25 lut 2017

Nocturnal Amentia 'HVHI​:​Nati ex Mortis'

CD'16
Album
Cold Breath of Silence

Lista utworów:
1. Poison into the Artery of Light
2. Black Moon Rising
3. I Am Your Death
4. Nati ex Mortis
5. Through the Black Flame
6. March of Pestilence
7. Tomb of This World
8. HVHI
9. Lucifer Incestus (Belphegor cover)

Nocturnal Amentia pochodzi z Ukrainy i od 2002 roku do dzisiaj jest niezmiennie prowadzona przez Noxious'a i Daemous'a. Ta dwójka stanowi człon składu tej hordy. Skład w 2009 został zasilony o dwie persony Hegal'a i Surt'a, którzy pozostają w oficjalnym składzie do dnia dzisiejszego. Album na którym się dzisiaj skupimy to już czwarte pełne wydawnictwo, album który to nadal oscyluje blisko tradycyjnego Black Metalu. O tym oraz o wątpliwości wyboru coverowanego utworu w części dalszej. Belphegor, kurwa litości...
Cóż, co by wiele tu nie smęcić słucha się tego całkiem dobrze. Ocierający się o tradycyjne patenty gatunkowe Black Metalu, Nocturnal Amentia idą jakby krok dalej. Zacznijmy od oczywistej sprawy czyli brzmienia. Niby pozostała chropowatość i dzikość gitar, ale jest jakby bardziej ujarzmiona. Dodatkowym minusem jest nałożenie dużej ilości triggerów na perkusję. Niejednokrotnie przejścia na tomach brzmią szczerze do dupy rażąc swą sztucznością. Całość kompozycji albumu brzmi jakby wciąż tu czegoś brakowało. Ciężko jednak mi określić owe braki. Początkowo, przy pierwszych odsłuchaniach tego materiału sądziłem, że chodzi tutaj o ową pierwotną siłę, dzikość, że materiał jest za bardzo przemyślany. Jednak to nie tak. Horda miesza wybornie stare patenty zaczerpnięte ze szkoły skandynawskiej wraz z pewną dozą nowoczesności. Termin 'nowoczesność' może się mylnie kojarzyć, bardziej chodzi tutaj o rozwinięcie owej starej stylistyki, pewną transformację. Aranże utworów opierają się na filarach bezwzględności, zajadłości. Ta bezpardonowość zwana potocznie konkretnym pierdolnięciem wciąga bezpowrotnie. Jednak co ciekawe, horda nie stroni też tortur w bardziej wyszukany sposób. Owa dzikość przeplata się jeszcze z transowymi gitarami, gdzie dominuje średnie tempo jak chociażby w 'March of Pestilence' lub 'Black Moon Rising'. Nie wiem, może początkowo te cholerne triggery nie pozwalały mi się skupić na niczym innym? Wszystko kwestią przyzwyczajenia, ale są też granice. Perkusja, tak jak wspomniałem wcześniej, została pozbawiona swej autentyczności i bardziej przypomina strój jaki przybierają w swoich materiałach zespoły technicznego Death Metalu. Wspomniałem jednak o rozwinięciu owego tracyjonalizmu gatunkowego Nocturnal Amentia. Można by rzec, że jest to prosty zabieg polegający na wymieszaniu / dorzuceniu do riffów swego rodzaju chaotyczności. To już nie tylko agresywne przeplatane z melodyjnością riffy lat 90'tych. Erupcja prymitywizmu przemieszana z hipnotycznymi patentami sprawdza się tu nader dobrze. I tak jak bardzo nie trawię języka ukraińskiego w Black Metalu, tak barwę i tonacje wokaliz wypadają tu poprawnie. Nic nowego, po prostu wszystko utrzymane w kanonach stylistyki, które to mimo upływu tylu lat nadal wyznaczają kierunek i reguły tej muzyki. Ok, dobrnęliśmy do covera Austriaków. Zadam jedno pytanie, na które znający się i szanujący maniacy znają odpowiedź: po chuj? Ja rozumiem, że są nadal na tym świece ludzie którzy mimo że słuchają tej muzyki od minimum kilkunastu lat to nie zadają sobie trudu wyszukiwania wartych uwagi kapel. A gdzie tu mówić o kupowaniu materiałów! Heja na youtube i jestem metalem, haha. Na bazarze albo rockmetal kupić koszulinę i mrok, że aż z dwóch kilometrów ową wieś widać. I tak jest z Belphegor, który skurwił się i gra gówno jakich mało. Owszem trzy pierwsze albumy to zajebistość, ale potem wyczuto hajs i na chuj być szczerym ze swoją twórczością jak można robić muzę dla metali. A niestety, utwór coverowany przez Ukraińców jest już z tej gównianej ery. W sumie to nieistotny element zamykający płytę, ale jednak pojawił się i rzuca nikły blask austriackich spierdolin na Nocturnal Amentia.
Czwarty album tej hordy mija bardzo szybko w odtwarzaczu. Za każdym razem skracam go sobie o owy wybój jakim jest wspomniany cover. Ale co by tu nie pieprzyć bez końca, album stoi ponad przeciętność. Nie jest czymś wybitnym, zachwycającym ale nie pozwala się nudzić. Czego by tu nie napisać, nie można Ukraińcom odmówić pasji i uporu w pisaniu kolejnych materiałów. Możecie się czepiać, że wysoko ale mi naprawdę wchodzi.

