29 kwi 2017

Abigor 'Leytmotif Luzifer (The 7 Temptations of Man)'

CD'14
Album
Avantgarde Music

Lista utworów:
1. Temptation I : Ego
2. Temptation II: Stasis
3. Temptation III: Akrasia
4. Temptation IV: Indulgence
5. Temptation V: Neglect
6. Temptation VI: Compos Mentis
7. Temptation VII: Excessus

Trochę już minęło czasu kiedy to Abigor wrócił po trzy letnim niebycie i w 2006 roku oficjalnie ogłoszono ich powrót. Pewnie wielu z nas, którzy pamiętają tak wspaniałe albumy jak chociażby 'Nachthymnen' czy 'Opus IV', zacierali łapska w uciesze na kontynuację. Przyznaję, samego mnie bardzo rozczarował kierunek w jakim Austriacy poszli. 'Fractal Possession' i jego następca 'Time is the Sulphur...' charakteryzowała jakaś mi bliżej nieokreślona kliniczna awangarda, która to wymieszana z Black Metalem o równie mocno niecodziennym obliczu, po prostu nie weszła. W 2014 roku ukazał się ten oto album, który już wtedy cholernie mi namieszał. Dziewiąty pełen album Abigor to jakby wypadkowa owej awangardy wymieszana z ich korzeniami. Czas zwolnić, poniżej znajdziecie to co udało mi się wychwycić z 'Leytmotif Luzifer (The 7 Temptations of Man)'. 
Otóż, dziewiąty album Abigor to istne zderzenie. Kolizja, która powoduje miraż Satanizmu i potęgi Kosmosu wdziera się w umysł wszelakimi sposobami. Ogrom dźwięków i przebrnięcia ze zrozumieniem tej muzyki jest nie lada wyczynem. Zacznijmy od wokali, które są nieprzewidywalne, urozmaicone na całej linii trwania albumu. Przede wszystkim robiące cholerne wrażenie na słuchaczu, ogarniające swym majestatem ale wprowadzające szaleńczą aurę tajemniczości. Za wokale na albumie jest odpowiedzialny Silenius i wspomaga go Protector, obaj dobrze znani ze swojego głównego projektu jakim jest Summoning. Nie potrafię nawet podejść odpowiednie tego tematu, tyle się tu w sferze wokalnej dzieje. Po prostu trzeba tego samemu doświadczyć, przesłuchać. Idąc dalej, jest jeszcze ciekawiej. Ostatnio utarł się stereotyp, że jeśli dany album czy choćby demówka wkracza na pole czegoś niezbadanego, nowego to po prostu jest niewarta uwagi. Bez zbędnego pieprzenia powiem wam, że Abigor zatka takim malkontentom pyski bardzo szybko. Owszem, zapewne tamci nie dadzą łatwo za wygraną ale co innego nie lubić a co innego nie doceniać / nie słyszeć ogromu potencjału tej muzyki. Muzyki, którą można śmiało nazwać Black Metalem pomimo odważnego podejścia do tematu. Jedno jest pewne, album ten nie powstał w momentach auto-zachwytu i wygórowanych 'ambicji' trafienia do jak najszerszej rzeszy odbiorców. Manifest jakim obdarzył słuchaczy ten Austriacki twór sięga po wiele inspiracji, których nie sposób nawet wymienić. Rozbudowane partie klawiszy, które kreują ową chorą wręcz kosmiczną atmosferę są momentami wręcz zgładzone przez obsesyjne partie gitar. Riffy, o ile można tak mówić o partiach gitar w przypadku dziewiątego albumu Abigor, to momentami wręcz progresywna podróż. Jakże trafnym obrazem jest użycie w tytule tego dzieła słowa 'kuszenie'. Każdy utwór jakże inny od poprzedniego, tonie w swym obłędzie niczym najbardziej skryte, pokręcone myśli których nie dopuszczamy do siebie. Potęga, potęga i raz jeszcze potęga! Innych słów nie znajduję na geniusz muzyczny P.K. i T.T., który już dawał o sobie znać od wczesnych nagrań tej hordy. Jedyne do czego nie mogę przywyknąć, to brzmienie perkusji która została skutecznie podrasowana w studio. Triggery, czysty i z nałożonym basem werbel, tomy które brzmią czasem jak z automatu... Wydaje mi się, że można to było zrobić inaczej i postawić na bardziej naturalne brzmienie i dać rejestry sekcji rytmicznej głośniej. Całokształt jednakże zabija, zabiera duszę na kosmiczne misterium przedstawiając nam największe ludzkie pokusy.
'Leytmotif Luzifer (The 7 Temptations of Man)' to album pełen rzekomych sprzeczności, które mimo wszystko tworzą fenomenalną całość. Rozbrajająca wyborność albumu tkwi dosłownie na każdym kroku. Ponownie, po czasie gdy powróciłem do tego materiału, jestem nim oszołomiony. I na koniec, parafrazując pierwszy człon tytułu albumu, niech Lucyfer prowadzi.

