28 mar 2017

Horns Of Domination 'Demo 2015'

kaseta'15
Demo
Wydanie własne

Lista utworów:
1. No Beyond (For No One) 
2. Throne of Ecstasy

Dwa lata temu ukazał się debiut Niemców, wpierw jako nagranie online a następnie w postaci kasety wydanej własnym sumptem. Trio członków hordy jest zamieszana w różne projekty o równie dziwnych stylistykach. Mamy tu jednak wyjątek, gitarzysta D.P. odpowiedzialny również za użyte na demie sample, udziela się w dobrze znanym w podziemnych kręgach Venenum. Właśnie, będzie trzeba zdobyć ich nową produkcję. Wróćmy jednak do Horns Of Domination. Recenzja będzie dość krótka, bo i materiał to raptem nieco ponad 10 minut zawarte w dwóch utworach. Kilka słów na temat tego materiału poniżej.
Pierwsze demo które wypluł na światło dzienne Horns Of Domination, to czysta i wredna hybryda grobowego Death Metalu i Black Metalu. W opisie ich stylistyki zarejestrowałem w pamięci coś o Doom Metalu, ale z tym bym poczekał aż dane nam będzie usłyszeć więcej muzyki w wykonaniu Niemców. To, że początek utworu otwierającego demo jest dość wolny a w tle pojawia się gitara akustyczna, to dość mało by od razu łatać małe odstępstwo taką etykietką. Niejednokrotnie zespoły parające się stylistyką grobowego Death Metalu, wysypując na słuchacza tony gruzu, właśnie takie zwolnienia stosuje a nikt niepotrzebnie nie sili się na łączenie ich ze stylem Doom. Pomimo klimatu wprost z krypty, według mnie materiał jest bardzo przyswajalny. Daleko im do machinalnego napierdalania na ślepo, to właśnie dzięki zmianom jakie dzieją się w każdym z dwóch utworów materiał zyskuje na wręcz irrealnej grotesce. Owszem, jest sporo szybkich temp ale czuć w nich swoistą pułapkę, że coś zaraz po nich nastąpi. Miałem wrażenie, że właśnie w tych partiach wręcz wizja się zatracała w dymnym zatrzęsieniu, a piekielna rzeczywistość wynurzała swój ohydny łeb przy średnio-wolnych partiach. Zresztą, miałem nieodparte myśli, że kolejny ich materiał winien ukazać się pod skrzydłami np Iron Bonehead lub chociażby Invictus Productions -> Horns Of Domination idealnie pasują stylistycznie do profili tych labeli. Riffy gitarowe to z jednej strony hipnoza z pogranicza gruzu i transcendencji. Unikalne połączenie. Miażdżą ciężarem, bestialstwem a z drugiej strony oplata nas jakby niezrozumienie natury dźwięku jednocześnie przyciągając jeszcze bardziej ciekawość swą zagadkowością czy dwuznacznością. Wspaniałe brzmienie, zarazem intensywne ale jakby stłumione przez fakt wydobywania się z otchłani. Wokale, wykrzyczane ze specyficzną barwą tonacje wprawiają w kompletny obłęd a przechodząc w growle wgniatają w grób. Dodatkowym wręcz psychodelicznym efektem są tu wplecione monologi - sample, pasujące do całości niczym integralna część muzyki. I to chyba na tyle.
Coś chyba jest na rzeczy. Gdzieś mignęło mi info o koncertach Niemców, więc materiału muszą mieć więcej. Oby to było ten rok, jeśli chodzi o nagranie choćby i drugiego demosa. Chociaż wiadomo, życzyłbym sobie minimum 35 minut i albumu z taką muzyką. Póki co jest bardzo dobrze! Minus, że tylko dwa utwory. Pisać do nich po taśmę, mają niebawem wypuścić kolejną partię ze wznowionym nakładem.

8/10

https://www.facebook.com/hornsofdomination

 

25 mar 2017

Riddle Of Meander 'End of All Life and Creation'

CD'06
Album
Excesor Christianorum Records

Lista utworów:
1. Immortal Hate
2. Maze of the Pentagram
3. Cursed Are the Weak
4. Path of Desecration
5. Raging Abyss
6. When the Fog Veils...
7. Mass Murder
8. Spirit of Sorrow
9. Conquering Night Wind
10. Superior Black Flame

Dzisiaj słów kilka o trochę starszym albumie, mającym już ponad 10 lat. Nie jest to nie wiadomo jaka próba czasu, ale przyznać trzeba, że pełno czasowy debiut brzmi dzisiaj równie dobrze jak wtedy. A z czym mamy do czynienia? Black Metal, Grecja. Horda ta chyba nigdy nie 'dorobiła' się wielkiej jak na realia undergroundu rzeszy fanów, ale według mnie było i jest do dzisiaj na czym ucho zawiesić. Zarówno debiut jak i następny, drugi album 'Orcus' spełniają wszelakie wymogi jeśli chodzi o ten gatunek. Dwa dema które zarejestrowano przed debiutem to równie mocne strzały. Surowa pieczołowitość o totalne Zło sączyła się już z pierwszych nagrań zespołu. Szkoda, że od 2010 roku nastała cisza z obozu Riddle Of Meander. Kto wie, może jednak bestia podniesie ponownie łeb?
Przy stylistyce jaką wykonują Grecy, licznik wskazujący na ponad 53 minuty, to dość odważny zabieg nawet jak na tamten okres. Prawda taka, że surowość i prymitywność dość łatwo spieprzyć nudnymi elementami. Wystarczy kiepska w zamyśle struktura riffów powtarzanych po naście razy, a słuchacz zaczyna odczuwać nudności z mdłościami niczym po kiepskiej jakości, ciepłej, barowej wódce. Riddle Of Meander ominął bardzo zgrabnym łukiem owe gówno, a ślepe podążanie tym co robili poprzednicy ze Skandynawii lata temu przed nimi, wychodzi im na zdrowie. Oczywiście, można dochodzić tu sensu słuchania muzyki, która naśladuje pewne wzorce. Bo niby po co tracić czas? Osobiście uważam, że jest to zrobione z niesamowitym polotem, oddaniem. Czuć na 'End of All Life and Creation' niesamowitą autentyczność. Black Metal na tym albumie jest stworzony przede wszystkim nie na zasadzie chłodnych kalkulacji co wstawimy po kolejnym riffie i czy to zwolnienie będzie 'ok'. Nie, tu prym wiedzie żywiołowość, prawdziwość emocji sterujących aranżacjami. Z jednej strony jest to prymitywny Black Metal z siermiężnymi patentami, czasem w wolniejszych partiach melodyjnymi. Jednak z drugiej strony tu nic więcej nie trzeba. Te 53 minuty przelatują bardzo szybko, a całość materiału jest bardzo zwięzła, wręcz skondensowana. Powrót do tego albumu skojarzył mi się z obcowaniem z bardzo dobrą książką, fachową w swej treści ale napisaną lekkim piórem. Lekkości kompozycji zdecydowanie nam tu zabraknie, bo bije z niego cholerne zatrzęsienie potęgi z zarazem niezłomnym podkreślaniem czym jest Black Metal. Poziom radiacji czystego w formie Zła jest na albumie wyczuwalny bezapelacyjnie. Absolut tej esencjonalności mrozi włosy na karku, wiarygodność pozostaje niezachwiana ani na moment. Surowe brzmienie, w którym słychać echo pochodzenia hordy, świetnie kontrastuje z zimnej kompozycji utworów. Pojawiają się bardzo sporadycznie smaczki jak odgłosy wycia wilka lub dźwięk dzwonu. Utwory pomimo surowego klimatu są dość rozbudowane, jak chociażby 7-minutowy 'Immortal Hate' który otwiera album. Pojawia się w nim, ale także w dalszej części materiału, gitara akustyczna. Element ten dodaje atmosfery, przyciąga jeszcze bardziej uwagę słuchającego. Nienawistne, obrzydliwe wokale wpasowały się bardzo dobrze w linie utworów. Można by rzec, że praktycznie jest to materiał niemal doskonały w swej surowości, konserwatywności i obskurantyźmie. Przynajmniej ja go za takowy uważam.
Nie wiem co się w chwili obecnej dzieje z tą hordą. Szukałem jakichkolwiek wiadomości na ich temat chociażby z zeszłego roku i również zostałem z tych poszukiwań odstawiony z kwitkiem. Pozostaje mi jedynie czekać i systematycznie przypominać sobie o tej hordzie odsłuchując jej kolejne materiały. Teraz czas na 'Orcus'.