7/10

https://nocturnalamentia.bandcamp.com/
http://www.coldbreathofsilence.com/


21 lut 2017

Kingdom 'Sepulchral Psalms from the Abyss of Torment'

CD'16
Album
Godz ov War Productions

Lista utworów:
1. Sepulchlar Psalms
2. Monolith of Death
3. Forsaken Tribe
4. Kaplica Ducha Zgniłego
5. Abyss of Torment
6. Black Rain upon the Mountain of Doom
7. Whispering the Incantation of Eternal Fire
8. Cromlech (Darkthrone cover)

Trzeci album rodzimego Kingdom pogrzebał wszystko. Nie sądziłem, że da się przebić to czego dokonano na poprzednim albumie 'Morbid Priests of Supreme Blasphemy'. Nic bardziej mylącego. Kingdom dopierdolił Death Metalowym ogniem, pozostały tylko zgliszcza. Ten materiał to taki delikatnie mówiąc wpierdol, że trudno doszukiwać się tu jakichkolwiek błędów. Poniżej słów kilka o najnowszym dziele nieświętej trójcy z Płocka.
Album zaczyna się zniekształconymi dźwiękami, trzaskami i zdeformowanym monologiem szaleńca. Słyszymy to niespełna minutę. Po chwili niczym nieoczekiwana eksplozja zaczyna się uczta Metalu Śmierci. Wiele ostatnimi czasy ukazało się materiałów, które zachwycają swoim poziomem, ponurą wręcz cmentarną aurą. Kingdom zrobił coś jednak zgoła innego. Sięgając często po klasyczne rozwiązania w aranżacjach, wije swą porażającą muzyczną opowieść w siedmiu rozdziałach. Nie ma tutaj posępnej mantry, materiał nie jest również duszny. Słuchając tego materiału mam wrażenie jakbym odświeżał pokryte grubą warstwą kurzu stare i dawno nie słuchane albumy, a z drugiej strony jakbym obcował z Death Metalem który zaskoczył mnie swoimi kompozycjami. I to chyba tutaj tkwi owy klucz do geniuszu tego albumu. Połączenie bardziej ówczesnych blastujących partii z mozolnymi riffami lub nawet bardziej rytmicznymi rodzą molocha gatunku. Niesamowity mrok poszczególnych utworów, intensywność z jaką ta muzyka atakuje umysł oraz jak pochłania bezkresnie uwagę słuchacza - elementy te zasługują na wzorową ocenę. Jeśli była już mowa o aranżacjach, muszę tu dodać, że riffy gitar są po prostu mistrzowskie! Nikczemne, sposępniałe, grobowe, horrendalnie fatalistyczne... Istne scalenie dokonań starego Incantation z tym co serwował nam kiedyś Angel Corpse, a do tego dorzucono jeszcze trochę prostoty Black Metalowych rozwiązań. 'Sepulchral Psalms from the Abyss of Torment' jest zdecydowanie albumem bardzo dynamicznym z duża różnorodnością temp. Niejednokrotnie usłyszymy w utworach wypuszczenie jednej z gitar na przody, która daje trochę oddechu ale i kreuje ową chorą, obsesyjną aurę dalszego mordu. Owe wytchnienia są pozorne. Za każdym razem dostajemy kolejną młócę, mimo iż nie za każdym razem horda wraca z takiej pauzy na najwyższych obrotach. Właśnie to również jest w ich muzyce niesamowite - nie są zmuszeni podkręcać tempa do maksimum by brzmieć cholernie brutalnie, dewastująco, po prostu kompletnie. Wyróżniającym się utworem jest zdecydowanie 'Kaplica Ducha Zgniłego', gdzie warstwa liryczna została podana w rodzimym języku. Język Polski, jak się okazuje, jest stworzony by wyrażać w nim bluźnierstwa. Brzmi to znacznie dosadniej niż choćby pozostałe utwory w języku angielskim, które są skierowane do szerszego kręgu odbiorców. Może i nadejdzie czas, gdy sygnowane logiem wydawnictwo Kingdom, będzie się składać wyłącznie z utworów z Polskimi tekstami. Zwieńczeniem całego albumu jest nawiązanie do klasyki, czyli cover Darkthrone 'Cromlech'. Idealny utwór na finalne złamanie kołem i zakończenie makabrycznego rytuału.
Po odsłuchu takiego albumu można stwierdzić jedno, Death Metal ma się zajebiście dobrze. Trochę krótki to album, ale za to niemiłosiernie diabelski i trujący. Długo nie można się oderwać od tych kompozycji, a gdy człowiek już to zrobi to i tak następnego dnia wróci do owej doskonałości. Podsumuję całość wymowną linią tekstu z utworu o którym już była mowa, czyli 'Kaplica Ducha Zgniłego'. Otóż... 'Kurwy! Rzygam na wasze groby!'

9/10

https://www.facebook.com/kingdomtempleofdeath/
http://godzovwar.com/


17 lut 2017

Caveman Cult 'Savage War is Destiny'

CD'16
Album
Rotting Chapel Propaganda

Spis utworów:
1. F. F. F. (Intro)
2. The Bludgeoning
3. Iron Scourge
4. Ceremonial Disembowelment
5. Altar of Crushed Enemies
6. La eterna guerra sangrienta
7. Caveman Cult
8. Barbaric Bloodlust
9. Death Before Surrender
10. Supremacy of the Savage Hordes
11. Caverns of Atrocity

Po dwóch tasmach demo, Amerykańscy jaskiniowcy wydali swój pełen debiut. Pomijam już genezę nazwy, która mimo że pasuje do wykonywanej muzyki przez Caveman Cult, to jednak gdzieś się błąka uśmieszek dziwnych skojarzeń. Jednak nie ma co się czepiać, bo gorszych nazw były spokojnie z tysiące. Trójka typów, którzy są zamieszani również w inne zespoły, których to chociażby z nazwy nie znam (ale czemu się tu dziwić skoro to jakieś Sludge czy Thrash / Crossover popyliny), uwzięli się na barbarzyństwo najwyższych lotów. A jak im się to udało? Zapraszam na kilka słów o tym jak należy po prostu napierdalać.
Pomimo krótkiego stażu, a tym bardziej niewielkiego dorobku pod względem ilości wydawnictw, Caveman Cult radzi sobie bardzo dobrze brnąc zbroczeni krwią w muzycznym bestialstwie. Pierwsze co zdecydowanie rzuca się 'w uszy' to cholernie skomasowane, brudne brzmienie gitar. Połączono je z mocno żywo brzmiącą perkusją wysuniętą na przód, ale nie na tyle by tzw. czytelność aranżacji była niemożliwa. W pewien sposób kreuje to ohydny balans, jakby małą lukę którędy jest możliwe wpychanie powietrza w te jakże ciasne kompozycje. Równie mocną stroną są same kompozycje, ale jedynie patrząc na całość 'Savage War is Destiny'. Marszowe, wręcz militarne rytmy wymieszane ze zbrodniczym zwyrodnialstwem kompozycji nadają temu materiałowi barbarzyńskiego uroku. Problemem jest natomiast łatwe wyłapanie / zapamiętanie poszczególnych utworów. Dzieje się tak dlatego, że niektóre z nich trwają nieco ponad minutę. Drugim powodem jest niepobłażająca intensywność aranżacji. Każdy z utworów wydaje się być podobny do poprzedniego, nie odstaje od innych i nie wyróżnia się niczym. Jednak owe nieludzkie zimno napastliwości tej muzyki ujmuje i zapada w pamięć niczym bezlitosna chłosta. 'Savage War is Destiny' w trakcie trwania dręczy dotkliwie, gnębi agresją i nie pozwala się rozstać słuchaczowi nawet na moment ze swą zajadłością. Wyrzygane wokale zieją nienawiścią i pogardą do wszelakich wartości. Tu nie ma miejsca na szacunek do czegokolwiek, a zadawanie sobie trudu by takowych cech się doszukać graniczy z czystym idiotyzmem. Okropieństwo, obrzydlistwo, koszmar, prymitywność prymitywności.
Słuchając takiego materiału mam wrażenie, że sięgam po najdalsze skryte głęboko w podświadomości pokłady potworności i paskudztwa. To co odnajduję jest szkaradne niczym projekcja z umysłu szaleńca. Trochę ponad 30 minut sonicznego horroru szybko dobiega końca. Naciskam 'play' ponownie.

