasters der Zauberey'

CD'16
Amor Fati Productions

Lista utworów:
1. Des Lasters der Zauberey     
2. Canon Episcopi

Niemiecki projekt, którego członkowie zachowują anonimowość, zeszłego roku wypuścił swój drugi materiał. Tego samego roku, przed ukazaniem się tej Ep'ki, ukazało się pierwsze demo, które Niemcy (lub Niemiec?) wydali własnym sumptem na taśmie limitowanej do 80 sztuk. Demo zawierało jeden utwór trwający ponad 13-ście minut. To chyba tyle wstępu, czas odnotować klika słów odnośnie tego wydawnictwa.
Häxenzijrkell para się Black Metalem i żadnych wątpliwości ku temu być nie może. Dodatkowo, gatunek został strasznie uproszczony, zminimalizowany aranżacyjnie. Zamiarem jak mogę się domyślać miało być stworzenie chorobliwego klimatu, muzycznej podróży ku porażce, niedoli, upadkowi i boleści duszy. Fakt, owego uproszczenia struktur muzycznych nie wpłynął na niesamowitą ofertę zespołu. W dwóch utworach zostaje nam przekazany obraz nędzy, pasma opętań, hydry religijnej która w czasach zabobonu średniowiecznych fanatyków dumnie wznosiła swe ohydne łby. Minimalizm riffów, jak i współpracującej sekcji rytmicznej, ogranicza się w dużej mierze do powtarzalności patentów. Te z kolei, udaną monotonnością wprowadzają w trans. Należy tu jednak odróżnić dwie rzeczy. Nie jest to hipnoza (w kontekście budowy i aury utworów) jaką stosuje wiele zespołów by przykryć nią brak pomysłowości. Odnoszę wrażenie, że w tym rodzaju 'uśpienia' został zawarty olbrzymi potencjał. Jak inaczej wytłumaczyć, że po kilkukrotnym przesłuchaniu tych dwóch utworów ma się ochotę na więcej? Przecież gdyby ten materiał był nudny do bólu, usypiał i nic nie oferował duchowo, został by zbluzgany przez odbiorców na starcie lub ominięty i tym samym szybko zapomniany. Ciekawym aspektem jest tutaj uzyskane brzmienie. Utwory sączą się powolnie, a dźwięk zarejestrowanego materiału jest niczym z próby. Autentyczność i surowość to jeden filar, ale drugi tj. wykreowanej atmosfery jest niesamowity. Ciągłe wplatane sample w języku niemieckim o sabacie, czarach, wiedźmach czy Lucyferze robią swoje. Przez całość trwania Ep'ki, a tym bardziej gdy słychać perkusję, nie byłem pewien z czym się mi owe gitary kojarzą. Jednak gdy w drugim utworze, perkusja milknie i słychać samą gitarę, nie miałem już złudzeń. Fragment utworu w okolicy 6 minut i 50 sekund jest powrotem do albumu Bethlehem i albumu 'Dark Metal'. Jednak to tylko moment,  a reszta materiału z 'Des Lasters der Zauberey' nijak nie da się klasyfikować w te ramy. Nie potrafiłem jednak rozgryźć po co w drugim utworze sięgnięto po czyste wokale, które pod koniec robiły chórki. Właśnie wokale... Sporadyczne, chaotyczne i dobiegające z daleka. Jakby rozmyte, bezkształtne ale doza opętania jakże łatwa do wychwycenia. Materiał trwa około 24 minut, jest ciekawy i zajmujący. Jego kunszt polega na chorym i dobrze oddanym klimacie. To tak jak z dobrą książką, gdzie już po kilku stronach lektury wiadomo że będzie trzymać w napięciu do samego końca.
Amor Fati Productions wydało całkiem obiecujący projekt, zadziwiający w swej prostocie. Miłośnicy napierdalania i techniki mogą spokojnie nawet nie rejestrować w pamięci nazwy Häxenzijrkell, bo jest to muzyka zupełnie odmienna. Osobiście polecam.

8,5/10

https://soundcloud.com/haexenzijrkell
http://www.amor-fati-productions.de/

 

23 sty 2017

Zealotry 'The Last Witness'

CD'16
Lavadome Productions

Lista utworów:
1. Arc of Eradication
2. Heralding the Black Apostle
3. Cybernetic Eucharist
4. Progeny Omega
5. Mutagenesis
6. Yliaster
7. The Last Witness
8. Silence

Drugi album Amerykanów z Death Metalowego Zealotry ukazał się w 2016 roku. Założony w 2005 roku twór długo czekał, by wychylić swój ohydny łeb z otchłani. Pierwsze i jedyne demo ukazało się w 2009 roku i ponownie nastała 3-letnia cisza. W 2012 roku wypuszczono singiel by już rok później ukazał się pełen debiut zatytułowany 'The Charnel Expanse'. Cóż to był za materiał, wgniatał człowieka w siedzisko, miażdżył pomysłami i specyficzną duszna atmosferą. Nie inaczej jest w przypadku opisywanego przeze mnie materiału 'The Last Witness', ale o tym poniżej.
'The Last Witness' jest rozwinięciem muzycznego tematu jaki pojawił się na debiucie. Jest to mianowicie opresyjna technika katująca narządy słuchu. Jest w tym całym 'bałaganie' coś co ujmuje słuchacza od samego początku, bo nie ma co się oszukiwać -> Death Metal grany przez Zealotry jest nietuzinkowy, i to bardzo. Ilość pomysłów jaka została tutaj władowana w każdy z utworów jest nie do policzenia. Co jednak najważniejsze, album jest koherentny i zwarty. Taka pomysłowość i naszpikowanie aranżacji taką ilością pomysłów nie zawsze się okazuje w efekcie interesujące. Amerykanom się to nad wyraz udało. Zanim zabrałem się do pisania tej recenzji, przesłuchałem album kilkakrotnie, pomimo że znam go dość dobrze. Nie umknęło mojej uwadze, że zespół prześwietnie łączy niespodziewane elementy struktur utworów z tym czego po nich oczekujemy. Riffy, a raczej ścieżki dwóch gitar są bezapelacyjnie bezkonkurencyjne. Mogło by się wydawać, że taka rozbieżność i niespotykany przeogrom patentów zniszczy odbiór klaustrofobicznej muzyki. Jednak to błąd. Osobliwa duchota, niespotykanie schizofreniczna wręcz aura bijąca z tych utworów, wprowadza słuchacza w nowy wymiar. Jedyny zespół który kojarzy mi się z podobną (chociaż to naprawdę wymuszone porównanie!) to Immolation wrzucony do worka z old schoolowym Fińskim Death Metalem. Zealotry wraz z takimi zespołami jak chociaż Blood Incantation czy The Chasm inspirują się można by rzecz wszystkim czego dokonano w tych ponad 30-stu latach Death Metalu w historii muzyki. Twory takie egzystują w pobliżu granicy tego gatunku, ale nie przekraczają jej lecz rozszerzają owe terytorium o kolejne zjełczałe obłędne kreacje. Usłyszymy bardzo udane łączenie gitar klasycznych, basu który jest bardzo wyraźny przez całość albumu. Owe gitary 'bez prądu' są fenomenalne, diabelski nadzwyczaj ozdobnik wystarczająco bogatych już kompozycji. Kolejnym bardzo dobrze przemyślanym krokiem, zarówno w przypadku debiutu jak i tego albumu, był dobór wokali. Ciężkie, posępne, niskie growle idealnie się scalają z resztą muzyki. Tempa jak łatwo się domyślić są mieszane, jednak nie uświadczymy tu chaosu, nieładu. W tej materii również podano owe danie z umiarem, by nie zabić gnuśnej aury.
Materiał jaki nagrał Zealotry jest niesamowity. Ciężki, techniczny, niepozowany i prawdziwy. A z tych faktów aż wyrywa się niezaprzeczalnie pasja i oddanie muzyce. Dla mnie materiał absolutny, dawno w Death Metalu nie uświadczyłem tak duszącej świeżości, rzeczywistej wiarygodności oraz niepodważalnego geniuszu muzycznego. Bo nagrać album o takich aranżacjach, nie przekombinować go i jasno muzycznie wyrazić swe pomysły, to już sztuka. Polecam!