9,5/10

https://www.facebook.com/abigorblackmetal
http://www.avantgardemusic.com/


28 kwi 2017

Rapture 'Infernal Manifest'

CD'10
Album
American Line Productions

Lista utworów:
1. Demential Malignant World
2. Massive State of Agony
3. Endless War for the Throne
4. Sadistic Blood Ceremony
5. Kingdom of Wrath
6. Eternal Arrival of Evil
7. Criminal Seeds of Terror
8. Death's Razors, Speed Killers
9. Hell's Bells (AC/DC cover)

Trzeci album ekipy z Meksyku ukazał się już jakiś czas temu, ale nie tylko nowościami człowiek żyje. Tak jak w przypadku poprzednich wydawnictw oraz albumu który trzy lata później ukazał się nakładem Helvete Records, mamy do czynienia z ciężkim i bezkompromisowym Death Metalem. Czy łatka Brutal tutaj pasuje? Nie jestem tego tak do końca pewien. Za to jestem w 100% przekonany, że każdy szanujący siebie maniak undergroundu i stylistyki Death Metalowej, powinien dorwać ten czy inne wydawnictwa zespołu. Jednak nie ma co zapeszać, zapraszam poniżej do lektury.
'Infernal Manifest' rozpoczyna się bez zbędnych pierdół, krótkie intro z egzorcyzmów i od razu dostajemy cios w pysk! Pierwsze co zwraca uwagę to bardzo skomasowane brzmienie. Pomimo ściany dźwięku czuć tu cholerną przestrzeń, słychać że facet w studio nie bawił się w zbyteczną polerkę brzmienia i wyszło to chłopakom na dobre. Oczywiście, albumowi daleko do brudu ale zabiegi jakim poddano brzmienie albumu są tymi które w zupełności wystarczą. Wyciągnięto maksimum potężnego dźwięku młócących gitar, puls basu i opętaną perkusję, która na równi z resztą instrumentów czyni spustoszenie równe śmiertelnemu wirusowi wpuszczonemu do żywego organizmu. Kolejny plus tego wydawnictwa to po prostu serwowana przez Rapture muzyka. Death Metal w ich wykonaniu to niszczycielska machina, która w wyniku swej konfliktotwórczej natury, jakże śmiało i bez powściągliwości, bezlitośnie i nieludzko rozpierdala każdym utworem! 'Infernal Manifest' to album gdzie słowo wytchnienie zostało wymazane ze słownika, gdzie nie istnieje nawet w najmniejszym stopniu jakikolwiek przejaw litości dla słuchacza. Kurwa, słuchając tego piekielnego wymiotu zostałem totalnie wgnieciony w ziemię! Sadystycznie, w zezwierzęcony sposób, okrutnie utwór za utworem trwa owa tyrania od której nie mogę się oderwać! Bardzo duży wpływ na owy stan mają wokale, które od głębokich growli i im pochodnych, niejednokrotnie przechodzą w krzyki. Co więcej, infernalna atmosfera i dosłownie bijąca od tej muzyki wspomniana potęga, dopełnia czary pieprzonego demonicznego majestatu! Album zamyka cover AC/DC. Takiego wykonania 'Hell's Bells' chyba nikt się nie spodziewał, mistrzostwo!
Na zakończenie powiem tak -> jeśli jesteście maniakami Death Metalu oraz wielbicie obłąkane tempa połączone ze zwolnieniami, aurę totalnego szaleństwa skąpanego w siarce piekielnej, to ten album jest dla was obowiązkową pozycją! Ujmując sprawę potocznie, jeśli nie znacie twórczości Rapture, to szykujcie się na konkretny wpierdol!