9/10

Brak lin zarówno do zespołu i wytwórni


23 mar 2017

Ectoplasma 'Skeletal Lifeforms'

kaseta'16
EP
Metal Throne Productions

Lista utworów:
1. Human Taxidermy
2. Skeletal Lifeforms
3. Slain Meat for the Beast
4. Awakened in the Coffin
5. Towards the Shrouded Infinity (Demigod cover)

Z kolejnej z wymian dotarła do mnie najnowsza produkcja Greckich piewców horroru, a mianowicie Ectoplasma. Otwieram kasetę, a z niej wypada czarna karteczka z tzw. 'poprawną listą utworów'. No tak, wydawca walnął babola i wypuścił 100 sztuk taśmy z powielonym utworem 'Awakened in the Coffin', przez co otwiera nam materiał tej Ep'ki zamiast widnieć tylko i wyłącznie jako utwór nr 4. Jednak chylę czoła za pomysłowość, bo pod owym sprostowaniem listy utworów jest dopisek, który robi całą robotę. Otóż słowa 'You must listen the Awakened in the Coffin two times because the Coffin Awaits You!!!'. Idealna sprawa, dodatkowy smaczek i niezłe wprowadzenie w klimat muzyki archaicznego, starego Death Metalu.
Pomijając błędnie otwierający utwór tą Ep'kę, materiał zaczyna się totalnym pierdolnięciem w postaci 'Human Taxidermy'. Intensywnie, blastująca i na temat - ten minutowy utwór wprowadza niemały chaos i zaskakuje od samego początku słuchacza. Po prostu się tego nie spodziewasz, jest cisza i słychać jedynie nawijaną mechanizmem segmentu taśmę i nagle otrzymujemy cios. Bezlitosny absolutnie. Wspomnijcie sobie lata 90-te i początek demosa 'Gory Departure' Morta Skuld. Zaraz po opętanych wrzaskach egzorcyzmów było kilka uderzeń w bębny i następowało wybijanie zębów. Ectoplasma idealnie nawiązuje do tamtych czasów całością swojego materiału. 'Skeletal Lifeforms' stanowi jakby portal do tamtego okresu, gdzie nie było cukierkowatych brzmień, a pieprzony Death Metal był ohydny i porażał swoją paskudnością. Czasy się zmieniły, lata lecą a nimi nieubłaganie pojawiają się nowe trendy. Jednak, są i w tym całym pieprzonym zamieszaniu tacy jak właśnie nasi bohaterowie z Ectoplasma. Ludzie którzy mają we krwi oddanie i cholerną, masywną pasję by grać taką właśnie muzykę. Powiem jeszcze coś, bo zapewne łatwiej wam będzie dorwać ten materiał na płycie CD którą wydała Repulsive Echo Records. Kaseta jednak, ten analogowy dźwięk, po prostu zabija. To wręcz idealny nośnik dla takich wydawnictw, a wspomnienia od razu nasuwają obrazy gdy tylko taki był dostępny. No ale ja nie o tym chciałem. Brzmienie materiału to naprawdę istna kolosalność! Nawiązuje idealnie do starych czasów lat 90'tych zarówno Fińskiej sceny jaki skomasowanego brzmienia amerykańskich zespołów. Olbrzymim atutem jest wzorowa słyszalność basu, który nie ginie w tej dzikiej kawalkadzie dźwięków. Wspomaga dynamikę brzmienia, ale zarazem daje poczucie selektywności pomimo, że materiał wcale nie jest okraszony super brzmieniem czasów obecnych. Każdy z instrumentów jest dobrze słyszalny, nie nachodzi i nie przeszkadza innym. Zadbano o to by podczas rejestracji dźwięku uzyskać naturalny dźwięk poszczególnych sprzętów, by nie wkradała się tu sztuczna jazda znana z plastikowych produkcji mainstreamu. Kolejny naprawdę masywny plus za struktury riffów. Hołd jaki oddano starej szkole takich potęg jak Morta Skuld, Convulse czy choćby Demigod którego cover zamyka 'Skeletal Lifeforms' jest skrupulatnym i zarazem w pełni naturalnym zabiegiem. Z tego materiału bije po prostu potęga, cholerna omnipotencja Death Metalu! Zresztą ten bezmiar wielkości bije również z wokali Giannisa, którego teksty to istne horrory klasy B. Posiada to wspaniały klimat grozy i jest takie jakim być powinno, przerażające. Ah, no i końcówka czyli cover Demigod!!! Kurwa, lepszego zakończenia nie mogłem sobie wymarzyć! Ile razy nie przesłucham tego materiału, tylekroć mam nieodpartą pokusę sięgnięcia po 'Slumber of Sullen Eyes'.
Grecy wydali jeszcze zeszłego roku poza debiutem także split z tureckim Hatevomit zatytułowany 'Ectovomit'. Znając bezkompromisowość w podejściu do muzyki tej ekipy, nie mogę się doczekać aż jedna z 66 sztuk tej taśmy dotrze i do mnie. Wracając jednak do 'Skeletal Lifeforms', to bez zbędnego pierdolenia polecam. Debiut w postaci 'Spitting Coffins' był niczym podróż po kostnicy, 'Skeletal Lifeforms' zapędzi was dalej, do trumny.