10/10

https://www.facebook.com/zealotrymetal/
http://www.lavadome.org/


21 sty 2017

Face Of Oblivion 'Cataclysmic Desolation'

CD'16
Comatose Music

Lista utworów:
1. Embracing Damnation
2. Seismic Anomaly
3. Cataclysmic Desolation
4. Aokigahara
5. Futility
6. Walls of Flesh
7. Irreconcilable Differences
8. Scaphism
9. Paradoxical Undressing
10. Debridement
11. Descent
12. Shroud of Hypocrisy

Face Of Oblivion powstał w 2009 roku i po demówce wydanej w tym samym roku, dwa lata później ukazał się debiut pod skrzydłami ich obecnej wytwórni, czyli Comatose Music. To już drugi album Amerykanów, z tą różnicą że na następcę debiutu kazano nam czekać 5 lat. Cóż, zważając na koneksje muzyków z innymi mniej lub bardziej znanymi zespołami, jest to zrozumiałe. Zresztą, mało ważnym wydaje się ten fakt, gdy po takim czasie otrzymujemy tak dobry album. Przyznaję, że kilka lat wstecz bardziej siedziałem w tym gatunku, tj. Brutal Death Metalu. Obecnie przestałem już zagorzale śledzić co nowego się ukazuje z prostej przyczyny zwanej potocznie czasem. A raczej jego brakiem lub niewystarczającą ilością. Ogarnąć w dzisiejszych czasach i być na bieżąco z nowościami hmm... trzeba by wydłużyć dobę o raz tyle, zatrudnić sobie służbę domową do wszystkim codziennych zadań, by samemu móc skupić się tylko na muzyce. Żyjemy jednak w Polsce i skoro nie mam głowy by wykminić konkretny przekręt na szybką kasę, to co począć, egzystuję jak każdy z was. Ile mogę spędzam z muzyką dzieląc cenny czas na wiele innych mniej znaczących obowiązków.
Porzucając powyższe marzenia i wracając z hukiem twardo na ziemię, muszę przyznać że Amerykanie naprawdę konkretnie dowalili. Przede wszystkim brzmienie, które można wrzucić gdzieś pomiędzy czystą polerkę a mięsne ochłapy. Zakres aranżacji i technika wykonania utworów wymaga w przypadku Face Of Oblivion, by dźwięk był nie skażony brudem. Tak wiem, teraz 90% już skreśliło ten zespół, bo dzisiaj im brudniej tym lepiej. Brutalna i techniczna ściana dźwięku serwowana przez Amerykanów ocieka również krwią i mięchem, to zdecydowana zaleta dla brzmienia tej płyty. Niestety głębia, ten dół dźwięku niknie gdy panowie sporadycznie zapuszczają się w techniczne bezcelowe galopy, które potocznie nazywam plumkaniem. Te fragmenty po kilka - kilkanaście sekund są irytujące, burzą trochę odbiór płyty i skutecznie obniżają dynamikę utworów. Bo przy naprawdę zajebistych zwolnieniach, ciężkich walcach, riffach tremolo niczym w old schoolu nagle, jak z dupy przy grypie żołądkowej, wyskakują jakieś poplątane melodyjki. I mimo, że jest tego naprawdę niewiele w trakcie 33-ech minut trwania albumu, to jednak na jest i daje się we znaki niczym jątrząca się rana. Co dalej? Otóż reszta jawi się w zjełczałych barwach radości, bowiem pozostałem elementy układanki 'Cataclysmic Desolation' bardzo mi odpowiadają. Powiem więcej, dzięki temu albumowi stwierdzam, że będę częściej zaglądał i zgłębiał wydawnictwa Brutal Death Metalu. Zacznijmy od wokali, które zostały użyte tutaj we wszelakich możliwych repulsywnych formach. Od głębokich gutturali, po growle, krzyki, odpychające bulgocząco-chropowate głosy... Takie spektrum wszystkiego poza świniakami, czego możemy się spodziewać po tym gatunku. Perkusja, trochę wysunięta na przody a w szczególności werbel który przy blastach i szybszych tempach zagłusza pracę gitar. Z drugiej jednak strony zabieg taki skłania do bardziej wnikliwego wsłuchania się w aranżacje i struktury utworów. Tempo utworów w przeważającej części jest szybkie, często zmieniające się, urywające się, łamiące ekstremalne szybkości z choćby średnimi tempami. Uświadczymy też sporo zwolnień, ale nie ma w nich nic z męczącego na okrągło slamu. Ot, bardzo dobre zwolnienia w których równie wiele się dzieje. O gitarach tak jak wspomniałem, bardzo dobre riffy pełne techniki ale niestety również incydentalnych technicznych i niestrawnych papek. Odbyło się też bez zbędnych inter z filmów grozy czy innych pornosów, za co duży plus. Nie ukrywam, że takie zabiegi sprawiają frajdę może przy pierwszym czy drugim odsłuchu materiału. Jednak gdy n-ty raz słyszę zarzynaną i wrzeszczącą kobietą czy to piłą łańcuchową czy też fiutem jakiegoś typa - cóż, zaczyna wiać nudą. I tym akcentem zakończymy, bo Face Of Oblivion zaserwował solidną, brutalną płytę przy której ciężko się nudzić.