8,5/10



27 kwi 2017

Festering 'From the Grave'

CD'15
Album
War Productions

Lista utworów:
1. Festering (Intro)
2. Exhumed
3. Infected
4. The Myth of Creation
5. Consuming From Within
6. Submerged to Emptiness
7. Bloodline
8. Proliferation of Infected Leucocytes
9. Ascent of the Blessed
10. Psychic Convulsions of Neurasthenia

Portugalski Festering powstał w 1992 roku i długo nie zabawił w podziemiu, bo raptem trzy lata. Po długim czasie niebytu, Koja Mutilator, jedyny z oryginalnego składu, powołuje ponownie do życia ociekający lepkimi fluidami rozkładu twór śmierci jakim jest Festering. Reszta składu to również doświadczeni ludzie z takich zespołów jak Tod Huetet Uebel, Extreme Unction, Filii Nigrantium Infernalium, Analepsy czy Trepid Elucidation. Tak więc w skład obecnego Jątrzącego Się wchodzą ludzi zamieszani zarówno w hordy Black Metalowe, ale jest i człowiek odpowiedzialny za napierdalania technicznego i brutalnego Deathu. Poniżej, słów kilka na temat tego albumu.
Zacznijmy od tego, że album ten to nic innego jak wznowienie dema o tym samym tytule z 2012 roku. Wydawnictwo to zostało jednak poszerzone o trzy pełne utwory plus intro i oczywiście w całości zarejestrowane na nowej sesji nagraniowej. Jak sama nazwa wskazuje mamy tutaj do czynienia z Death Metalem. Materiał jest bardzo mocno inspirowany starą szkołą i tak też został skomponowany. Brzmienie i aranżacje bez jakichkolwiek wątpliwości nawiązują do Szwedzkich rejonów tego gatunku, kiedy to debiuty rejestrowały choćby Dismember czy Unleashed. Bezpośrednich nawiązań jednak do tych nazw nie znajdziemy w muzyce Festering. Bardziej pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest to taki konglomerat czy też wypadkowa tego co powstało w Szwecji powiedzmy gdzieś do '95 roku. Oczywiście, obecnie masa nowo powstających zespołów również czerpie wzorce z tamtych czasów i stylistyki. Według mnie to bardzo dobrze, bo kultywowanie korzeni tej muzyki to coś wspaniałego a zarazem prawdziwa alternatywa do wszelakich maści odmian Death Metalu które wypływają na powierzchnię (z których notabene część powinna zostać zaorana!). 'From the Grave' to materiał bardzo dynamiczny, okraszony typowym 'brzęczącym', chropowatym brzmieniem jakim charakteryzowały się Szwedzkie ekipy. Riffy w dużej mierze opierają się na kąśliwej melodyce, nie brakuje jednak tu jednak sporej ilości prącej naprzód siły sprawczej która napędza materiał. Muzyka nie jest jednostajna, co rusz zmienia się tempo a dodatkowe gitary solowe nadają chorego smaczku. Bardzo dobre wokale, które wpasowują się w owe old schoolowe granie niczym gwoździe w Jezusa. Jedyna rzecz jakiej się można przyczepić, poza oczywiście tylko trzema nowymi utworami, to niestety zbyt klarowne brzmienie. Przynajmniej jak dla mnie brakuje tu większej ilości stęchlizny, odoru rozkładających się trupów i strumienia ropy płynącego szerokim korytem jak Wisła przez Warszawę. Dla jednych może to i drobiazg, ale mnie takie jakby spłycenie brzmienia wkurwiło mocno.
Festering powróciło z grobu po wielu latach. Poprzednie ich wcielenie nie zaowocowało w żadne oficjalne wydawnictwa czy choćby demówkę o której by mi było wiadomo. Mało to w sumie ważne w chwili obecnej, bo ich dzisiejsza forma jest doskonała. Old chool Death Metal żyje i ma się po prostu zajebiście! Czekam na kolejny cios, tym razem w pełni z nowymi utworami. Album został wydany we współpracy z Caverna Abismal Records i Sinais Produções.

7,5/10



25 kwi 2017

White Death 'White Death'

CD'17
Album
Werewolf Records

Lista utworów:
1. Born from the Unholy Fire
2. Immortal Hunter of the Moon
3. Kaste
4. Goat Emperor
5. Warpath
6. Cunt
7. Commandant
8. White Death's Power