9/10

https://www.facebook.com/Ectoplasma-1579524392276613/
http://metalthroneproductions.webs.com/  -  wersja kasetowa
http://www.repulsiveecho.com/  -  wersja CD


22 mar 2017

Clandestine Blaze 'City of Slaughter'

CD'17
Album
Northern Heritage Records

Lista utworów:
1. Remembrance of a Ruin
2. The Voice of Our Mythical Past
3. Circle of Vultures
4. Prelude of Slaughter
5. Return into the City of Slaughter
6. Archeopsychic Fear
7. Century of Fire

Jak ten czas nieubłaganie leci. Za rok, Clandestine Blaze będzie obchodziło 20-sto lecie istnienia. Zanim to jednak nastąpi, dane jest nam skonsumować w pełni kolejny album, który Mikko akurat w tym roku wydał. Kolejny, czyli dziewiąty... a przecież 'nie tak dawno' radowałem swoje łapska mentalnie eksplodując, gdy to trzymałem 'Night of the Unholy Flames' i dopiero zaczynałem poznawać muzykę tego projektu. Tak, co prawda od drugiej płyty i wiele nie trzeba strzępić języka - Fiński rak pozostał ze mną do dni dzisiejszego. 17 rok uwielbienia dla Black Metalu kreowanego przez Mikkę uważam za rozpoczęty, inaczej się nie da.
'City of Slaughter' charakteryzuje się śmiertelną mizantropią. Ci jednak, którzy śledzą jego poczynania zdążyli zapewne przywyknąć do takiego obrotu rzeczy. Zdaję sobie sprawę z tego, że slogan 'mizantropia' jak i większość które kiedyś miały poważne znaczenie dla opisywania tej muzyki, stał się kolejnym wyświechtanym słowem. Dodatkowo w obliczu tematyki anty religijnej w jakiej porusza się Fin, przywołane określenie może wydawać się mniej trafnym. Ale czy jest coś bardziej wprawiającego w stan własnego wykluczenia względem innych niż stawanie w opozycji do szeroko przyjętych norm jakie narzucają religie? Przecież Clandestine Blaze równie dobrze do nie tak dawna poruszał się w tematyce perwersji, a to kolejny z blokowanych aspektów przez wszystko wiedzących panów w czarnych sukienkach, którzy to tak chętnie prawią o moralności i równie chętnie sięgają do spodni młodych chłopców. No, ale nie miałem tu pisać rzeczy oczywistych więc do rzeczy. Najnowszy album bezapelacyjnie jest celną kontynuacją poprzednich albumów. Znajdziemy tutaj wszystkie elementy z którymi ten twór zdążył nas zaprzyjaźnić. Elementy których wyjściową jest owa wspomniana już na początku mizantropia. Jest w tym coś jakby osobistego, coś co trudno opisać ale i tak ten kto ma wiedzieć, wie w czym rzecz. Clandestine Blaze i tym razem jaki się nam z chropowatym brzmieniem, brakiem ogłady aranżacyjnej. Nie oznacza to, że nagle twórczość Fina stała się chaotyczna i bez ładu. Bardziej piję do tego, że pomimo upływu czasu, Mikko dalej nagrywa to co chce. Oczywiście, że ubiera swoją twórczość w nietolerancję przejawiającą się w brudnym i obrzydliwym Black Metalu. Chociaż wydawać by się mogło, że utwór 'Remembrance of a Ruin' otwierający album, to dość łagodne podejście do tematu. Jednak po przesłuchaniu kilkukrotnym, okazuje się że nie można sobie wyobrazić bardziej doskonałego utworu na otwarcie płyty zatytułowanej 'City of Slaughter'. To właśnie między innymi takimi niuansami by nie rzec niespodziankami jawi się ten album. Na płycie takie utwory jak chociażby 'The Voice of Our Mythical Past' czy Archeopsychic Fear' to totalne ciosy nie pozostawiające złudzeń. Proste, wchodzące bezpośrednio i skrzętnie zaczynające się gnieździć w umyśle nie chcąc go opuścić. Taki jest właśnie ten materiał, nie skomplikowany ale potężny. Można to dostrzec nawet w takim 'Prelude of Slaughter', gdzie poza bębnami i nabuzowaną atmosferą klawiszy wraz z wokalami Mikki, nie usłyszymy nic innego. Jak to buduje klimat! Jak trzyma perfidnie w wyczekiwaniu na tytułowy utwór... A ten prawie dziewięciominutowy kolos ciągnie się swą ponurą i odrażającą aurą, wstrząsa swym dźwiękowym paskudztwem i nieludzką wręcz gloryfikacją śmierci. Kolejną sprawą są tempa którymi jawią nam się tu poszczególne utwory. I tak oto mamy tego całe spektrum, to po prostu Clandestine Blaze. Jak to wygląda od strony wokalnej, chyba nie muszę się rozwodzić. Riffy cholernie surowe w swoich aranżach, proste by nie rzec momentami prymitywne, okraszone zarówno melodyjnością jak i bezpośredniością w szybkich partiach. I to chyba by było na tyle, poniżej krótkie podsumowanie.
Pomimo wielu superlatyw wspomnianych powyżej, nie jest to najbardziej udany materiał Clandestine Blaze. Taki 'Fist of the Northern Destroyer' czy 'Delivers of Faith' stoją wyżej aranżacyjnie według mojej opinii. Jednak Mikko trzyma wysoko i dumnie uniesioną głowę, tego nie można materiałowi odmówić. Stylistyka, która wciąż jest silnie nieokiełznana w wykonaniu Fina, nie należy do łatwej. Nagrać bezsensowny hałas każdy może, nie w tym rzecz. To czemu w 2017 roku podołał bez zarzutu CB, to dzięki 'City of Slaughter' dalej szerzyć mizantropię i Zło. Wywiązał się z zadania bardzo dobrze, na poziomie o jakim wielu może pomarzyć. Patrząc jednak na całokształt dyskografii, Clandestine Blaze nagrywało lepsze rzeczy.