9/10

http://cavemancult.bandcamp.com/
http://rcptapes.blogspot.com/


16 lut 2017

Sepulchral Zeal 'Open'

Taśma'15
Demo
Terratur Possessions

Lista utworów:
1. Open, Ye Core
2. The Womb Opens

Z Niemiec dotarło do Nas kolejne bluźnierstwo. Trójka istnień ukrywająca się pod pseudonimami Zeit, Impuls, Maschine powołała do 'życia' ten twór w 2014 roku. Rok później ukazała się ta demówka o której dzisiaj powiemy parę słów. Jedyne co mnie zastanawia, to brak informacji na temat powiązań z innymi hordami członków Sepulchral Zeal. Materiał jest tak doskonały aranżacyjnie i cholernie wciągający, że brak jakichkolwiek koneksji z bardziej uznanymi zespołami po prostu dziwi. Rzadko się zdarza by zespoły młode i bez bagażu doświadczeń w undergroundzie, nagrywały na start tak mocne wydawnictwa.
Sepulchral Zeal ze swoim dwu-utworowym demosem serwuje bardzo wyborną porcję Black / Death Metalu. 17 minut, bo tyle trwa ten materiał, kładzie kres wszystkim co się dzieje wokół nas w trakcie słuchania tego materiału. Wiem, że powtarzam to przy okazji opisywania bardzo dobrych nagrań danych zespołów, ale to już kolejny raz kiedy muzyka mnie po prostu wgniata w krzesło / fotel. A ja poddaję się tej hipnozie. I z każdym kolejnym odsłuchem 'Open' moja fascynacja względem rdzenia tej muzyki rośnie. Jeżeli trzeba by było porównać hordę do bardziej kojarzonych na scenie tworów to zdecydowanie rzuciłbym tutaj nazwą naszego plugastwa Cultes des Ghoules. Co prawda ostatniego albumu CdG nie jestem w stanie póki co odsłuchać, a złożyło się na to kilka powodów. Bynajmniej nie mam na myśli ponad 100 minut muzyki jako przeszkody, bo zaplanować sobie dzień tak by z ponad 12-14 godzin poza snem znaleźć 2 godziny na muzykę to nie problem. Kto twierdzi inaczej, ten pierdoli jak potłuczony. Ale o tym materiale i wszelakich za i przeciw napiszę przy innej okazji. Wracając do Niemców, mam wrażenie że to dość osobliwe podejście do tematu takiej stylistyki. Zacznijmy od tego, że nie często się zdarza by w otchłanicznym brzmieniu jakie posiada Sepulchral Zeal gościły inne instrumenty poza tymi z podstawowego zestawu. A tutaj od początku dostajemy pianino, które w cholernie chorobliwy sposób scala się z tempem muzyki ale też i poszczególnymi riffami gitar. Atmosfera o której wspomniałem to czysta groza, bojaźń, psychoza ohydy. Jedyne porównanie jakie ciśnie mi się na klawiaturę jest następujące. Czasem trafiacie zapewne na książkę w której już po kilku zdaniach tkwicie po uszy w makabrycznym świecie groteski wykreowanej przez autora. Tak właśnie jest w przypadku muzyki z dema 'Open'. Kilka pierwszych dźwięków i już wiadomo, że człowiek otrzymał kasetę z nietuzinkowym materiałem. Brzmienie, które graniczy na poły z surowością pozbawioną jakby dynamiki a z drugiej strony mamy tutaj piwniczny, ukryty smród istnej Śmierci. Dodatkowym atutem, jeśli wrócić do wątku mało wykorzystywanych instrumentów, są o ile dobrze słyszę instrumenty dęte (saksofon?). We wkładce jak na złość o tym cisza, zacząłem się zastanawiać czy aby słuch mi nie szwankuje. W utworze 'The Womb Opens' kreują taki klimat psychodelii, że patrząc na obraz zdobiący front taśmy zaczynam w pełni dostrzegać szaleństwo rytuału w jakim dane mi było dzięki muzyce Niemców uczestniczyć. Wokale, tutaj również nie można się przyczepić do czegokolwiek. Mamy do czynienia z wyżynami wyżyn. Opętanie, mrok, rytualność przekazu i cholerna autentyczność.
Trójka Niemców dokonała naprawdę wyjątkowej klasy materiału. Szkoda, że to tylko demo, bo gdyby tak dodać jeszcze ze dwa utwory o podobnej długości moglibyśmy mieć spokojnie do czynienia z pełnym albumem. Trzeba teraz cierpliwie czekać na kolejny krok Sepulchral Zeal, oby nie była to tym razem jakaś Ep'ka hehe. Nie wiem jak się ma sprawa z dostępnością tej kasety na dzień dzisiejszy, bo znając renomę Terratur Possessions pewnie rozeszło się błyskawicznie. Tak czy srak polecam zapoznanie się z ich muzyką.