White Death został powołany do życia stosunkowo niedawno, bo w 2013 roku. Po materiale promo, który ukazał się rok później, horda szybko nawiązała współpracę z Niemciekim Darker Than Black Records. Owocem tej współpracy były dwa wydawnictwa, Epka i split z Forlor. Lider, Vritrahn w tym czasie zaczął swój drugi projekt w którym to brał udział Werewolf z Satanic Warmaster. Szybko powstał pierwszy demos grupy której nazwa składa się z dwóch członów pochodzących od przyjętych imion muzyków. Vritrahn-Werwolf, bo tak brzmi nazwa owego projektu, wydał do tej pory dwa demosy. Mając na uwadze te wydarzenia, nie dziwi chyba aż nadto fakt, że pełen album White Death został wydany przez label Lauriego Penttilä, inaczej Werewolfa. No ale starczy tych anegdot o undergroundowych komitywach. Poniżej, kilka słów o jakże interesującym materiale Finów.
A więc co my tu mamy? Otóż, White Death to jest głęboko zakorzeniony w starych nagraniach takich hord jak wczesny Gorgoroth czy Darkthrone. Jednak Finowie nie boją się tutaj pójść jeszcze dalej i czerpią garściami w swojej melodyce z folkowych tradycji. Oczywiście nie oznacza to, że usłyszymy tutaj radosne przyśpiewki o puszczaniu wianków na wodzie przy akopaniamencie tradycyjnych instrumentów sprzed choćby 700 lat. Nie, Vritrahn i spółka nagrali kawał świetnego Black Metalu który rozrywa na strzępy słuchacza na dwojaki sposób. Mówię tutaj zarówno o wspaniałej atmosferze albumu oraz o nieskrępowanej energii jaką White Death tworzy z każdym dźwiękiem. Pamiętacie zapewne takie nagrania Gorgoroth jak chociażby 'Promo 1994' czy 'Pentagram'. I można by się tu czepiać, że w sumie muzyka na tym materiale była ot po prostu Black Metalem. Ale jaką ten album miał podniosłą atmosferę! Jak potrafił przejść z patosu w kompletne sponiewieranie słuchacza! Przecież taki 'Huldrelokk' był istnym hymnem do nocnych przechadzek po lesie zimą. I tu właśnie wrócimy do White Death. To co mogliście przeczytać powyżej, można spokojnie dopasować w ich twórczość. Słowo w słowo. Drapieżne, cholernie mocno tnące gitary na tle nie znającej litości perkusji. Praca tego instrumentu jest tutaj szczególna, bo nawet w najbardziej spokojnych partiach albumu wprowadza niesamowitą dynamikę. Niczym dodatkowy agregat do wytwarzania energii, hehe. Riffy gitar czerpią też z tzw. motoryki znanej w Thrash'u, ale całość kompozycji jest tak zaaranżowana, że owe wpływy nie są aż tak oczywiste. Świetnym rozwiązaniem są tu również partie klawiszy, które wprowadzają niemałą patetyczność. A co według mnie najważniejsze, wyszły owe partie naturalnie. Szukać tutaj jakiejś znaczącej bufonady wymieszanej z miernotą - życzę powodzenia. Trochę jednak dziwi fakt, że owa dostojność pojawia się w utworze 'Cunt', gdzie choćby ze względu na tytuł dystynkcje i ceremonialność winny pójść na drugi plan. Jednakże, utwór ten jest na tyle poważnie urokliwy w przypominaniu starej szkoły drugiej fali Black Metalu, że niech nawet i owa tytułowa pizda obrasta w majestat. Wokalnie mamy tutaj wysokie skrzeki, które no cholera też przywodzą mi na myśl wokalizy z jedyni Gorgoroth oraz to co można przekrojowo usłyszeć na wydawnictwach Satanic Warmaster. Zamykający utwór trochę odbiega od reszty. Pojawiają się zbliżone czystym wokale a i sam w sobie 'White Death's Power' jest najbardziej melodyjnym (opartym praktycznie na jednym patencie gitarowym) utworem na tym materiale.
'White Death' mimo, że jest dopiero pełnym debiutem może sporo namieszać. Cóż, mam taką nadzieję że jeszcze niejeden raz będzie mi dane usłyszeć o tej hordzie. Istny hołd dla wczesnych lat '90-tcyh czyli czasów gdy odkrywałem Black Metal i jego potęgę. Gdy na podłych demówkach zdobywało się kompletnie nieznane zespoły i słuchało się ich z namaszczeniem i uwagą godną niejednego uczonego. Poza kunsztem muzycznym i wykonaniem Black Metalu jak to właśnie uczynił White Death, to o tym mi również przypomnieli - o magicznych wręcz czasach poznawania muzyki, o tym czego nie dałem zabić w sobie do dziś.