8/10

http://clandestineblaze.bandcamp.com/
http://www.cfprod.com/nh/

 

21 mar 2017

Goatblood 'Defiance & Intolerance'

CD'16
Album
Dark Adversary Productions

Lista utworów:
1. Goatblood
2. Pride of the Wolf
3. Within the Cleansing Chambers
4. Blood of the Fallen
5. Empires Keep
6. Genocide Under a Sanguine Moon

Austalijski Goatblood debiutował pełnym albumem zeszłego roku. Materiał ten pojawił się po jednym demie oraz splicie koncertowym w formacie VHS. Ciekawa sprawa ten split, format jak i cholera limit 20 sztuk. Wątpię, aby miało to szansę opuścić ziemie Australii, hehe. Trójca ludzi zamieszana w owy twór udziela się lub jest blisko powiązana jeszcze z takimi hordami jak Rattenkönig, Blood Rital, Neurotic Dysphoria czy Funerary Temple. Do niedawna cały skład obecnego Goatblood był też częścią składu Mardraum, ale ten niestety po ostatnim kapitalnym albumie 'Southern Darkness' rozpadł się. Jeśli ktokolwiek z Was ma kompletnego pierdolca na punkcie starego Black Metalu, surowego i do granic możliwości emanującego nienawiścią, to polecam sprawdzić zarówno i opisywany zespół oraz w/wym hordy. Album ukazał się pod skrzydłami Dark Adversary Productions i wybór mnie kompletnie nie dziwi. Azgorh i jego wytwórnia od dawna takimi produkcjami się szczyci, a profilowo Goatblood pasuje tutaj doskonale.
Materiał zarejestrowany przez Goablood brzmi zarówno aranżacyjnie, jak i ma w sobie to coś, co skłania mnie do porównania ich twórczości do starych czasów kiedy to Les Legiones Noires były jeszcze aktywne. Nie jest to jednak stricte demówkowa produkcja. W studio wykonano dobrą robotę, bo old school'owa chropowatość dźwięku połączona z śmiertelnie tnącymi wściekłymi gitarami nie pozostawia złudzeń. Jest to stare, prawdziwe i zardzewiałe. 'Defiance & Intolerance' jest zdecydowanie albumem dynamicznym zawierającym w sobie pokaźną dawkę nienawiści. Pomimo, że zespół porusza się dość często po chwytliwych aranżacjach, coś w tej muzyce drzemie, coś niepokojącego. Zważając na właśnie ową prostą strukturę utworów, interesujący jest narastający klimat jaki serwuje nam Goatblood. Poziom bijącej nienawiści, nietolerancji i czystej afirmacji podłości względem nowoczesnego świata, sięga zenitu. Z Black Metalu Australijczyków ulatnia się systematycznie związek chemiczny, substancja która hipnotyzuje i nie pozwala się uwolnić od tego materiału. Słyszane patenty tysiąckrotnie w przypadku wielu innych nagrań, tutaj spełniają jakoby dwie role. Pierwsza, to oczywiście hołd i trzymanie się tradycyjnego oblicza Black Metalu. Nie żadnych udziwnień, klawiszy, okultyzmu czy jakichkolwiek ornamentów muzycznych - od początku do końca nienawiść połączona z najczystszą i zarazem najbardziej wyrazistą formą Ciemności. Druga rola, to odmawianie i przeklinanie życia obecnego. Wychwalanie ludobójstwa, śmierci, Zła. Z drugiej strony pojawiają się elementy dumy i honoru, czyli kolejnych cech wyzbytych i usuniętych z życia szarych mas dzięki karmieniu i ogłupianiu ich debilną telewizją. Słów kilka o samych aranżacjach utworów. Otóż, riffy są jak wspomniałem surowe, chwytliwe. Dzięki temu zabiegowi poszczególne utwory nie zlewają się w całość, można spokojnie rozróżnić dane utwory. Co więcej? 'Defiance & Intolerance' jest albumem głównie średnich i bardzo szybkich temp. Duży szacunek, dla perkusisty, który pomimo rzekłbym nawet braku zainteresowania jakąkolwiek kombinatoryką gry, naprawdę spisuje się bardzo dobrze. Linie perkusji są może i proste, ale w przypadku Goatblood w prostocie siła. Wokale... tutaj jest ciekawie. Osobiście bardzo lubię takie podejście. Na wpół oszalałe, chaotyczne i wykrzyczane w jednej tonacji. Absolutnie pasują do całokształtu konspektu jaki prezentuje ta horda.
Pomimo zbieżności nazw z Niemieckim Goatblood, który jest bardziej rozpoznawalny ale i wykonuje diametralnie inną muzykę, stwierdzam że fani surowego Black Metalu powinni bez namysłu sięgać po nie niemiecki Goatblood. Konkretne uderzenie, archaizm i prymitywna nienowoczesność to cechy jakie odnajdziecie na 'Defiance & Intolerance'. A ponadto tonę przygniatającej nienawiści i pierdolonej socjopatii. Solidny, ale to bardzo solidny album. Szkoda, że to nawet nie 30-ści minut.

8,5/10

Brak liny do zespołu
http://darkadversary.bigcartel.com/


18 mar 2017

Exterminate 'Burn Illusion'

CD'15
Album
Cianeto Discos

Lista utworów:
1. Chapel of Agony (Intro)
2. Doom
3. Burning Illusions
4. The Legacy of the Order
5. God of Deception
6. Judas Tomb
7. The Bells of Damnation
8. Ascencion