8/10

https://www.facebook.com/pages/Face-of-Oblivion/335969426441
http://www.comatosemusic.com/


20 sty 2017

Kzohh 'Trilogy: Burn Out the Remains'

CD'16
Ashen Dominion

Lista utworów:
1. Panoukla DXLII
2. Crom Conaill
3. H19N18

To już trzeci album ukraińskiego Kzohh, którego twórczość była mi zupełnie obca. Po przesłuchaniu ich ostatniego albumu z 2016 roku, muszę również gdzieś dorwać pozostałe wydawnictwa. Szczerze, to odłam Black Metalu jaki prezentują nie jest do końca tym czym raczę swoje uszy na co dzień. Dużo tutaj klawiszy, rozciągłych i powtarzających się majestatycznych aranżacji. Na dobrą sprawę takie granie, gdzie właśnie klawisze dominują w muzyce odpuszczam i omijam szerokim łukiem niczym fan horrorów melodramaty. Jednak, magnetyzm Zła i właśnie wspomniana atmosfera grozy, nie pozwoliły mi tak szybko oderwać się od tego wydawnictwa. Chociaż, też tylko do pewnego stopnia.
Z tego co wyczytałem, Kzohh jest jednym z bardziej rozpoznawalnych aktów Ukraińskiej sceny. Nie wiem czy to prawda czy tylko kolejne zabiegi reklamowe, ale faktem jest że w ich muzyce drzemie potencjał i to dużego kalibru. Album ten jest jednym dużym konceptem opowiadającym historię plagi, zarazy. Jak na wstępie wspomniałem, nie jest to jadowity i siarczysty Black Metal przepełniony tradycjami gatunku lub hipnotyczna, gwałtowna tudzież bardziej paranoidalna wersja ortodoksyjnego odłamu tej stylistyki. Trudno także powiedzieć by Kzohh stał gdzieś pomiędzy. Otóż, Ukraińcy poszli bardziej w kierunku rytualnego klimatu. Słuchając ich materiału odniosłem wrażenie bycia zamkniętym w pomieszczeniu medytacyjnym, a to za sprawą klimatu. Samego Black Metalu jako fundamentalnej podstawy utworów mamy tutaj namiastkę, bo zaledwie w drugim utworze. Pierwszy utwór to 12-sto minutowy fascynujący Ambeint, gdzie przy pomocy wplecionych sampli Bliskiego Wschodu, rozgrywa się wspomniany rytuał. Jednak patrząc na całokształt tematyki albumu, fakty historyczne skąd owa Plaga się wzięła, wplatanie elementów egzotyki tamtych ziem jest jak najbardziej na miejscu. Drugi utwór, równie długi, łączy pasaże Ambientu z Black Metalem i jest najciekawszą kompozycją 'Trilogy: Burn Out the Remains'. Najwięcej tutaj żywiołowego grania, Black Metal wiedzie tutaj prym pozostawiając naleciałości innych stylistyk w tyle. Duże wątpliwości mam natomiast do ostatniego utworu, który jak i poprzednie jest równie opasły w minuty, ale odstaje jakby klimatem. Początek utworu to sample zrzucanych bomb, odgłosy strzelania karabinów by zagłębić się w dialog dwojga ludzi o pladze z 1665 roku i kolejnym wybuchu rok później. Czarna Śmierć pochłonęła ponad 200000 ludzkich istnień. I choćby ze względu na tematykę spodziewałbym się grobowego klimatu, a niestety otrzymałem chłam elektroniczny. Perkusja wzorowana na rytualnych bębnach, wplecione w to dziwne sample przywodzące na myśl gatunek industrial, przesterowane wokale i coraz to więcej sampli z różnych filmów i dokumentów opowiadających o Brytyjskiej Pladze. Może będą tacy którym kończący utwór trafi w gusta i odkryją w nim zwięzłe zwieńczenie poruszanej przez Kzohh tematyki. Jeśli chodzi o moją osobę, to nie mogę przez ten utwór przebrnąć bez odczucia znużenia.
Trzeci album Kzohh to wizja śmierci, grozy i kompletnej bezradności ówczesnych ludzi wobec ogromu problemu jakim była zaraza. Album spójny, ale zdecydowanie nie dla wszystkich. Samemu również zostałem przerośnięty rozmachem pomysłów via utwór 'H19N18' lub dziwnym eksperymentem jakiego się tu dopuszczono. Nie znam poprzednich wydawnictw, ciekawe czy takie postępki pojawiały się poprzednio. Jakby na to nie patrzeć jest to 1/3 albumu którą delikatnie mówiąc spieprzono.

6,5/10

https://www.facebook.com/KZOHHband/
http://www.ashen-dominion.com/

 

19 sty 2017

Deathcult 'Beasts of Faith'

CD'16
Invictus Productions

Lista utworów:
1. Barren Land    
2. Beasts of Faith 
3. Hammer of Golgotha    
4. Death in July
5. A Foul Glint
6. Discreate Homunkulus
7. The Sick Within
8. Evil Dead (Death cover)
9. An Accurst Procession