9,5/10



23 kwi 2017

Sacramental Blood 'Ternion Demonarchy'

CD'16
Album
Ghastly Music

Lista utworów:
1. Demonized
2. Buildings of Burning Flesh
3. Nearest to the God
4. Destroyer of Thought and Form
5. Aeons
6. Sanctimonious
7. The Relic
8. Livid Deaths Descend!
9. Imposed Resurrection
10. De Praestigiis Daemonum

Pochodzący z Serbii Sacrmanetal Blood swoje losy datuje na początek 2002 roku. Po dwóch demosach i dwóch splitach, wreszcie po 14-stu latach nagrali swój debiutancki krążek. Brawa za wytrwałość, chociaż jak wiadomo niektóre zespoły czekają dłużej na swoje pierwsze pełne wydawnictwo. Japońska Ghastly Music (siostrzeczka bliźniaczka Amputated Vein Records), znana z wyłapywania śmiertelnych kąsków Death Metalu, wyciągnęła swoje łapska i po Serbów, ale to bardzo dobrze. Ich muzyka zdecydowanie wymaga większego zainteresowania, tym bardziej że Brutal Death Metal jaki wykonują nie jest żadnym nowomodnym graniem. Pomimo, że muza wręcz bajecznie zapieprza do przodu ze swoją motoryką, to jest osadzona i to głęboko w fundamentach starego Death Metalu. Ale o tym i innych wynaturzeniach z mojej strony, poniżej.
'Ternion Demonarchy' już samym tytułem wprowadza nas w nieświętą ale i zarazem atmosferę horroru. Tytuł, składający się z dwóch słów z których 'demonarchy' można łatwo sobie przetłumaczyć jako zaprzeczenie monarchii, tak pierwszy człon 'ternion' może nastręczać pewne trudności, bo nie jest to słowo powszechnie używane. Znaczenie jego, to po prostu grupa trzech, odpowiednik w tym przypadku świętej trójcy (tfu!). A więc, skoro ktoś mnie zaprasza na obchody zakończenia rządów monarchii owej trójeczki, to ja chętnie wbijam na taki fest. Pomijając już jednak śmieszkowe kpiny pod kątem owej religii, trzeba przyznać że kolesie mają warsztat muzyczny opanowany bardzo dobrze. Tak jak wspomniałem już we wstępie, muzyka jest w dużej mierze oparta na riffach silnie budowanych wokół prącej naprzód motoryce. Połączenie brutalności ogółu muzyki wraz z pracą gitar których riffy wiodące są niczym cylindry w silniku zwanym perkusją na 'Ternion Demonarchy'. Właśnie ta symbioza wszystkich instrumentów jest tutaj zachwycająca. Nie można tutaj powiedzieć lub wyróżnić, że coś tutaj dominuje, że np materiał jest stricte gitarowym albumem. Jest to niemożliwe. Oczywiście, fragmenty utworów gdy pojawiają się gitary solowe, wychodzą wtedy na przód kompozycji, ale to nic nowego i nie definiuje tutaj czegokolwiek. Na albumie znajdują się dwa przerywniki - utwory instrumentalne dające możliwość nabrania oddechu przed kolejną rzezią dźwiękową jaka nas czeka. Zresztą, nie od dziś wiadomo, że wplecione fragmenty gitar akustycznych czy to w formie fragmentu utworu czy właśnie krótkie instrumentalne utwory są czymś fantastycznym na intensywnych albumach. Sacramental Blood, poza tymi wyjątkami, rozpętuje niemałe piekło dźwiękowe. Intensywna i nie do zatrzymania nawałnica Death Metalu przetacza się przez większość czasu trwania debiutanckiego albumu. Kompozycje krążą wokół bardzo szybkich oraz średnich temp, chociaż są też zwolnienia. Jednak to sporadyczne wyjątki. Zajebiście dobrze wypadł wokal, bo poza growlami trąci jeszcze świetnym old schoolem i kojarzy mi się z tym co Martin van Drunen wyczyniał na 'Consuming Impulse'. Wybuchowość tej lawiny dzikości jest potęgowana naturalną jakby koncentracją agresji. Ten album aż wrzeszczy swą eskalacją wściekłości i wstrętu. Dobra, starczy tego grafomaństwa - czas na krótkie podsumowanie.
Debiut Sacramental Blood wypadł bardzo dobrze. Album trwa 36 minut i w tym czasie jest naprawdę czego posłuchać. Masa świetnych, nieprzekombinowanych riffów podszytych old schoolem sprawdza się po prostu wybornie. Ciężar oraz brak plastiku w brzmieniu także robią swoje. Według mnie jeśli ktoś lubi faktyczny Death Metal w stylu europejskim, w którym trochę jest i klasyki a trochę i brutalnego napierdalania, może spokojnie sięgać po ten album. Wg mnie materiał rewelacyjny!