9/10

http://www.facebook.com/SepulchralZeal/
http://www.terraturpossessions.com/


15 lut 2017

Decayed 'The Burning of Heaven'

CD'16
Album
Hellprod Records

Lista utworów:
1. The Rise of Darkness - Prologue
2. The Burning of Heaven
3. Son of Satan
4. Dark Soul - The Prophecy
5. War of the Gods
6. Defy thy Master
7. The Mirror of Usire
8. Halls of Torment Part II
9. Night of the Demons - Introduction
10. Deaf Forever
11. Cravado na Cruz
12. Revered in Blasphemy

Istniejący już od 1990 roku Decayed, to jeden z pionierskich zespołów z Portugalii jeśli mowa o podziemnym Black Metalu. Na swoim 11-stym albumie nie znajdziemy żadnych ale to absolutnie żadnych nowości w ich stylistyce gry. Do dzisiaj te trio hołduje starej szkole gry. W tak podanej stylistyce gry, nie ma tutaj czasu na urozmaicenia i wkraczanie w strefy duchowe. Zresztą, wystarczy spojrzeć na tytuły utworów by zauważyć, że w przypadku Decayed siła leży w prostocie. J.A., który to do dnia dzisiejszego stoi za sterami tej hordy uparcie realizuje swoją wizję. Tym niemniej zostałem mile zaskoczony gdy w 2011 roku szeregi Decayed zasilił Vulturius znany przede wszystkim ze swojego solowego projektu Irae oraz współtworząc wraz z liderem Corpus Christii twór będący czystym hołdem dla Les Legiones Noire, a mianowicie Morte Incandescente. Muzyków przewinęło się sporo przez hordę, ale nie ma się czemu dziwić - to w końcu 27 rok w undergroundzie, a u ludzi różnie z determinacją do grania bywa. No ale te dywagajce pozostawmy na boku, czas przejść do meritum tej recenzji.
'The Burning of Heaven' to jak wspomniałem 11-sty pełen album zespołu, ale jakby podliczyć wszystkie dema, splity i EP'ki to otrzymujemy wynik 57 wydawnictw. Nieźle, prawda? Wspominałem już o determinacji J.A., ale trzeba to jemu przyznać raz jeszcze - facet jest opętany Diabelskim Metalem! Przecież poza Decayed, ma jeszcze poboczne hordy w których tworzy: Hoth, Alastor i Thugnor. Owszem, nie z taką częstotliwością jak w przypadku Decayed ale skąd jeszcze czas na cokolwiek innego? Wielki szacunek! Należy dodać, że Portugalczycy nie odnieśli żadnego sukcesu ze swoją muzą. Ot, mają rzeszę oddanych fanów i tyle a grają dla własnego zaspokojenia ego. Przejdźmy zatem do albumu. Materiał zawarty na nim jest stricte gitarowy, bardzo dynamiczny ale nie pozbawiony też pewnej dozy klimatu. Jak wspomniałem, zespół porusza się wedle reguł starej szkoły, więc nie ma tutaj parcia by całkowicie odrzucić takie elementy jak instrumenty klawiszowe czy nawet sporadyczne kobiece wokale. Właśnie dzięki temu, że klawisze momentami pojawiają się w tle reszty instrumentarium, materiał zyskuje na jakby lekkim zróżnicowaniu. Poza ciągłym bombardowaniem ostrymi riffami aranżacjami, mamy wplecione elementy przywodzące na myśl wymieszany patos z niepokojem. Owa makabreska bardzo dobrze się sprawdza w kontraście ze stricte Black Metalowymi patentami. Acha, zapomniałem dodać że w muzyce Decayed tkwi jakby ogniwo mrocznego rock'n'rolla. Utwory potrafią być rozbudowane, w żaden sposób nie hipnotyczne, a trwające ponad 10 minut jak choćby utwór tytułowy. Brzmienie jest czytelne, pozbawione większej chropowatości, ale twardo i bez wahania nawiązujące do starych nagrań sprzed ponad 20-stu lat. Szczerze mówiąc to przy takich dźwiękach nie ma za wiele 'pierdolenia', ot 'The Burning of Heaven' to kawał zajebistego Metalowego grania, którego szczyle nie łykną a starzy wyjadacze docenią. Zero podążania za trendami, zero oglądania się za siebie, pieprzony Black Metal z dużym naciskiem na drugi człon owej łatki. Według mnie rewelacja w kategorii chamskiego hołdu dla czasów minionych i trzymania się sztywno określonej stylistyki bez względu czy to się komuś podoba czy nie. Czekam na 12-sty album, a w międzyczasie jest co odświeżać z ich dorobku.

9/10

http://www.facebook.com/DKD666
http://www.helldprod.com/


11 lut 2017

Quintessenz 'Back to the Kult of the Tyrants'

winyl'13
Evil Spell Records

Side A - Kult
1. Reinflame the Stake    
2. Back to the Kult of the Tyrants
3. Nekrowhore
4. Sepulchral Desecration
5. Black Metal Holocaust
Side B - Tyrants
6. Ancient Rites
7. D-Beat Hammer
8. Wings of Blasphemy
9. Hail the Hordes of Eternal Death
10. Iron Hammer Sacrifice