Debiutancki materiał Brazylijczyków ukazał się w 2015 roku dzięki tamtejszej Cianeto Discos. Pomimo, że zespół istnieje już 12 lat na swoim koncie poza wspomnianym albumem mają tylko jedno demo i jedną EP'kę. W skład tej maszyny śmierci wchodzą ludzie zamieszani w takie ekipy jak Rebaelliun czy Mental Horror. Z jednej strony byłoby to dobre wytłumaczenie ubogiego wyniku w dyskografii, ale z drugiej... MH nie nagrał nic nowego od 2006 roku i cholera wie czy się czegoś doczekamy. Rebaelliun jak wiemy nagrał zeszłego roku swój trzeci album po reaktywacji. I pomimo, że wałkowałem 'The Hell's Decrees' wiele razy, do dnia dzisiejszego nie mogę się przekonać do zawartości muzycznej tego krążka. No ale miało tu być o Exterminate, czyli najmniej znanym z całej nieświętej trójcy. To do rzeczy, słów kilka o eksterminacji najwyższych lotów.
Po krótkim intrze, Exterminate od razu przechodzi do konkretów. Stylistykę tegoż tworu można określić jako Brutal Death Metal, jednak z dużym naciskiem na szkołę grania z ich kraju pochodzenia. Nie odnajdziemy tutaj nawet echa amerykańskiego odpowiednika tego gatunku. Nawet i dobrze, niech Amerykanie robią swoje a Ameryka Południowa swoje. Można zwrócić tu jeszcze uwagę, że na dobrą sprawę muzyka zawarta na 'Burn Illusion' to nie do końca wypadkowa tego co chłopaki tworzą w pozostałych zespołach. Podczas gdy w Mental Horror tempa są obłąkańcze, a werbel zapieprza na najwyższych obrotach - tu napotykamy zwolnienia lub też średnie tempa, które kojarzą się z bardziej klasycznym podejściem do tematu Death Metalu. Z kolei Rebaelliun to istne nieokiełznane szaleństwo i cios w pysk boga. Według mnie na 'Burn Illusion' temat został ugryziony z obu stron, jednak szala została tak wyważona, by materiał zawierał i furię szybkości oraz przynajmniej wygrażanie pięścią niebiosom. Nie jest to absolutnie żadne powielanie pomysłów, bo może tak odebraliście powyższe wywody. Ot żadna odkrywczość, Exterminate po prostu postawiło karty na pewne schematy po których poruszają się bezpiecznie i wysoko uniesioną głową. Ale do rzeczy i po kolei. Zacznijmy od brzmienia, które odgrywa tutaj nie małą rolę. Przejrzyste z dużą ilością przestrzeni, bardzo dobrze ukierunkowane na dynamikę i łatwość (tfu!) odbioru niejednokrotnie zaawansowanych technicznie patentów aranżacyjnych. Można się przyczepić do ilości nałożonych triggerów na perkusję, ale jeszcze jest znośnie. Wokal bardzo dobrze wyeksponowany na przód, jest potężny i gdy growluje poszczególne linie wokaliz są czytelne. Nie ma jednak monotonii i pojawiają się także wywrzeszczane partie. Linie gitar są zróżnicowane, od szeroko pojętej rytmiki średnich temp, poprzez techniczne riffy oraz sola, aż do typowych dość nawet melodyjnych partii tremolo. Te ostatnie przywołują skojarzenia z nikim innym jak z Krisiun. Bas jest dobrze nagrany, a zboczeńcy zwracający szczególną uwagę na ten instrument bez problemu powinni dotrzeć do jego aranży. Na koniec warto podkreślić jedną rzecz. Otóż, przy tak intensywnym graniu jakie prezentuje Exterminate, porywanie się na utwór trwający niemal 10 minut wydawać się może dość nieobliczalnym posunięciem. Nic jednak bardziej mylnego, utwór przeleciał dosłownie w mgnieniu oka / ucha a złożonością pomysłów wraz z ich wykonaniem powalił na kolana. Ciekawy zabieg w przypadku takiego buldożera jakim bez wątpienia jest owy zespół.
Tak więc, po 12 latach istnienia otrzymujemy debiutancki materiał brazylijczyków, którzy zapewne nie są bardzo znanym zespołem nawet w podziemnych kręgach. Wyszło nader dobrze. Produkcja oraz aranżacje które napotykamy w rozciągłością całego materiału nie pozostawiają złudzeń - mamy do czynienia z profesjonalną robotą dobrze wyćwiczonego w swoim fachu zabójcy. Wiecie czego mi jedynie zabrakło? Co w takich materiałach jest zawsze doznaniem wręcz spazmatycznym w dobrym słowa znaczeniu? Chociażby jakiegoś mini przerywnika, utworu o długości choćby minuty wykonanego na gitarze akustycznej. Mam słabość do takich zabiegów w szczególności w Death Metalu z rejonów Ameryki Południowej oraz Europy. No ale, nie można mieć wszystkiego. Czekam na kolejny cios!

8,5/10

https://www.facebook.com/Exterminatebr
https://cianeto.me/


17 mar 2017

Lluvia 'Eternidad solemne'

CD'15
Album
Hellthrasher Productions

Lista utworów:
1. Abertura
2. Vientos de olvido
3. Rito de melancolia
4. Eternidad solemne
5. Enterramiento en la lluvia
6. Ahogando la luz
7. Divinidad
8. Clausura

Projekt Lluvia pochodzi z Meksyku. Chciałem zaznaczyć to już w pierwszym zdaniu, ponieważ bardzo często jest tak, że zespoły gatunku Black Metal z tamtego rejonu są po prostu mierne. Toporne kompozycje brzmiące niczym odgrzewane kotlety, wszystko po stokroć wtórne i po prostu nudne. I wszystko było by cacy, ale ta siermiężność zazwyczaj była strasznie nieudolna, kompletnie pozbawiona choćby elementarnych pierwiastków jadu, wściekłości. A nawet jeśli był, tym bardziej próżnym trudem bawił niż osiągał zamierzony cel. Lluvia na tle tego motłochu wyłania się niczym kamień szlachetny i od pierwszych dźwięków intra hipnotyzuje aurą i dojrzałością. Poniżej krótki opis zawartości drugiego albumu zatytułowanego 'Eternidad solemne'.
Materiał zaczyna się instrumentalnym intrem gdzie, można usłyszeć odgłosy natury jak woda, wiatry ale w tle dzieje się coś niepokojącego i ten element narasta. Owa dominacja mroku kończy się istną eksplozją już właściwego instrumentarium gatunku Black Metal. Zabieg owej intensyfikacji wpływa jeszcze bardziej znacząco na początkowe dźwięki już drugiego utworu, powodując że doznajemy jakby wrażenia wkroczenia w zupełnie inny wymiar. Muzyka stawia nas od początku w roli słuchacza który znienacka zostaje osaczony potęgą dźwięków. I natychmiast można wyczuć owe Zło, ten najbardziej pożądany element w owej stylistyce. Utwory, a raczej aranżacje są rozbudowane, wielowątkowe. Lord Vast, w pełni odpowiedzialny za całokształt twórczy tego projektu, nie boi się zamykać swoich pomysłów nawet w 9-cio minutowych utworach. One z kolei aż dudnią od nadmiaru wszelakich aranży, które aż tak często się ze sobą nie przeplatają. Owszem, przy takich strukturach powtarzalność poszczególnych elementów jest nieunikniona. Jednak 'Eternidad solemne' często przyłapuje mnie na zaskoczeniu danym pomysłem. Nie są to awangardowe rozwiązania na całe szczęście, ponieważ muzyka idealnie jest skomponowana w sztywnych ramach gatunku. Nawet jeśli chodzi tu o wolne pasaże, bardziej jakby ambientalne. Tempo utworów jest również różne, jednak gdybym miał się opowiedzieć za tym przeważającym to postawił bym na szybkie blastowane tempa. Zaletą materiału jest cecha której czasem niektórym materiałom brakuje by osiągnąć jeszcze wyższy poziom danego nagrania. Mianowicie, mówię tu o tym, że nie jest ważne na jakich obrotach porusza się dany fragment albumu, bo za każdym razem jest równie interesująco. Skoro już jesteśmy przy tempie, to warto zwrócić uwagę na pracę perkusji. Poszczególne linie, nawet te najbardziej szybkie charakteryzują się sporą ilością przejść na tomach czy choćby podkreślenia końca danej linii poprzez uderzenie w blachę. Partie gitar, tu dziele się również wiele. Są zwolnienia na otwartych strunach, akustyczne wstawki, wściekłe melodyjne tremolo ale i też bardzo typowe riffy wywodzące się choćby z wczesnej norweskiej sceny. Patos często miesza się tu ze zgnilizną i surowizną, co daje w efekcie naprawdę ultra ciekawą kompozycję. Ta mieszanka jest wspomagana jakże typowymi wokalami, które są bardzo wyraźne w odbiorze. Barwa głosu wokalisty jest czytelna i gdyby nie fakt, że całość tekstów jest w języku hiszpańskim, to bezproblemowym byłoby zrozumienie tekstów bez sięgania po książeczkę. Album powala klimatem, bo oprócz wspominanego jadu, wściekłości jest i miejsce na bardziej nostalgiczne, melancholijne partie. Utwory które po części mogą kojarzyć się z ezoteryką jak 'Enterramiento en la lluvia' nadają dodatkowej przestrzeni, ale nie niwelują efektu drapieżności całego materiału. Bardziej, rzekłbym, wprowadzają elementy smutku czy chwili wytchnienia przed kolejnym uderzeniem Bestii. No i brzmienie! Rewelacja, czytelne ale ponure i zawiewające surowością gitar. Pełne autentyczności.
Podsumowując, nie spodziewałem się takiego dzieła z Meksyku. Może i album nie jest niczym odkrywczym, ale potrafi niesamowicie przyciągnąć uwagę słuchającego pod każdym względem. Szlak jaki obrał Lluvia jest pełen niespodzianek, jednak wszystko zostało zatrzymane w zgrabnych ramach gatunku. Co tu więcej pisać, chyba tyle, że płytę trzeba po prostu mieć. Konkret zasługujący na 10!