9/10



21 kwi 2017

Vardan 'The Woods Is My Coffin'

CD'14
Album
Moribund Records

Lista utworów:
1. Night of the Horned Rebirth
2. Luciferian Assault
3. Goatcraft
4. Dawn of the Followers - Part 1
5. Dawn of the Followers - Part 2

I znowu Moribund Records. Zresztą, nad tym labelem rozwodziłem się przy okazji opisywania Luciferian Rites, więc nie ma co się w tym temacie powtarzać. Jakiś czas temu przemknęło mi info o tym projekcie i zdziwiło mnie, że Amerykanie od razu wydali 10 (!!!) albumów Włocha. A Vardan, jak przystało na nurt Depressive Black Metalu, wypluwa z siebie po kilka albumów rocznie. Dla przykładu, w 2015 roku ukazało się 9 albumów i split z Finami z Kalmankantaja. Bardzo łatwo tutaj o tezę, że muzyka ta jakości nie zaznała. Jednak gdy zacząłem słuchać tego materiału, momentalnie mnie zatkało. Czemu? Poniżej (jak zawsze) słów kilka o 'The Woods Is My Coffin'.
Otóż, zdziwiły mnie dwie rzeczy. Pierwsza wręcz banalna, że tego po prostu da się słuchać i muzyka zawarta na tym albumie nie jest jakimś odrzutem. Powiem więcej, muzyka jest skrzętnie przemyślana, ma totalnie zajebistą płynność kompozycyjną. Nie jest to w żadnym wypadku łatwy w odbiorze materiał. Nawet biorąc pod uwagę ilość powtarzanych riffów lub ich samą konstrukcję, to tak naprawdę dzieje się tu niewiele. Riffy są bardzo proste, prymitywne. Jedynym urozmaiceniem są pojawiające się partie akustyczne, które wyrywają słuchacza ze śmiertelnego transu. Black Metal jaki prezentuje Vardan jest mocno osadzony w czasach nawet demówkowych Skandynawii. Brzmienie cholernie surowe, momentami linie melodyjne tremolo wręcz brzęczą. Nie jest to absolutnie tak, że przez te niecałe 40 minut słyszymy tylko powolne granie i zawodzenia wokalne. Vardan bardzo umiejętnie sięga też i po szybsze partie. Ostatni utwór 'Dawn of the Followers - Part 2' to prawie cały czas szybkie tempo i nienawistne, chore skrzeczenia wokalne. Większość jednak materiału to partie średniego tempa skłaniające się ku wolniejszym. Jednakże, muzyka zawarta na tym albumie jest wypchana po brzegi czystą niechęcią, jakimś nieopisanym wstrętem. Jest bezpardonowo zwyrodniała, zamknięta w swoim piwnicznym świecie niczym dr.Freudstein z filmu 'Dom przy Cmentarzu' Fulciego. 
Black Metal który usłyszałem na 'The Woods Is My Coffin' jest nieprzychylnie mroźny. Jest w nim masa gniewu, ale największym potępieniem dla słuchacza jest zdecydowanie owe dotkliwe zimno. I powiem szczerze, zamierzam nadrobić chociaż część z bogatej dyskografii Vardan. Wwierciło się psychę i wyjścia nie widzi.

8/10



20 kwi 2017

Hellcraft 'Apotheosis Of War'

CD'17
Album
Symbol of Domination Prod.

Lista utworów:
1. Покаяние сквозь боль (The Repentance Through the Pain)
2. Апофеоз войны (Apotheosis of War)
3. Массовое захоронение (Mass Burial Place)
4. Вечная вражда (Eternal Enmity)
5. Под благословением смерти (Under Death Blessing)
6. Изоляция (Isolation)
7. Процесс вырождения (Degeneration Process)
8. Когда погаснет солнце (When the Sun Goes Out)