Szwajcaria, kraj który dla maniaków czarcich dźwięków kojarzy się z takimi kultowymi hordami Hellhammer i wczesny Samael. Cóż, ci drudzy jak wiadomo obrali sobie za styl skoczną dyskotekę, spedalone wdzianka w których to na klipach przyprawiają nas o ślepotę skuteczniej niż spożywanie denaturatu przez osiedlowych bohaterów ukrywających się pod potocznym pojęciem żuli. Deathcult powstał w 2010 roku i ma na swoim koncie 1 Ep'kę i 1 demo z którego to wzięto tytułowy utwór opisywanego albumu, nagrano ponownie, a wyniku tych zmagań możemy posłuchać na debiutanckim 'Beasts of Faith'. Członkowie hordy są zamieszani w mniej znane akty jak Asag, Blakk Old Blood czy Traumalice.
Szwajcarzy oferują stylistykę Diabelskiego Death Metalu i muszę przyznać, że wychodzi im to nader dobrze. Album składa się z 9 utworów które trwają w okolicach od 3-ech minut do prawie 9-ciu. Rozmach spory, ale nie da się tego aż tak odczuć ponieważ debiut jest bardzo konsekwentny. Właśnie ta systematyczność połączona z pasją, której nie można odmówić muzykom z Deathcult, jest elementem zauważalnym już po kilku minutach trwania tego materiału. Charakterystyczny konglomerat starych szkół Death i Thrash Metalu jest wręcz porywający. Pewnie niejednokrotnie każdy miał następujące odczucia, że słucha zespołu którego aranżacje brzmią znajomo, że to wszystko już tak wiele razy było. A mimo tego, morda się cieszy, głowa bezwiednie się kiwa z uniesioną i zaciśniętą w pięść prawicą. Bo jak tu się nie radować gdy z głośników sączą się tak zajebiste hymny ku uwielbieniu Zła i Śmierci? Zespół czerpie garściami z takich tuzów jak Death (którego cover 'Evil Dead' to po prostu majstersztyk!!!), Autopsy oraz ze szwedzkiego podwórka wczesnych lat 90-tych. Echa takich albumów jak 'Left Hand Path', 'Dark Recollections' czy nawet 'Into the Grave'. Brzmienie Deathcult odbiega od pierwowzoru ich inspiracji, a te z kolei jak każdy dobrze wie mimo zbliżonych elementów jednak się różniły od siebie. Wtedy może i było to niezauważalne, chyba jako kilkunastoletni gówniarz mniej zwracałam uwagę na takie detale gdy uszy były zaabsorbowane absolutnym chłonięciem muzyki i wydobywającej się z niej agresji. Wiele się nie zmieniło, ale człowiek z wiekiem staje się jednak detalistą. Ale ja tutaj nie o tym chciałem. Zmierzam do tego, że mimo iż czwórka tych kolesi świetnie uchwyciła ducha i archaiczność dźwięku tamtego okresu, to jednak są tu i elementy wplecione z teraźniejszości. Przede wszystkim maniera wokalisty i jego którego growle przemieszane z przeciąganymi wykrzyczanymi słowami kojarzą się bardziej, hmmm... nowocześnie? Nie jest to absolutnie żadna ujma czy problem, bo słucha się tego wybornie. Praca gitar - uwaga - zaskakuje, ale poziomem skuteczności wykorzystania patentów wręcz wgniatających precyzją konserwatywności, tego swoistego anachronizmu którym jesteśmy karmieni od początku albumu. Nawet sola gitarowe brzmią jakby były wyrwane z okresu 'Leprosy'. Co więcej? Album trwa 50 minut, i po wspomnianym coverze Death, następuje prawie 9-cio minutowy utwór 'An Accurst Procession' w pełni instrumentalny. Specjalnym zwolennikiem takich zabiegów nie jestem, ale przyznaję, wykonany mistrzowsko - budowany systematycznie w napięciu wstęp niczym mgła na cmentarzu przykrywająca stare nagrobki, snuje się mrocznie i wolno. By wtem z grobów wypełzła martwota, zjełczała obrzydliwość i zaczął się horror. A raczej kończył, bo to niestety już koniec albumu. Na koniec zabłysnę kiepską puentą jak Strażnik z 'Opowieści z Krypty' który na koniec każdego odcinka z przekąsem prawił morały -> zawsze możecie przecież wcisnąć 'play' ponownie i sztuka się zacznie od nowa.

9/10

https://www.facebook.com/DeathMetalCult/
http://www.invictusproductions.net/


18 sty 2017

Vanad Varjud 'Dismal Grandeur in Nocturnal Aura'

CD'16
Symbol of Domination Prod.
Hexenreich Records
Arcana Noctis


Lista utworów:
1. Tume Kamber
2. Winter's Dawn
3. Dismal Dusk
4. Gloomy Sunday

Tym razem skupimy się na mało znanym tworze z Estonii. Vanad Varjud łącznie z opisywanym albumem ma na swoim koncie dwa takowe wydawnictwa. Trójka muzyków wzięła się za dość trudne poletko a mianowicie za scalenie Ambientu z Black Metalem. Dlaczego trudne? Cóż, w wielu przypadkach taka fuzja kończy się strasznie monotonnymi, nudnymi kołysankami dla grzecznych nastolatków czy mrocznych gociąt. Estończycy wyszli obronną ręką z tego problemu i zaserwowali całkiem dobry kawał muzyki.
Na albumie znalazły się 4 utwory, których czas trwania nie jest krótki. Chcąc stworzyć odpowiednią atmosferę w takiej kolaboracji gatunkowej, zespół sięgnął po rozciągające się w okolicach 12-stu minut kompozycje. I prawidłowo. Zacznijmy od części Ambientu, czyli sporego wykorzystania instrumentu klawiszy. Plusem jest na pewno fakt, że udało się uniknąć dość często spotykanej dziecinady, ckliwych dźwięków, plumkań czy innych spierdolin. Są odgłosy wyjących wichrów, bliżej nie określone wibracje, odgłos stukotu końskich kopyt i prychania ciągnącego za sobą wóz po kamienistej ulicy...ale przede wszystkim czuć od tego nagrania dużą dawkę nieprzychylności. Atmosfera 'Dismal Grandeur in Nocturnal Aura' jawi się nam tutaj niepokojem, jakby obawy czy fermentu czegoś co może się zaraz wydarzyć. Owszem wstęp do utworu nr 3 'Dismal Dusk' irytuje mnie mocno, bo trochę chłopaki polecieli w klimat jazzu, dziwnych saksofonów itp. Jednak o dziwo, gdy wstęp ustaje, mamy do czynienia z najbardziej dynamicznym utworem na płycie. Ciekawe połączenie. Część Black Metalowa jest powiedziałbym intrygująca. Nie ma tutaj nawet mowy o nienawistnym napierdalaniu, mamy do czynienia z kolejnym albumem gdzie podniosła atmosfera wiedzie prym. Jednak nie jest to tak, że przez prawie 50 minut trwania albumu mamy w tle lub w roli wiodącego instrumentu obecne klawisze. Dość często i przyzwoicie udaje się to uzyskać na podstawowym instrumentarium. Tempo muzyki oferowanej przez Estończyków to w duże mierze średnie tempa przeplatane ze zwolnieniami, ale są też dynamiczne szybsze partie jak we wspomnianym już utworze 'Dismal Dusk'. Brzmienie studyjne jest czytelne, pełne energii ale nie jest też przekombinowane. W 'Dismal Grandeur in Nocturnal Aura' drzemie ta prymitywna siła, której daleko do mainstreamowych zapędów.
Słucha się tego ciekawie, nie ma tutaj też żadnych wpadek z cukierkowatym pedaleniem klimatu. Album jest sprytnie dopracowanym kompromisem pomiędzy gorzką, osępłą atmosferą a podniosłymi, prominentnymi pasażami muzyki. Muzyki, która pewnie do wielu nie przemówi, ale w mojej opinii broni się sama. Konkretne, dobre klimatyczne granie z mało znanej estońskiej sceny.
 