Debiutancki album jednoosobowego projektu z Niemiec, który to przez pierwszy etap istniał pod nazwą GenozideRichards Quintessenz (i nic pod tym szyldem oficjalnie nie wydał, hehe), to konkretny strzał jeśli ktoś kocha miksturę Black i Thrash Metalu. Co prawda ukazał się już w zeszłym roku następca opisywanego materiału o tytule 'To the Gallows', ale przy ilości ukazujących się obecnie albumów nie jestem w stanie ogarnąć wszystkiego. Czas najwyższy spisać treść petycji by doba trwała minimum 48 godzin i puścić ją w obieg. Dodatkowo, nie obraziłbym się gdyby kupowanie nowych materiałów (przynajmniej w moim przypadku) było dofinansowywane z skądkolwiek, hehe. Ktoś już dawno winien się zająć tematem -> wizyta u psychologa i wystawiona diagnoza o treści 'Pacjent nie nadaje się do funkcjonowania w obecnym społeczeństwie. Jedyne źródło utrzymania prawidłowości funkcji życiowych to odsłuch kolejnych kaset, płyt i winyli. Zalecenia: kupno poprzez refundację kosztów zakupów nowych materiałów muzycznych w ilości minimum 10 egzemplarzy tygodniowo.' Wracając jednak na ziemię i nierealne marzenia odkładając potulnie w kąt, 'Back to the Kult of the Tyrants' to niebudzący wątpliwości kawał rzetelnego grania.
Black / Thrash Metal serwowany przez Genözider'a czyli jedyną osobę odpowiedzialną za całokształt tego czym jest i stał się Quintessenz, to muzyka w której bez problemu można usłyszeć jedno. Facet zjadł zęby na Metalu, a album to prawdziwy hołd dla starych kapel sprzed minimum 25 lat. Można tu się sprzeczać czy faktycznie łatka, a raczej jej element 'Thrash' nie powinien być zastąpiony członem 'Heavy'. Utwory takie jak 'Necrowhore' chociażby potwierdzają taką tezę. Zresztą, jeśli szukacie srogiego łomotu w stylu Witchmaster, to Niemiecki projekt zdecydowanie prezentuje odmienną szkołę grania. Po przesłuchaniu 'Back to the Kult of the Tyrants' proponuję włączyć dla porównania 'Bathory' i wszystko będzie jasne. Black / Thrash jaki tutaj otrzymujemy jest cholernie intensywny, dynamiczny w większości utrzymany w średnich tempach. Gitary są bardzo surowo zarejestrowane, ale chyba nikt tutaj nie zabiegał o wyssane z dupy śliczne brzmienie. Bardzo dużym plusem tego materiału jest jego prostota. Wiadomo, nagrać coś skomplikowanego i uderzającego setką pomysłów na minutę zawsze można. Ale siła drzemie w prostocie. Tak właśnie postąpił Genözider aranżując ten materiał i stworzył trochę ponad 30 minut muzyki w iście długowiekowym stylu. Przecież taki 'Ancient Rites' to odpowiedź na 'Graveyard Slut' wiadomo kogo. Jedynym minusem według mnie jest, ale tylko i wyłącznie ze względu na moje upodobania muzyczne, utwór 'D-beat Hammer'. Elementy tej stylistyki inkorporuje do swojej twórczości obecnie masa zespołów, czyniono tak też i w początkowych dniach sceny. Jednak utwór ten w całości praktycznie oparty jak tytuł wskazuje na d-beat'cie stał się ciężkostrawną padliną. Ostatnia sprawa czyli wokale. Tutaj bez niespodzianek, ot typowe Black Metalowe wokalizy, może trochę bardziej wyraziste i czytelne, uzupełniane 'ugh'-ami. I to chyba na tyle.
'Back to the Kult of the Tyrants' można w sposób niewątpliwy polecić maniakom owych Diabelskich dźwięków. Znakomicie dynamiczne aranżacje znacząco przyprawią was o ból karku, a entuzjazm bijący z tego materiału zarazi niejednego by sięgnąć i odświeżyć trochę klasyków gatunku. Tak więc kufle w dłoń i ku chwale Tyranów!

8/10

https://www.facebook.com/grquintessenz
http://www.undercover-records.de/


10 lut 2017

Temple Nightside 'The Hecatomb'

CD'16
Iron Bonehead Productions

Lista utworów:
1. Graven
2. Adrift in Sepulchral Entropy
3. Ossuary (Commune 3.1)
4. Fortress of Burden and Distress
5. The Murderous Victor (Commune 3.2)
6. Within the Arms of Nothingness
7. Tempest
8. Burial Adoration (Commune 3.3)
9. Charnel Winds

Jak dobrze pamiętamy, długograj 'Condemnation' czyli pierwszy album Australijczyków, spowodował spore zamieszanie w podziemiu. Maniacy gatunkowej mikstury Black / Death Metalu podanej w rytualny wręcz sposób, kipiącego namacalnym mistycyzmem, mieli nie lada ucztę. Nie inaczej jest w przypadku drugiego pełnego albumu, ale o tym poniżej. Temple Nightside powstało w 2010 roku, a osoby tworzące ową hordę nie są w żaden sposób nowicjuszami. Udzielają się nadal aktywnie w takich projektach jak Ill Omen, Vassafor czy Grave Upheaval. Przeszłość owych osób jest równie bogata jeśli mowa o udzielaniu się w innych hordach. Wspomnę tylko o kilku nazwach jak Perdition Oracle, Paroxysmal Descent, Sinistrous Diablocus, Pestilential Shadows czy Diocletian.
Zacznijmy od tego, że 'The Hecatomb' to istny trakt prowadzący wprost do zadymionych od płonących pochodni jaskiń, gdzie pleśń i wszelakie paskudztwo pokrywa te dawno zapomniane ściany. A my chcąc nie chcąc jesteśmy skazani na wędrówkę po owych lochach, rozpadlinach i pieczarach. Gdzie odór wszechobecnej Śmierci wymieszany z odrazą jest na wyciągnięcie ręki. Takie skojarzenia wywołuje we mnie ten materiał. Archaiczna, totalnie brudna i nisko zestrojona muzyka wwierca się w mózg niczym najbardziej złośliwy wirus, coś piekielnego gotowego by pożreć. Sposób rejestracji dźwięku na tym wydawnictwie jest niesamowity w swej dozie nieludzkości. Po wielokroć można odnieść wrażenie, że podczas odsłuchu 'The Hecatomb' spoglądamy właśnie w TĄ Otchłań, a Ona bezkresna, niezgłębiona czeluść odwzajemnia się i patrzy dogłębnie w nas. Mocne, niskie brzmienie gitar i dudniąca gitara basowa budują powoli atmosferę grozy, otwartego grobowca o nieprzeniknionych i gęstych ciemnościach. Zawodzące, jęczące partie niczym w najbardziej ohydnej z wersji z możliwych agonii. Ta muzyka to istny kult Śmierci. Nie ma nawet najmniejszej mowy o jakimś pustym udawaniu, próbie wytworzenia sztucznego 'produktu'. Autentyzm jaki bije od tego albumu po prostu zniewala, okłada z furią pięściami czaszkę niczym obłąkany szaleniec. Tempa muzyki są zróżnicowane, od wolnych , gdzie prym wiedzie gitara a w tle słychać wolne uderzenia werbla niczym w tajemnym rytuale, po szybkie przy których ściana dźwięku pożera naszą resztkę rozsądku. Materiał ma jeden minus, a mianowicie ciężko się słucha osobno poszczególnych utworów. 'The Hecatomb' stanowi całość, tutaj nic nie poradzimy. W końcu nie jest to album z którego będziemy wybierać poprzez głosowanie utwory do listy przebojów. Na koniec dodam, że celowo nie opisałem wokali, które w swej monstrualności są tak doskonałe, że zapewne zabrakło by mi epitetów. Jak to mawiają tu i ówdzie - przeżyj to sam.
'The Hecatomb' to istny grobowiec. Tytułowa hekatomba, która w swym pierwotnym znaczeniu była składana Zeusowi, tym razem swą ofiarami prosi o łaski zapomnianych bogów. Starożytne bóstwa Śmierci przy pogrzebowym uwielbieniu jakim oświecił nas Temple Nightside będą stopniowo podnosić się odległych grot. Powaga, bezkres, zagłada. Godzina śmierci nadeszła.