Pewnie nie za wielu z was słyszało o takim tworze jak Hellcraft. Pochodzą z Ukrainy i mają na swoim koncie już trzy albumy i jedną epkę. Trochę przyprawiający o uśmiech image, gdzie każdy z kolesi prezentuje się jak z innej bajki, nie wpłynął znacząco na odbiór muzyki Hellcraft i ich 'Apotheosis of War'. Nie ma co dalej przedłużać wstępu, poniżej słów kilka o tym albumie.
Przyznaję się, że gdyby album nie został mi przysłany przez wytwórnię, pewnie nigdy bym się o tym zespole nie dowiedział. Po pierwsze nie nadążam już z ogarnianiem nowości jakie dosłownie wypluwają tysiące labeli na całym świecie. Wiadomo, to nie jest wyścig kto więcej czego zna. Jednak w dzisiejszych czasach niemożliwym jest odsłuch każdej jednej epki, dema czy albumu minimum kilkukrotnie by coś z danego wydawnictwa wynieść dla siebie. Innymi słowy, ilość jaką oferuje underground przerasta możliwości słuchania ze zrozumieniem wszystkiego co się ukazuje. A po drugie, oceniając produkt po opakowaniu - niestety nie ma tu nic na pierwszy rzut oka co by przyciągnęło moją uwagę. Przeciętne logo oraz nazwa sama w sobie, okładka podobna do tysięcy innych. Jednak traf chciał, że płyta trafiła w moje ręce. Cóż, przyznaję że Death Metal grany przez Hellcraft nie należy do czegoś wybitnego. Momentami się dłuży, momentami bardzo przyciąga uwagę. Takie to wszystko mało porywające. Ale kolejno. Brzmienie bardzo dobre, mocne i pozbawione plastikowego dźwięku perkusji. Ciekawie zrobione wokale, niby nic nowego ale growle sa na dobrym poziomie i przykuwają uwagę. Jest fragment na płycie gdzie pokuszono się o jakby deklamację / monolog - i tu trochę słabiej to wygląda. Ot, nie za bardzo pasuje mi klimatem. Riffy gitar oparte na wypróbowanych patentach, sporo tu rytmicznego podejścia do tematu ale i zarazem melodyjności. Całość, w sumie brzmi ok ale brakuje tu jakiegoś bardziej zdecydowanego pierdolnięcia, ciosu by powalić słuchacza. Death Metal oferowany przez Hellcraft jest dość grzeczny, ułożony. Ma w sobie ten pierwiastek zaciekawienia dzięki któremu nawet w tych mniej udanych fragmentach albumu słucha się go dalej. Jednak to trochę mało, bo uczucie odklepania bezbarwnego materiału po odsłuchu zostaje. Wydaje mi się też, że owym image oraz bardziej 'nowoczesnym' podejściem do Death Metalu, zespół próbuje iść w kierunku wypłynięcia na powierzchnię i mainstreamu. Cóż, nie mnie oceniać obrane przez nich cele.
Hellcraft nagrał trochę ponad przeciętny materiał, nie zapadający długo w pamięci. Materiał jakich wiele, niestety. Chłopaki mają warsztat i potrafią grać, ale może nie ma co się aż tak pchać w ową nowomodność? Życzę jak najlepiej, a póki co ocena taka.

6/10



15 kwi 2017

Necrovorous 'Funeral For the Sane'

CD'11
Album
Pulverised Records

Lista utworów:
1. Sanity's Fall (Intro)
2. Succubus Dormitory
3. The Flesh That Smiles
4. The Vilest of All Dreams
5. Deathknells
6. Mind Lacerations
7. Malignant Entrapment
8. Spawn of Self Abhorrence
9. Funeral for the Sane
10. Dwellers of My Flesh