10/10

https://lluvia.bandcamp.com/
http://www.hellthrasher.com/


10 mar 2017

Krowos 'Verbum Luciferi'

CD'17
Album
Nigredo Records

Lista utworów:
1. Verbum Luciferi
2. Infamia in Excelsis
3. Vangelo
4. Malignus
5. Credo
6. Offertorio

Oto kolejny raz zostałem zaskoczony, bo chyba tak najtrafniej można opisać sytuację z Włoskim Krowos. Kolejny raz zostałem przyłapany na tym, że jest to nie pierwszy i z pewnością nie ostatni kompletnie nieznany dla mnie twór. Horda powstała w 2011 roku i jest to już drugi pełen album na ich koncie. Oprócz tego są jak do tej pory 3 splity, Ep'ka i demo. Jak widać członkowie Krowos nie próżnują i co rusz wypluwają kolejne wydawnictwa na panteon nocy. A skąd owe zaskoczenie? Kolejny raz jak się okazuje zespół wartościowy, grający bardzo rzetelnie i ponad przeciętność jest zagrzebany głęboko w podziemiu. W odkryciu dopomogła wydawczyni i szefowa Nigredo Records, Katia, podsyłając materiał do recenzji. Poniżej krótka notatka o muzyce Włochów.
Sześć hymnów jakie oferują nam Włosi to dość specyficzna, pełna nienaturalnych sonicznych doznań podróż. Z jednej strony Krowos czerpie pełnymi garściami z tradycyjnego Black Metalu i tutaj można wskazać na choćby aranżacje riffów gitar. No, przynajmniej na większość z nich. Jest to niemały problem, jak podejść ową sytuację słowami, jak opisać. Bo w sumie w każdym z przywoływanych aspektów znajdziemy jakąś nowinkę, która jest odstępstwem od tradycjonalizmu zakorzenienia inspiracji Włochów. W surowych liniach gitar znajdziemy cały szpaler aranżacji gitar akustycznych. Zabieg ten jakże silnie buduje narastająca atmosferę, która aż zaślepia wyczuwalną rytualnością kompozycji. Z drugiej strony, tak jak już wspomniałem - Krowos rozwija swoje linie aranżacyjne o sporo smaczków, ale podaje je nadal w surowej wersji by nie nadwyrężać wyznaczonych granic stylistycznych. Co więcej? Otóż, słuchając pierwszy raz tego materiału i słysząc owy balans pomiędzy obfitością a zarazem jakby ascezą gitar, wręcz w myślach błagałem o brak solówek. I na szczęście Krowos nie pokusił się o takie zbędne partie. A szczerze było by gdzie umieścić ten zabieg, przecież niektóre utwory trwają ponad 9 minut. Tutaj można wspomnieć również o tym, że horda nie ogranicza się jedynie do jak najszybszego napierdalania bez namysłu. Tempa są zróżnicowane, od wolniejszych po szybkie i w obu przypadkach, a raczej w całym przekroju gamy temp, Krowos przekonuje i nie traci swego oblicza. Słów kilka o brzmieniu, które pomimo ulepszeń studyjnych nadal jest autentyczne i nie pozbawia zespołu tej pierwotnej pasji. 'Verbum Luciferi' jest również bardzo ale to bardzo dynamicznym materiałem. Gdy brzmi całe instrumentarium, wyeksponowany bas daje dodatkowej mocy. I teraz przejdziemy do może nie najbardziej niesamowitego elementu, ale z roli słuchacza najbardziej oczywistego, a mianowicie do wokali. Przyznaję, że początkowo miałem z nimi niemały problem. Krowos, a raczej ich wokalista Tsade prezentuje dwie linie wokaliz przeplatających się na przestrzeni trwania 'Verbum Luciferi'. Jedne to dość histeryczne skrzeki, krzyki które muszę przyznać mają w sobie owe coś - są inne, nieodgadnione. Z drugiej strony pojawia się masa czystych wokali, które to albo odśpiewane lub w postaci deklamacji wprowadzają jakby w kolejny wymiar samą muzykę. Narasta w swej upiorności, buduje coraz to głębsze poziomy tajemniczości. To właśnie dzięki swej niebotyczności aranżacyjnej i wykorzystaniu wokali, do których co tu wiele by nie mówić trzeba się przekonać, ten album wdarł mi się mocno pod czachę.
Podsumowując, mamy tutaj konkretne wydawnictwo. Album jest zdecydowanie przemyślany, ale nie jest to czysta kalkulacja matematyczna. Wszakże wszechobecna tu pasja z oddaniem Black Metalowi nie jest tu obecna bez powodu. 6 utworów, ponad 44 minuty muzyki. Jest na czym skupić uwagę, a atmosfera tego materiału sama was pochłonie.