9,5/10

https://www.facebook.com/templenightsidenecromancy
http://www.ironbonehead.de/


9 lut 2017

Pest 'Buried'

CD'14
Ketzer Records

Lista utworów:
1. Intro
2. Burial
3. The Kingdom of Madness
4. The Hunt
5. Vicious Wrath
6. Warriors of Darkness
7. Ära
8. Call from the Other Side
9. Awakening
10. Descending into Darkness
11. Totentanz
12. Bygone

Szkoda takich zespołów jak Pest. W tym roku zespół obchodził by swoje 20-to lecie, jednak kolejne losu potoczyły się inaczej. W 2011 roku w wypadku samochodowym zginął w wieku 36-ciu lat Mrok (Artur Białkowski) i zespół zaniechał kontynuacji. Jeszcze tego samego roku zawiesili broń. Opisywany album był jednak już wcześniej nagrany i ukazał się pośmiertnie w 2014. Tak jak decyzja o rozwiązaniu zespołu jest zrozumiała, tak do dzisiaj żałuję że nic nowego nie usłyszymy od Niemieckiego Pest. Kto jest zaznajomiony tylko z Szwedzkim Pest, radzę sięgnąć po dyskografię niemieckiej hordy. 5 albumów jakie nagrali przez 14 lat istnienia są warte uwagi.
Od czego by tu zacząć... 'Buried' jako tytuł idealnie pasował do sytuacji zespołu zarówno dosłownie jak i w przenośni. W końcu ich długoletni kompan odpowiedzialny za perkusję, gitary i część instrumentów klawiszowych odszedł niespodziewanie. Oczywiście na materiale próżno by szukać momentów nostalgii czy melancholii, ponieważ poza utworami które występują w roli intra lub outra, horda zieje nienawiścią i plugawym śmiertelnym klimatem. Większość aranżacji 'właściwych' utworów na 'Buried' jest szybka, intensywna i ubrana w szatę poczucia bezcelowego siłowania się gdy śmierć spotyka życie. Spora dawka klawiszy w tle, która jest bardzo dobrze zgrana z riffami gitar, tworzy owe tło makabryczności. Towarzyszący motyw przewodni na tej płycie którym to jest śmierć, a mając w pamięci okoliczność że jednego z członków zespołu już nie ma pośród żywych, dodaje temu materiałowi dodatkowego wydźwięku. Mniej wybitną stroną tego albumu są takie utwory jak 'The Hunt' w całości zagrany na syntezatorze imitującym fortepian. Słychać tu taką naciąganą sztuczność, coś jakby nie do końca było wiadomo jak powstały pomysł zrealizować muzycznie. Ale jednak coś tam nagraliśmy, to pieprzyć to, niech już będzie. Przynajmniej ja to tak odebrałem. Riffy gitarowe są na 'Buried' jakby lekko schowane za perkusją i wokalami. Trochę też przysłania je pobrzmiewający w tle syntezator. Jednak nie jest to rażące, bo stwarza efekt jakby enigmatyczności. Owa nieostrość, która mimo że instrument jest i tak słyszalny oraz nie traci na uderzeniu, stwarza atmosferę przyczajonej w pobliżu, wręcz możliwego do dotknięcia horrendum. Jeśli mowa o gitarach, należy zauważyć jak sprawnie zespół radzi sobie z wplataniem elementów gitary klasycznej podczas gdy gitara prowadząca nadal gra swoje partie. Blastująca fanatycznie perkusja zwalnia w poszczególnych częściach albumu by przejść w tempa średnie. Wspomagana przez słyszalne linie basu, mimo wspominanej nieostrości gitar, nadal oferuje bardzo dynamiczny kąsek muzyki. Chaotyczne, zatrwożone i jakby nieopanowane wokale dopełniają czary na tej makiawelicznej ceremonii.
Gdyby nie śmierć Mrok'a, Pest zapewne nagrywał by po dziś dzień równie mocne materiały. Można by teraz zacząć snuć całą epopeję o niesprawiedliwości przypadku jakim był wypadek samochodowy tego muzyka. Tylko to już niczego nie zmieni. Lepiej od czasu do czasu włączyć jeden z albumów Niemieckiego Pest i radować spółkę duszy z mordą tym co po sobie zostawili. Niektóre materiały Niemców możecie jeszcze wyhaczyć na durnym Allegro, albo szukać w dystrybucjach.