14 sty 2017

Grotesque Deity 'Bloodream'

Ep CD'15
Infernal Devastation Records

Lista utworów:
1. Lord of Torment 
2. Field Drinks Blood
3. Bloodream
4. In Dim Abysses
5. Putrid Salvation
6. The Chasm of Knowledge
7. You Were Flesh

Meksykański Grotesque Deity swoją muzyką przenosi nas w dość spierdolone politycznie rejony, a mianowicie do Szwecji. Nie miejsce i nie pora by tracić czas na wywody polityczne, tym bardziej że każdy z nas ma na politykę wpływ tak 'znaczący'. Szczebel decyzyjny i wpływający na decyzje kończy się na otwarciu paczki chipsów i usadowienia dupska przed telewizorem, które na szczęście nie posiadam. Wracając jednak do tematu Szwecji jako punktu na mapie, to jawił się on nielichą potęgą. W szczególności jeśli mowa o wczesnych latach '90-tych, gdzie zespołów i młodych chętnych do szerzenia kultu Diabła lub rozrzucania rozkładających się wnętrzności było wielu. Czasy się zmieniły, takowych na całym świecie obecnie ogrom. Niestety, nawet w muzykę bez której nie wyobrażamy sobie własnych istnień, wstąpiło przeludnienie.
Zanim w 2015 roku wydana została owa EPka,rok wcześniej ekipa nagrała demosa. Dość dziwnie krótka była ta demówka, bo składała sie z jednego utworu - niespełna 4 minuty muzyki. Mniejsza w sumie z tym, bo to co dano nam posłuchać na 'Bloodream' to naprawdę kawał rzetelnego Death Metalu. Utarte i wykorzystywane schematy po setki razy, znów ożyły dzięki muzie Meksykańców. Na dobrą sprawę to przecież takie granie nigdy nie zdechło, a wręcz ma się wyśmienicie. Jedynym mankamentem w odnajdywaniu takich perełek jaką zdecydowanie jest Grotesque Deity, to cholerny tłok w undergroundzie. Wracając jednak do zespołu, mamy tu do czynienia z typowym chropowatym brzmieniem jakim darzyły nas klasyki tego gatunku. Pierwsze skojarzenia jakie miałem to Dismember z początkowego okresu ich działalności. Z pulsującym basem i gitarami grającymi ostro tnące melodie, przeplatane zwolnieniami na otwartych strunach. Wolniejsze momenty przypominają swoim smrodem starocie wypuszczane przez Autopsy. 'Bloodream' jest zdecydowanym hołdem dla starej szkoły. Próżno doszukiwać się tutaj nowatorskiego grania, po prostu pieprzony Death Metal! Materiał jest również zdecydowanie rytmiczny co i archaiczny. Analogowe brzmienie, zero kombinacji i polerowania brzmienia. Dobrze została zachowana równowaga pomiędzy owym starym brzmieniem a czytelnością. Pomimo, że muzyka zahacza o okresy demówkowe wczesnej sceny Europejskiej, w szczególności kłania się wspomniana Szwecja, to aranżacje nie są szczelnie zamknięte na inne wpływy. Pojawiają się także echa starego Doom Metalu. To z kolei dodaje większego prymitywizmu, pierwotności w kompozycjach Grotesque Deity. Konkretny efekt uzyskano dzięki wokalom, bo Paco León zdzierał głos równo - głównie na głębokich growlach i podkreślających dane linie tekstu krzykach.
Szperając co obecnie chłopaki poczynają, znalazłem się na ich stronie bandcamp. Okazało się, że w 2016 roku idąc za ciosem, nagrali już pełen album. Wyłapał ich Concreto Records i bardzo dobrze, bo to kawał bardzo dobrej muzy. Czcicieli starej szkoły wokoło wielu, więc z takim materiałem mają szansę trafić do stałego grona odbiorców.

7,5/10

https://www.facebook.com/grotesquedeity/
https://www.facebook.com/infernaldevastationRecords


11 sty 2017

Vircolac 'The Cursed Travails of the Demeter'

CD'16
Sepulchral Voice Records

Lista utworów:
1. The Cursed Travails of the Demeter
2. Charonic Journey (Stygian Revelation)
3. Lascivious Cruelty
4. Betwixt the Devil and Witches