8/10

https://www.facebook.com/KrowosTSHOBM/
http://www.nigredorecords.com/


7 mar 2017

Goatdominator 'Temple of the Goat / In Goat We Trust'

kaseta'15
Demo
Fekete Terror Productions

Lista utworów:
1. Goat Semen and Sputum
2. Nocturnal Goat Monster
3. Unholy Goat Cunt
4. Temple of the Goat
5. Infernal Kaosmilitia
6. Goatterrorist Ritual
7. Worship Total Darkness
8. Blackdeath to Mankind

Kilka dni temu przyszła do mnie skromna przesyłka zawierająca dwie kasety do recenzji z Węgierskiego labela urzędującego pod szyldem Fekete Terror Productions. Pierwsza na ogień literek poszła taśma zawierająca dwa demosy horda działająca pod nazwą Goatdominator. Ktokolwiek stoi za tym tworem ceni sobie anonimowość, bo na próżno szukałem jakichkolwiek informacji na ich temat. Materiał ten który jak wspomniałem to dwa dema, również nie wiadomo z kiedy pochodzi. Jedno jest pewne, materiał jest zacny i jak najbardziej wart posłuchania.
Goatdominator to jedna wielka niewiadoma. Kiedy horda zaczęła funkcjonować? Z kiedy pochodzą oba dema? Kto za tym stoi? Skąd pochodzi? Nie ma kontaktu, linków, żadnych ale to absolutnie żadnych informacji. I wiecie co? Pasuje mi to bardzo. Ani to ważna ani ultra potrzebna informacja. Odnajduję tu to co najważniejsze - otóż obcowanie z nieludzką muzyką. Od jakiegoś czasu utarła się reguła, że skoro w nazwie jest 'Goat' to jest to transakcja wiążąca do archaicznego napierdolu. Nie inaczej jest w przypadku owej taśmy. Surowe do bólu brzmienie, katująca przemocą perkusja i brudne charczące wokale. Zacznijmy od gitar. Bez względu na cokolwiek nie można w aranżacjach Goatdominator doszukiwać się choćby atomów oryginalności. Riffy to ujmując w skrócie wyzbyte z jakichkolwiek uczuć poza nienawiścią jazgotliwe, apodyktyczne hymny ku chwale zagłady rodzaju ludzkiego i uwielbieniu dla Kozła. Jeśli spojrzycie się nazwom utworów z pierwszego dema (cztery pierwsze utwory), zauważycie że 'Goat' pojawia się w każdym tytule utworu. Wracając do aranży gitarowych, to istna zdecydowana i bezduszna tyrania. Od pierwszych dźwięków pierwszego dema czuć istny amok, histeryczną wręcz wrogość. Surowe, tradycyjne, ortodoksyjnie przestarzałe riffy które można słyszeć na każdym demosie podobnych zespołów parających się hybrydą barbarzyńskiego Black / Death Metalu prą naprzód z utworu na utwór niczym postępujący złośliwie nowotwór. Perkusja napieprza niczym oszalała. Zresztą, mimo że nie zamieszczono żadnych informacji również i w tej kwestii, to każdy utwór musiał być rejestrowany na sali prób lub chociażby być nagrywany na jakiś 4-ro ślad bez jakichkolwiek zabiegów kosmetycznych dźwięku. Wokale, z którymi miałem w sumie spory problem na początku, bo psuły mi ten jakże godny wpierdol, po pewnym czasie weszły bezproblemowo. A w czym tkwił problem? Ano w tym, że nawet jak na taką siermiężną muzę wydały mi się zbyt chujowe. Ni to krzyki, ni to growle... Tylko w tym cały szkopuł, że fundamenty muzyki Goatdominator są z założenia chujowe i to mocno! W tym właśnie cały cholerny urok!
Dwa demosy Goatdominator to zdecydowanie dobra podwalina by wyczekiwać na kolejne ciosy tego tworu. Utwory krótkie, treściwe i dające ostro po pysku! Czego chcieć więcej? Obskurnie, prymitywnie, regresywnie. Koniec, idę przełożyć kasetę na drugą stronę.

7/10

https://www.facebook.com/Fekete-Terror-Productions-1622879191323005/

6 mar 2017

Auroch 'Mute Books'

CD'16
Album
Profound Lore Records

Lista utworów:
1. Billowing Vervain
2. He Wreaths the Cross
3. Say Nothing
4. Tipharethagirion
5. The Keeping
6. Her Bidding
7. Cup of Hemlock

Trzeci album Kanadyjczyków został wypluty przez potworne czeluści zeszłego roku. Aż dziw bierze, że jeszcze pod inną nazwą i jakże wstrętnie znajomo brzmiącą dla wszystkich rodaków grali wesolutki Thrash Metal. Nazwa ta to Tusk, ale pierdolić to na każdej płaszczyźnie. Jeszcze na samym początku istnienia Auroch, dalej mielono owe wesołe nutki i mieszano je z takim lekkostrawnym Death Metalem. S.M. (gitary i wokale) mocno poirytowany dokąd ten szajs zmierzał, szybko pozbył się wszystkich będących mu balastem i rozpoczął śmiertelną krucjatę. Co tu wiele mówić, przecież już sam debiut 'From Forgotten Worlds' to był cios nad ciosy. Tylko czemu tu się dziwić skoro sam S.M. wchodzi w skład choćby takiego Mitochondrion, a basista / wokalista Auroch to nikt inny jak Shawn Hache - jeden z założycieli wspomnianej wyżej hordy. I tak jak przewidziano, lipy nie ma.
Album zaczyna się dość enigmatycznie grą pianina i dziwnym zapętlonym cofającym się dźwiękiem. Po niespełna kilkunastu sekundach całość przeistacza się nieziemską koherencję skupiska dźwięków. Łomot, techniczna dojrzałość i szerokie spektrum wizji. Oto cechy obecnej formy Auroch. Jednak po kolei. Kanadyjczycy oferują wysokich lotów podróż po kompletnej otchłani. To co się tu dzieję, to jedna wielka cuchnąca jaskinia wypełniona istnym Złem. Począwszy od dźwięku mimo ciężaru i potęgi po prostu śmierdzi truchłem, po same aranżacje które niszczą w sposób niekłamany. Największym atutem poszczególnych części utworów jest ich masywność. Dawno nie spotkałem zaraz tak zaawansowanego technicznie materiału. Z drugiej strony ze zwolnień i solówek oraz przebijających się elementów mistycyzmu jak chóralne chociaż śpiewy, aż bije doskonałą melodyjnością. Ta z kolei jest tak zaaranżowana, że rzuca na kolana swoją zajadłością, widmową tajemniczością czy nawet bajronicznością w pojęciu indywidualizmu. Wystarczy jako przykład podać wielowarstwowo zaczynający się 'Say Nothing' jako przykład na niesamowity polot kompozycyjny hordy, jako ten łączący ową intrygującą duszną melodyjność z bezlikem różnorodności pracy danych instrumentów. Gdy pojawia się choćby na moment 'czysty' krzyk aż ciary człowieka przechodzą! Skrajne opętanie, kłębowisko ciemności. Niesamowitym dodatkiem do tak intensywnego w odbiorze materiału jakim jest 'Mute Books' są rytualne dźwięki kończące kabalistyczny utwór 'Tipharethagirion'. Ciche chichoty, inkantacje... Idealne zwieńczenie klimatu płyty. Wspomnę jeszcze o wokalach, które odgrywają tu istotną rolę. Wg mnie grób został otwarty. Cholernie niskie growle wspomagane bardziej czytelnymi oraz spora ilość jadu sącząca się z wokaliz kojarzących się ze stylistyką Black Metalową. Nader wyśmienita kombinacja. Podsumowaniem rozpiętości wokalnych niech będzie ostatni utwór 'Czara cykuty', arcypodłe i wspaniałe!
Słuchając 'Mute Books' nie zauważyłem żadnych minusów. Album mija bardzo szybko i nie jest to tylko zasługa monstrualnej ilości dźwięków z którymi przychodzi nam się tu zmierzyć. Przede wszystkim do miana takich zasług ma olbrzymi wpływ dynamika aranżacji. Nietuzinkowe podejście do kompozycji przyniosło efekt sukcesywnego rozwinięcia tego co mogliśmy usłyszeć na 'Taman Shud'. A jest to nie lada wyczyn. Spokojnie daję 10!