8,5/10

http://www.pest-musik.de/
http://www.ketzer-records.de/


8 lut 2017

Worthless 'Grim Catharsis'

CD'15
Ranka Kustannus

Lista utworów:
1. Mental Hammer
2. Commence the Sacrifice
3. Altered States of Consciousness
4. Mortal Pilgrimage
5. Anthropic Venom
6. Ageless Grimness
7. Perpetual Funerals
8. The Wanderer and His Shadow

Tym razem przychodzi mi opisać trio z Finlandii grające Death Metal. Zespół powstał w 2009 i wypluł z siebie do tej pory dwa demosy i opisywany właśnie debiutancki album. Ponad 40 minut zamknięte w ośmiu utworach mija bardzo szybko, Finowie nie odkrywają niczego nowego poruszając się ścieżkami uczęszczanymi już od dawna. Jednak sprawdza się to bardzo dobrze i kolejny raz muszę przyznać, że nie przeszkadza mi słuchanie riffów i aranżacji które zostały uprzednio wykorzystane pod innymi szyldami nazw.
Finowie porwali się na miksturę gatunkową łączącą Szwedzkie granie sprzed lat i połączyli to zgrabnie z klimatem Fińskich albumów wydanych także w latach ubiegłych. Sporo w tym Grave, ostrej melodyki jaką znamy z Dismember oraz przebojowości z jakiej zasłynął Entombed gdy wydali trzeci album. Trochę nie po drodze było mi z okładką jaką ukazał się 'Grim Catharsis', takie jakby nieudolne nawiązanie do twórczości Beksińskiego. Ale skoro Worthless taką sobie oprawę wizualną wybrał, to już nie moja brocha. Faktem jest, że delikatnie mówiąc ma się to nijak do zawartości muzycznej. Brzmienie materiału to scalenie starej szkoły gitar z dobrze wypośrodkowanym ciężarem pozostałych instrumentów. Zarówno w momentach partii solowych gitar czy też podstawowych riffów, gitara basowa nie znika za ścianą dźwięku i jest nadal dobrze słyszalnym instrumentem. Perkusja nie jest zdecydowanie zarejestrowana analogowo, ale nie razi sztucznością. Realizator dźwięku postarał się by 'Grim Catharsis' w pełni brzmiało autentycznie i stało jak najdalej od nowoczesnej zbitki dźwięków kojarzących się z plastikowym gównem. Struktury utworów charakteryzują się raczej średnio-wolnymi tempami, ale mimo tego 'Grim Catharsis' jest dość dynamicznym albumem. Tak jak wspomniałem na początku, słucha się tego 'bez popity' - wchodzi niczym dobra whisky. Bardzo ciekawie są zrobione wokale, które są wykrzyczane w gardłowy sposób i nijak to do typowych growli nie pasuje. Sekret wysokiej słuchalności tego albumu leży wg mnie we właśnie ów niby mozolnym tempie, które nieodparcie kojarzy mi się ze starą szkołą Death Metalu rodem ze Szwecji. Atmosfera tego materiału wywołuje skojarzenia czegoś chorobliwego. Tak, zdaję sobie sprawę, że to ma się nijak do obecnie modnych i słuchanych hybryd Death / Black Metalowych, gdzie piwniczna pleśń miesza się z gruzem brzmienia. Worthless, mimo że kroczą w zgoła odmiennym kierunku, powodują swoją muzyką podobne zunifikowane poznanie muzyki. Melodyjnie, ale diagnoza wypada podobna.
Worthless swoją muzyką zdecydowanie dotrą do pewnej rzeszy fanów, ale nie spodziewałbym się tutaj setek tysięcy odbiorców. Są zespoły lepsze i gorsze, a miejsce Finów niech pozostanie w undergroundzie. Solidna druga liga, bez zaskoczenia i eksperymentów w sam raz dla takiego starego grzyba jak ja.

7/10

https://www.facebook.com/Worthlessofficial
http://www.rankakustannus.fi/


4 lut 2017

Grave Miasma 'Endless Pilgrimage'

EP'16
Sepulchral Voice Records

Lista utworów:
1. Yama Transforms to the Afterlife
2. Utterance of the Foulest Spirit
3. Purgative Circumvolution
4. Glorification of the Impure
5. Full Moon Dawn

Pierwsze 4 lata istnienia, Grave Miasma tkwiła w piwnicznych podziemiach pod nazwą Goat Molestör. W 2006 roku Londyńczycy zmienili nazwę na obecną, która bardziej obrazowo jest powiązana z twórczością hordy. Dla tych, którzy do tej pory nie mieli styczności z muzyką opisywanego zespołu (chociaż trudno mi sobie wyobrazić by szanujący siebie maniacy nie znali tej nazwy i nie kojarzyli z daną twórczością), Grave Miasma gra Death Metal gloryfikujący Śmierć, poszukujący skutecznie Ciemności ścieżką głębokiego okultyzmu. Opis ten to duże uproszczenie, ale temat skąd takie powiązania czy nawet asocjacje rozwiniemy poniżej. A przynajmniej spróbujemy.
Licząc w pełnej dyskografii Brytyjczyków, jest to czwarte wydawnictwo. Wpierw zostaliśmy uraczeni dwiema ponad pół godzinnymi Ep'kami, nastepnie ukazał się pełen album i po trzech latach ciszy ukazała się kolejna Ep'ka. Pięć utworów składających się ponownie na ponad pół godzinne misterium nie pozostawia złudzeń, że horda jest dalej w świetnej formie i permanentnie rozwija swój styl. Rzecz jasna, owy rozwój jest utrzymany w sztywnych ramach dusznego i smolistego Death Metalu. Jedyne 'ozdobniki' pojawiające się na tym wydawnictwie to wstawki orientalnie brzmiących gitar czyli element generalnie znany już bardzo dobrze w tej stylistyce. Brzmienie 'Endless Pilgrimage' jest bardzo zbite, siarczyste i cholernie wręcz klaustrofobicznie nisko zestrojone, co miało miejsce i na poprzednich wydawnictwach. Dzięki temu nagromadzenie takich elementów jak odór śmierci, rytuały uwielbienia Śmierci czy też nieczystości po to by odrzucić całun życia, stają się wyczuwalne. Wyrazistość tych elementów skłania percepcję do czucia ogniw składowych wychwalających zapomniane stare doktryny uśpionych bóstw. Dosadniej mówiąc, materiał ten jest pełen inwokacji. Przesiąknięty do cna rytualnością która w każdym z utworów wychodzi z odmętów czeluści by wkradać się w nasz głodny takich doznać umysł. Poza wspomnianą obrzędowością aranżacji, utwory są bardzo rzekłbym 'ciasne'. Owszem, z jednej strony wspomniana okazałość atmosfery, ale z drugiej... tu nie ma miejsca by wepchnąć coś jeszcze, jakieś dodatkowe pomysły. Śmiertelną aurę dopełniają również bardzo niskie wokale, które czasami jawią się w formie wyższych krzyków. Jednak i ta forma wokaliz jest na tyle wepchnięta w przysłowiowy grób, że w odbiorze jest niczym innym jak kolejną inkantacją ku chwale Ciemności. Utwory mają zróżnicowane tempo. I tu kolejna ciekawostka, bo mimo że zmiany następują dość często to nie są w żaden sposób chaotyczne i sączą się niespiesznie niczym powolne cierpienie. Cmentarne krypty zostały otwarte, od was zależy czy dacie się w nie wciągnąć. Wypełnione zatęchłym powietrzem, smrodem zepsucia i wilgocią, kuszą nieodpartą tajemniczością. Grobowy Miazmat zobowiązuje.