Po dwóch jakże udanych demach Irlandczyków, Vircolac powraca z 4-ro utworową Ep'ką. Kto miał już okazję zetknąć się z ich muzyką, ten nie potrzebuje dalszych rekomendacji by sięgać po kolejne wydawnictwa sygnowane nazwą tej młodej kapeli. Ci natomiast, którzy do tej pory przypadkiem lub z czystego lenistwa lub ignorancji ominęli Vircolac, radzę szybko nadrabiać zaległości. Czemu? O tym poniżej, ale dodam jeszcze tylko ciekawostkę dla niezorientowanych. Na wokalach w Vircolac jest Laoghaire, czyli sam właściciel Invictus Productions. Fakt ten, plus Sepulchral Voice Records jako obecny label we współpracy z Dark Descends oraz w przeszłości Iron Bonehead, dosadnie wskazują że lipy tutaj być nie może.
Vircolac serwuje nam mieszankę Death i Black Metalu jednak z bardzo dużą przewagą tego pierwszego gatunku. Drugiej stylistyki jest tutaj naprawdę niewiele. Pojawia się sporadycznie w niektórych riffach gitarowych, uderzając prostotą i surowością. W 90-95% jednak jest to osadzony w starej szkole Death Metal, na potrzeby stylistyczne Vircoalc wykorzystany i przekształcony na bardziej duszne, piekielne wykonanie. Osobiście słyszę w ich twórczości sporo wczesnego Morbid Angel czy nawet Immolation. Jednak, są to elementy, małe pierwiastki układające się w całość tego co możemy usłyszeć w ciągu tych 25-ciu minut. Materiał nie ogranicza się wyłącznie do zduszenia słuchacza w klaustrofobicznych, rzygających ciemnością dźwiękach. W trakcie odsłuchiwania Ep'ki doświadczymy jakby kontrastowania, gdyż momentami pojawią się melodyjne wolniejsze gitary, a to znowu 'Lascivious Cruelty' dla przykładu zakończy się dźwiękami pianina. 'The Cursed Travails of the Demeter' jest bardzo przemyslanym aranżacyjnie materiałem, różnorodnym ale zarazem cholernie spójnym. Nawet trochę odstający od pozostałych trzech utworów, zamykający 'Betwixt the Devil and Witches' wprowadza nas powoli ale z sadystyczną wręcz systematyką w obraz makabry. Ta z kolei, jest obecna przez całość trwania, niestety tylko Ep'ki. Brzmienie, które zostało utrzymane po części w duchu starej szkoły i jednocześnie pozostając bardzo czytelnym, uderza aurą nieprzeniknionej ciemności, mrocznych potworności. Death Metal w aranżacji Vircolac jest raczej średnich temp, ale nie brakuje blastujących partii i zwolnień. Bardzo ciekawie wypadły ponownie wokale, na demach były także dużym atutem. Nie są to typowe growle. To coś pomiędzy opętanymi krzykami wyplutymi z trzewi niczym najgorsza zaraza, a nienawistnym rykiem pogardy. Ciekawostką jest też część tekstowa płyty -> główny temat krąży wokół statku 'The Demeter', którym to Dracula płynął do Anglii i szerzył śmierć ze zgrozą wśród załogi.
Ekipa z Dublina ponownie, już trzecie raz z kolei, wypluła na światło dnia konkretny materiał. Solidny, bardzo dobrze dopracowany Death Metal z domieszką Black Metalu. Szczere granie, które zostało kompletnie pozbawione zbędnych kombinacji i wysiłków by brzmieć nader nowatorsko. Hołd dla starej szkoły został oddany, a Vircolac dorzucił od siebie kilka zgrabnie sformułowanych muzycznie patentów. Warto, cholernie mocna rzecz!

9/10

https://www.facebook.com/vircolacdeathmetal
http://www.sepulchralvoice.de/


8 sty 2017

Enoid 'Exilé aux confins des tourments'

CD'16
Satanath Records
Black Plague Records


Lista utworów:
1. Je t'arracherai les cieux
2. Ces cicatrices dans mon âme
3. Mangez ma chair, prenez ma douleur
4. La Croix de mon existence
5. Nouveau cycle destructeur
6. Sourire éternel sur mes lèvres
7. La lumière disparaît
8. Ode à la haine

Istniejący od 1996 roku pod nazwą Pest, potem do 2005 roku jako Organ Trails, by finalnie przekształcić się w Enoid, wydał w 2016 roku swoją 6-stą pełną płytę. Bornyhake Ormenos, osoba odpowiedzialna za wszystkie instrumenty w tym Szwajcarskim projekcie od lat brnie uparcie w swojej wizji Black Metalu. Poza Enoid tworzy takie projekty jak Borgne, Pure oraz jest współtwórcą Haine, Ravnkald. Na żywo wspomaga dobrze znane akty Deathrow i Darvaza. Jak widać facet w pełni oddał się muzyce i tworzy kiedy może wedle własnego pomysłu na Black Metal.
Enoid tworzy Black Metal który zdecydowanie jest nastawiony na agresywne granie. Atmosfera, współistniejąca, według mnie jest tutaj elementem drugoplanowym. Chociaż trudno tak jednoznacznie w tej kwestii cokolwiek powiedzieć, bo są fragmenty na płycie, gdzie dominuje wolne tempo z nieprzesterowanymi gitarami. Gdy gitary się pojawiają ze swoim jakby dobiegającym z daleka i odbijającym się niczym echem surowym 'bzyczeniem', atmosfera trąci trochę jakby rozmazanym, mglistym klimatem ukraińskiego Moloch. Jednak Enoid idzie dalej i wyłuskuje ze swoich aranżacji podniosłość, momentami aurę smutku i beznadziejności. Właśnie pod tym względem 'Exilé aux confins des tourments' jest zróżnicowany. Agresja która miesza się z w/wym. emocjami? Brzmi to trochę jak literatura fantastyki z dwóch różnych źródeł, ale o dziwo nie koliduje w odbiorze całości przekazu muzycznego (chociaż o tym nieco więcej poniżej). Aranżacyjnie jest również bogato, każdy z utworów ma całkiem sporo do zaoferowania. I tutaj kończą się plusy, bo co z tego że tyle się dzieje w tej muzyce? Niejednokrotnie bywało tak, że prymitywny i niczym nie upiększany album radził sobie lepiej niż cholera wie jakie dziwolągi. Pierwsze - przesterowane wokale, trochę jakby na modłę próby stworzenia jeszcze większej odrazy czy powiedzmy anty-ludzkiego klimatu. Drugie - riffy strasznie rozmyte w wykonaniu mimo pomysłowości założenia. Często pojawiająca się gitara prowadząca również nie uzupełni tego podstawowego elementu, który umknął Enoid. Trzecie - perkusja brzmiąca niczym automat, co z tego że są ciekawe pomysły gdy egzekucja jest kulawa i nie przemawia? Brakuje tutaj elementu spajającego wszystkie składowe w jedną całość. Nawet jeśli otrzymałem takową namiastkę, to niestety to za mało. Poszczególne fragmenty aranżacji rozjeżdżają się, kłócą się jakby ze sobą. Miałem wrażenie jakbym był po środku jakiegoś sporu gdzie dwie poróżnione strony walczą o dominację. Kolejny album jakich wg mnie wiele, nic nie znoszący do gatunku ani nie bazujący bądź hołdujący starej szkole. A czego najbardziej brakuje i co w pełni tak mocno obniża finalną ocenę tej płyty? Otóż, brzmi to jakoś miałko, nie wzbudza dłuższego zainteresowania i nawet zaczyna irytować. Tak, na początku pisałem o podniosłych momentach przemieszanych z dużą dawka agresji... Ale czy to ma wystarczyć jako mianownik dobrze rozwiązanego równania którego wynikiem jest Black Metal? Nie, albowiem struktury utworów nie są tylko bogate ale i przekombinowane. Dorzucam jeszcze 'trójcę' jaką wymieniałem powyżej w mankamentach i cóż... Ode mnie taka a nie inna ocena. Zdaje sobie sprawę, że będą tacy co sięgną po te wydawnictwo i przypadnie im to do gustu. Ja wysiadam, wokoło zajebiste widoki na sporo lepszych albumów niż ostatni album Szwajcara.