10/10

https://www.facebook.com/Aurochmetal/
http://www.profoundlorerecords.com/


5 mar 2017

Unlight 'Antihelion'

CD'16
Album
War Anthem Records

Lista utworów:
1. Ekpyrosis
2. Create and Annihilate
3. Antihelion
4. The Bone Trumpet
5. Leveller of Kingdoms
6. Apollyon Nadir
7. Flight of the Sinistral Witch
8. Der Aether schwerer Erde
9. To Sear the Heavens
10. Nordic Tunes of Fenrir
11. First Son of Flame

Siódmy album Niemieckiego Unlight przeszedł kompletnie bez echa. W każdym razie nie napotkałem się w zinach na skomasowaną ilość wywiadów lub recenzji tego wydawnictwa. Powodów można się dopatrywać wielu. Wina wydawcy? Brak zainteresowania hordą? Trudno jednoznacznie orzekać, jednak osobiście widzę tu dość poważny uszczerbek. Mianowicie zmarnowany potencjał, który byłby jeszcze do zniesienia gdyby nie dodatkowo jeden fakt. Odniosłem wrażenie, że materiał jest przesadnie wypieszczony i co za tym idzie, jest to chyba próba dotarcia za wszelką cenę przebojowością do szerokiej rzeszy potencjalnych odbiorców. Ale o tym, jak i również o szpalerze zalet, poniżej.
Unlight krąży po undergroundzie od 1997 roku. Chociaż może ja mało wiem, bo być może jest tak że zespół już od jakiegoś czasu krąży na naziemnych wodach i z podziemiem nie chce mieć za wiele wspólnego. Muszę przyznać, że ich twórczość jest mi obca i dopiero dzięki ostatniemu materiałowi mogę się nią zapoznać . Jednak, jeśli całokształt twórczości od początku oscylował wokoło podobnego stylu, nic dziwnego że nie zwróciłem na nich wcześniej uwagi. Unlight prezentuje trochę pretensjonalne podejście, jakby na siłę chcą zwrócić na siebie uwagę. Wypolerowane brzmienie gitar, cudnie brzmiąca perkusja w której ani krzty brudu, dynamiczne wokale... Całość bazuje na olbrzymiej dawce melodyki. Niestety nawet tak świetne riffy jak motyw przewodni z 'Leveller of Kingdoms' giną w zderzeniu z ową i dosłownym plumkaniu gitar solowych. Gdyby być w kiepskim nastroju i nie być wymagającym, to miałkość tego materiału z pewnością dobrze by służyła jako tło do czynności codziennych jak choćby odkurzanie domu. Przymykając oko na to wszystko na tyle ile potrafię powstaje pytanie, czy to jest tak naprawdę Black Metal? Czy tematyka zawarta w tekstach ma się jakoś do prawie że wesołkowatej muzyki? I to jest jeden z największych mankamentów tego albumu. Owa dostępność poprzez nadmiar melodyki i wręcz fajnych patentów w muzyce Unlight przekreśla ich sama na starcie. Za mało tutaj trucizny, Diabła, demonizmu, chaosu, odoru śmierci, ciemności nocy... Nazwijcie to sobie według własnych kanonów. Album jest grzeczny niczym zgromadzenie na kółku różańcowym, a to chyba nie o to chodzi. Rzekomo, jak sama horda zapewnia na swojej stronie są tam elementy muzyki Thrash. Owszem, są. Równie idealnie podane, bez najmniejszego sprzężenia choćby jednego dźwięku jednej gitary. Kolejny kilogram cukru wysypany. Czy to musi być tak, że skoro lepsza produkcja to ma to być lukier dla każdego dzieciaka czy spierdoliny? Zdecydowanie nie, tym bardziej jako dowód można przypomnieć ostatnie albumy takich tuzów jak Desaster, Destroyer 666 czy może mniej znanego Ravencult. Słów jeszcze kilka odnośnie zmarnowanego potencjału. Otóż, warsztat muzyków jest bardzo dobry. Słychać, że każdy wie co robi. Tylko to nadal za mało, bo aranżacje nużą swoją wręcz cukierkowatością. Gdyby to podać na surowo, a kolesiowi od realizacji dźwięku w studio uciąć albo chociaż związać ręce, może i coś by z tego było. A tak dostaliśmy bardzo przeciętny produkt dla wszystkich. Cholera, a miało coś być o wachlarzu zalet...
Porobiło się wiele odłamów w samym Black Metalu i stylistyka jest mocno urozmaicona. Są zapewne bardziej melodyjne twory od Unlight, które cenię po grób jak choćby Vinterland lub debiut Mörk Gryning okraszony sporą dawką syntezatorów. Odnoszę wrażenie, że 'Antihelion' to album po prostu dla laików gatunku. Ot, jeśli przypasował komuś śliczniutki Behemocz, podjarał się cudownością ostatnich albumików Watajnusia to i sięgnie po owe coś. Oj biednie tu dzisiaj, biednie...

4/10

https://www.facebook.com/unlight.org/
http://www.war-anthem.de/