10/10

http://www.gravemiasma.co.uk/
https://www.facebook.com/gravemiasma
http://www.sepulchralvoice.de/


3 lut 2017

Ravencult 'Force of Profanation'

CD'16
Metal Blade Records

1. Tormentor of Flesh
2. In Macabre Triumph
3. Beneath the Relics of Old
4. Merciless Reprisal
5. Into Depths
6. Doom Oracle
7. Altar of Impurity
8. Temple of the Void

Trzeci album Greków narobił mi pozytywnych szkód na ciele i duszy. Kiedy gdzieś pojawiła się informacja, że najnowszy album ma zostać wydany przez Metal Blade pomyślałem sobie, że już po nich. Pewnie zacznie się słodkie, wycackane brzmieniowo granie. Czyste, śliczne, chujowe, pozbawione jakichkolwiek wartości mogących się kojarzyć z metalem z krwi i kości. Przyznaję, ociągałem się z odsłuchaniem tego materiału właśnie z wyżej wymienionych domysłów. Nic jednak bardziej mylącego, bo dostałem od pierwszych dźwięków strzała w pysk. Zaczęło być zacnie.
Przede wszystkim należy zacząć w sposób w jaki często wytwórnie reklamują swoich podopiecznych przy okazji wydawania nowych materiałów. Otóż, jest to jak do tej pory najlepszy kawał muzy jaki nagrał Ravencult. Materiał nie dość, że czerpiący garściami z klasyki gatunków, to jak najbardziej ze swoim obliczem. Tu już nie chodzi o pojedyncze riffy w poszczególnych utworach i jakie skojarzenia przywodzą na myśl, o nie. Całość aranżacji jest tak wściekła i doskonale współgra ze sobą. Nie ma tutaj absolutnie najmniejszych szans by móc stwierdzić, że dominują tu gitary, wokale czy sekcja rytmiczna. Każdy z utworów tworzy cholernie silną, wyraźnie zarysowaną ofensywę muzyczną spod znaku Black Metalu wymieszanego z Thrashem ale i również z Death Metalowymi pomysłami przeplatającymi się w partiach gitar. To niczym pieprzony szturm piechoty połączony ze skomasowanym obstrzałem na wroga, który już dawno zaniechał wymiany ognia. A mimo tego, bezlitosne oblężenie trwa dalej. 'Force of Profanation' (dobrali trafie tytuł, oj dobrali!) to niekończąca się agresja podana w starym stylu jednak w nowym opakowaniu. Przecież taki otwierający płytę 'Tormentor of Flesh' to elementarny pokaz jak powinien brzmieć Black / Thrash Metal. Ale co w tym nowego? Ano nie za wiele, poza miażdżącym brzmieniem plus dorzuceniem, a raczej prawie niezauważalnym przemyceniem patentów właśnie rodem z Metalu Śmierci. Wystarczy się dobrze wsłuchać w gitary, a klasyka sama wylezie niczym skryte szkaradztwo z cuchnących piwnic. Całokształt aranżacji zawiera sporo jadu i agresji jaka bije przy odsłuchu Destroyer666. Chociaż, są i różnice - Ravencult ma bardziej intensywnie skomponowane utwory od Australijczyków i jednocześnie są one pozbawione patosu jaki bije od niektórych wolniejszych utworów wspomnianego zespołu. Co więcej? Warto zwrócić uwagę na partie perkusji, które są zagrane wzorowo, na tyle z polotem że głowa sama się rwie do napierdalania. Pomimo dość klarownego brzmienia, instrument ten został tak zarejestrowany że nie razi sztucznością. Wyciągnięte zostało maksimum, ale bez przekraczania granicy dobrego smaku (czyt. nie wchodzimy w rejon plastikowych super brzmiących pudełek). Dynamiczne wokale wypełniają lukę, ten tunel łączący muzykę z treścią. Wokale są, można by rzecz, niczym wyjątkowym. Po cichu można by tu dorzucić łatkę sztampowości gatunkowej, ale właśnie dzięki temu tak doskonale pasują. Nie wyobrażam sobie tej trucizny inaczej brzmiącej czy skomponowanej.
Ravencult wzbił się zdecydowanie na wyżyny swej twórczej drogi. Tym bardziej nie przeszkodziła mu w tym duża wytwórnia, kto wie może jest wręcz dokładnie odwrotnie. Można było lub można nadal zauważyć jak prężnie album jest promowany w sieci czy prasie podziemnej. Z takim cholernie dojrzałym Black Metalem zbudowanym od podstaw na solidnych fundamentach tradycji gatunków zupełnie nie ma się czego wstydzić. Wydzielana toksyna w postaci gniewu i amoku towarzyszyć nam będzie od początku do końca trwania 'Force of Profanation'. Kto nie znał wcześniejszych wydawnictw Ravencult, zachęcam bo warto nie mniej niż w przypadku opisywanego trzeciego albumu.

9/10

https://www.facebook.com/pages/Ravencult-Official/125483307529601
http://www.metalblade.com/us/