5/10

https://www.facebook.com/enoidblackmetal
http://www.satanath.com/
http://www.blackplaguerecords.com/


6 sty 2017

Malepeste 'Deliquescent Exaltation'

CD'16
Humanity's Plague Productions

Lista utworów:
1. Disciples of the Sun
2. Cry for Tiamat
3. Roll in Hay with Death
4. Passage to Cosmos and Self-Consciousness
5. Et Nox Facta Est
6. Going Under
7. Serpent's Glory
8. Into the Final Rise

Tym razem Francja i drugi już w 6-cio letnim stażu tej hordy album. Wydaniem wersji płytowej zajęła się amerykańska wytwórnia Humanity' Plague Productions. Ile by tu nie pisać, wybór wydania ich muzyki jak najbardziej trafiony. Prawie 50 minut Black Metalu składającego się na 8 utworów, które tworzą nader dojrzały obraz dźwiękowy i poruszają wyszukane zakątki otchłani ludzkich koszmarów.
Mamy tutaj albowiem do czynienia z okultystycznym, momentami przypominającym rytuał Black Metalem. Utwory są rozciągnięte w swoim czasie, ale nie należą do tych, które zaskakują rozwiązaniami nowatorskimi. Malepeste postarał się, by położony tutaj z wyjątkową szczegółowością nacisk na klimat był tym elementem, który trafi w odbiorców jako pierwszy. Muzycznie jeśli trzeba już używać porównań, to można tutaj przywołać takie połączenie: Deathspell Omega z ostatnich albumów (szczególny ukłon w kierunku 'Paracletus') oraz, gdyby się skupić na melodyjnych fragmentach utworów, Mgła i chyba postawiłbym tutaj ich ostatni album jako ten najbardziej odpowiedni do owego porównania. Jednak drugi człon, czyli porównanie do Mgły, stanowi mały procent oddania tego co można usłyszeć 'Deliquescent Exaltation'. Większość to jednak dźwiękowa paralela ku złośliwej chorobie obłąkańczych cech muzyki i klimatu jaki proponuje nam ze swoich dzieł wspomniany pierwszy człon porównania. W muzyce Malepeste nie uświadczymy blastujących partii czy choćby szybkiego grania. Muzyka francuzów opiera się w dużej mierze na hipnotycznych riffach, które niczym mary z koszmaru oplatają swymi mackami umysł słuchacza. Jest to niczym mamienie głodnego umysłu, który oczekuje wyniosłości, potęgi a zarazem wskazówek jak doznać w pełni Drogi Upadku. Album jest swoistym uwielbieniem Śmierci, treścią jak i wykonaniem muzycznym jest to w pełni udany zabieg. Trudno także szukać tutaj jakichkolwiek pierwiastków, które wskazywałyby że album jest zimną kalkulacją i chęcią sztucznego wpasowania się w nurt ortodoksyjny. Riffy oscylują wokół hipnotycznych schematów, ale nie są to 'zagrania' by przyćmić brak umiejętności czy pomysłów jakimi dysponuje horda. Wręcz odwrotnie, udane i wciągające wolno-średnie tempa wprawiają w obezwładniający trans ciekawości co usłyszymy dalej. Duży wpływ na taki obrót spraw ma wokal Larsena. Cholera, facet ze swoim fanatycznym głosem, chórkami, szeptami, czystymi inwokacjami wpasował się idealnie w schemat Malepeste. Maniakalne wokale połączone z chorym klimatem zawartości 'Deliquescent Exaltation' dają w całości konkretny efekt opętanego albumu, którym warto się uraczyć. Z czystym sumieniem można dać tutaj poniższą ocenę.

9/10

https://www.facebook.com/Malepeste
https://www.facebook.com/HumanitysPlagueProdBlackMetal


4 sty 2017

Skeletal Remains 'Condemned to Misery'

CD'15
F.D.A. Rekotz

Lista utworów:
1. Beyond Cremation
2. Obscured Velitation   
3. Euphoric Bloodfeast
4. Viral Hemorrhagic Pyrexia
5. Atrocious Calamity
6. Ethereal Erosion
7. ...Still Suffering
8. Sleepless Cadavers

Po wysoko cenionym w undergroundzie debiucie Amerykanów, w 2015 roku ukazał się kolejny album. Wydawcą ponownie została niemiecka F.D.A. Rekotz, która skupia pod swoimi skrzydłami bardzo dobre zespoły jak Lifeless, Obscure Infinity, Resurgency, Chapel of Disease, Revolting, Funeral Whore czy Decapitated Christ. Jak łatwo wywnioskować stara szkoła według Niemców nadal jest ceniona, bo to właśnie w taką stylistykę uderza i wyszukuje kolejne nazwy owy label.
Skeletal Remains wpasowuje się idealnie w takie towarzystwo. Od samego początku trwania krążka słychać wokalne inspiracje wokalistą Asphyx / wczesnego Pestilence. To co Chris Monroy zaprezentował urwało mi dupsko. Cholera, facet ma taką charakterystyczną głębię głosu z chropowatą tonacją, że aż trudno go odróżnić od pierwowzoru! Każdy z utworów jest hołdem scenie Death Metalowej z początku lat '90tych, nawet końcówki lat 80tych. Echa wspaniałego 'Consuming Impulse' pobrzmiewają w przynajmniej kilku patentach, a solówki które są wręcz ozdobą poszczególnych utworów porażają swą perfekcyjnością. Takich dźwięków nie powstydził by się nawet Steve Vai, hehe. Riffy, które są w 100% przemyślane ale i nie pozbawione naturalnej pasji, rozszarpują słuchacza ciężarem. Osobiście uwielbiam takie granie, zaskakujące pomysłowością połączoną z cholernym pazurem, ale też w pełni osadzone w old schoolu. Kurwa, przecież to jest tak genialne, że nie ma utworu żebym nie machał głową. Z kompozycji bije aura szczerości, słychać że chłopaki mają frajdę grając swoją muzę. Dodatkowo, na żywca też sprawują się niczym machina wojenna. Był to jeden z bardziej zaskakujących występów Obscene Extreme 2016, nie spodziewałem się po nich aż takigo ognia. Może nie samo brzmienie, które swoją drogą nawiązuje do tych albumów, ale struktury utworów (poza gitarami solowymi) bardzo przypominają wspomniany już 'Consuming Impulse' czy choćby 'Leprosy'. Różnica kolejna, Skeletal Remains potrafią wpaść w szybsze tempa bliskie blastującym czego u przywołanych wyżej tuzów nie odnaleziono. Dużą rolę odgrywa tu również klimat całego albumu. Co z tego, gdy niektórzy tylko próbują odwzorować miniony okres wspaniałych lat Death Metalu. Amerykanie stworzyła muzykę gdzie czuje się tamte lata - prawdziwe, śmierdzące, bezpośrednie pierdolnięcie! Bez prób ucieczki w nadymaną technikę lub 50 minut hipnotycznego grania maskującego brak umiejętności / pomysłów na muzykę. Wiadomo, obecny boom na stare granie trwa, ale takie albumy jak 'Condemned to Misery' same się obronią i przetrwają próbę czasu. Mnie rozwaliło, chcę więcej i czekam!

9,5/10

https://www.facebook.com/SkeletalRemainsDeathMetal
http://www.fda-rekotz.com/


3 sty 2017

Exussum 'False God Evolution'

CD'15
To the Head Records

Lista utworów:
1. Self-Proclaimed God
2. Ohmnivorous
3. Bringer of Plague
4. The Frequency of Fear
5. Bodies in the Bog
6. Evolution of the False
7. Telekinetic Mutilation
8. The Meat Harvest

Po 12 latach istnienia, Amerykanie z Exussum wypuścili w 2015 roku swój pierwszy pełen krążek. Historia ta jest jak wiele innych, które śledzący poczynania innych podziemnych kapel znają aż za dobrze. W sumie mało to istotne, bo patrząc i skupiając się na samej muzyce, lata oczekiwań na ich debiut wytrwałym maniakom Exussum się opłaciły. Z góry zaznaczam, że do nich nie należę, bo zespół poznałem stosunkowo niedawno wraz z ich debiutem. I otrzymałem całkiem konkretny kop w pysk, ale o tym poniżej.
Amerykanie uprawiają coś na modłę miksu klasycznego Death Metalu i wymieszanego z bardziej technicznym podejściem. Nie wiem co za 'mądra głowa' nazwała ich muzykę na wiadomo jakiej stronie jako Blackened Death Metal / Grindcore. Tego ostatniego to naprawdę tyle w ich muzyce co życia na powierzchni planety w miejscu wybuchu bomby atomowej. Przede wszystkim konkretną robotę odwala na 'False God Evolution' wokalista, a jego głęboki wręcz mroczny growl. Brak tutaj udziwnień czy urozmaiceń, ot tonacja Andreasa Hollsteina pozostaje przez całe 32 minuty trwania albumu taka sama. Pojawiają się okazjonalnie nakładki dwóch ścieżek jego wokaliz, sprawiające wrażenie aplikowania jeszcze większej wściekłości. Jeśli miałbym przyrównać jego growle to wydaje mi się, że Tommy Dahlström ze szwedzkiego Aeon jest tutaj dobrym porównaniem. Z tą różnicą, że Tommy używa jeszcze swego gardła do wszelkiej maści wykrzyczanych linii / fragmentów tekstów. Czas na gitary. Otóż, riffy z bardzo udanymi solami przez większość materiału korzystają z dobrze znanych starych patentów. Zalatuje to trochę klasyką, ale chłopaki wprowadzają udziwnienia np na zakończenie powtarzanych riffów - melodyjne i dość skomplikowane technicznie zagrywki. Cóż, nie jestem wielkim fanem tego typu 'plumkania'. Jednakże, zostały one umiejętnie wplecione w główne aranżacje, stanowią jedynie jakby urozmaicenie. 'The Meat Harvest', ostatni utwór,  okazał się zbyt naszpikowany owymi pomysłami i najzwyczajniej wg mnie przekombinowany. Są w nim momenty gdzie wkraczamy wręcz w sam środek popisów techniki i synchronizacji takiego grania. Niestety takie elementy były dla mnie bezcelowe w Death Metalu. Z założenia miało to uczynić muzykę jeszcze brutalniejszą, a w efekcie dało jedynie kiepską papkę popisów wirtuozerskich. Tempa Exussum stosuje przeróżne, bo jest masa blastów, rytmicznego galopowania na średnich obrotach. Są też wolniejsze partie, jednak zespół czuje się bardzo dobrze i sprawdza w każdym rodzaju serwowanych prędkości. Ciekawe jest też brzmienie 'False God Evolution', dalekie od mięsistych brutalnych odpowiedników z amerykańskiej sceny. Postawiono na kartę z dość surowo brzmiącymi instrumentami. Jakże mi się morda cieszy, słysząc stopy perkusji terkoczące bez podbicia trigerrami. A przynajmniej brzmiące naturalnie.
Exussum nagrali całkiem ciekawy materiał, który jak na debiut wysoko stawia poprzeczkę. Techniczne granie, które nie jest pozbawione korzeni starej szkoły, to naprawdę bardzo dobra pozycja dla maniaków tego gatunku. Konkretne riffy, wokal przy którym aż chce się na równi drzeć mordę do liryków, no i ciekawe zmiany temp. Szkoda jedynie tego ostatniego utworu, bo popsuł całokształt. Oby to nie był wyznacznik kierunku w jakim chłopaki chcą podążyć.

7,5/10