Od 2005 roku Necrovorous dawało co rusz w podziemiu znaki o swoim bycie różnymi mniejszymi wydawnictwami. 4 demówki, split, ep'ka i kompilacyjna taśma - tak się przedstawia dorobek Greków zanim zatlił się ognik w zatęchłej jaskini który ochrzczono tytułem 'Funeral For the Sane'. Zaduch pleśni wydobywający się absolutnie z każdego fragmentu kompozycji tych maniaków śmierci jest bezapelacyjnym hołdem dla starej szkoły Death Metalu. Zresztą, skoro na cel grania takiej stylistyki wzięły sobie takie persony jak A.Devilpig znany z Embrace Of Thorns oraz Shit Eater bębniący również w m.in. Burial Hordes tyle że pod innym pseudonimem, tutaj wtopy być nie mogło. Za bardzo doświadczone to persony, które nie od dziś żyją szeroko pojęta muzyką spod znaku Black i Death Metalu. Zapewne większość zna już ten materiał. Jednakże zapraszam na kilka słów o nim, bo jest czego słuchać.
Od pierwszych dźwięków, gdy tylko minie intro, słychać z jakim ciężarem mamy do czynienia. Absolutnie nie może tu być mowy o nowomodnym pitoleniu, zapieprzaniu na wyścigi po gryfie. Co za tym idzie, często przy akompaniamencie plastikowej perkusji brzmią jak detonacja sraczki. Panowie wzięli sobie na cel tym razem w lirykach wszelakie historie gore, co w sumie w bardzo dużym stopniu odbiega od tematyki wokół jakiej się obracają w swoich pierworodnych zespołach. Skoro już wspomniałem o stylistyce Necrovorous, należy tu dodać że zespół bardzo sprawnie inkorporuje i miesza dwie szkoły. Otóż, w średnich i wolniejszych utworach / fragmentach utworów słychać wpływy ekipy John'a McEntee czyli niedoścignionych mistrzów smolistego, ociekającego siarką z piekieł Incantation. Druga, to wpływy szwedzkiej szkoły starego Death Metalu. Słychać tu początki Grave czy choćby Carnage lub jedynkę Dismember. Brzmienie albumu jest bardziej jakby dostosowane do czasów obecnych, jednak nie oznacza to przekombinowanej polerki dźwiękowej i zgubienia charakterystycznej chropowatości gitar. Nic podobnego. Gitary przepięknie mielą swoimi partiami panosząc się z postarzałymi i pierwotnymi riffami. Kwintesencją właśnie tego jest stworzona duszna atmosfera na którą wyłaniają się grobowe i momentami przechodzące w konające krzyki wokale Devilpig'a. Ciekawym zabiegiem jest również dołączenie kilku solówek na przestrzeni trwania albumu. Ciekawym, ponieważ wzbogacają kompozycje ale również o dziwo skutkuje to wzmożonym natężeniem stęchlizny wypływającej z głośników. 'Funeral For the Sane' jest jakby mostem łączącym cholerny ciężar i polot grania w średnio szybkich tempach, które ukazuje sie tutaj w postaci śmiertelnych melodii w stylu szwedzkim. Z każdym odsłuchem to coraz większy cios, coraz większe natężenie atmosfery która budzi pieprzone cmentarze do bezmyślnej pośmiertnej egzystencji. Kompletnie nic nowego, ale za to z jakim polotem!
Wszechobecny horror bijący z tej płyty pochłonie każdego kto choć trochę zgłębia podziemie Death Metalowe. Kompletna uczta dla ucha i żądnego przelewu krwi umysłu. Czekam na kolejne ciosy, bo po tym albumie ukazały się już tylko krążek kompilacyjny, demo, split z Anatomia (!!!) i tegoroczny singiel. Oby album był już w drodze równie rzetelny i silny jak 'Funeral For the Sane'.

9/10

https://www.facebook.com/necrovorous
http://www.pulverised.net/


14 kwi 2017

Czarnobog 'Forn anda náttúrunnar'

CD-r'15
Album
Caligo Arcanum Productions

Lista utworów:
Disc 1
1. Die Nacht erwacht
2. Sigurður Fáfnisbani
3. Magna Germania
4. Von der Sehnsucht nach der uralten Zeit
5. Germanischer Hexenwinter
6. Nordmann
7. Im Nebelwald
8. Götterdämmerung

Disc 2
1. Af svörtu töfra af galdramaður
2. Im Wahnsinn der Nostalgie
3. Spádómur af þeim nornir
4. Pagan Black Metal Storm
5. Forn anda náttúrunnar
6. Tränen der Walküre

Mûrazôr, odpowiedzialny za kompletny wizerunek projektu Czarnobog, pochodzi z Rosji. Od lat jednak rezyduje w Niemczech więc przypisywanie temu tworowi niemieckich korzeni jest w sumie dopuszczalne. To juz 4-ty album od 2012 roku, który był rokiem założenia tego projektu. Muzycznie możemy tu swobodnie mówić o nawiązaniu do czasów demówkowych lat 90-tych. Album został wydany przez meksykański label Caligo Arcanum Productions jak i również przez niemiecki WolfMond Production. W obu przypadkach mowa o podwójnym cd-r, bowiem materiał trwa bagatela dwie godziny! Początkowo nie byłem nawet przekonany by chwycić za odsłuch 'Forn anda náttúrunnar'. Nie chodziło o brak czasu, nie. Ot, po prostu byłem wewnętrznie przekonany, że to nie może być nic na tyle interesującego by uchwycić moją uwagę przez cały czas trwania materiału. Oczywiście myliłem się, bo nawet teraz pisząc ową recenzję umysł bardziej ucieka w kierunku muzyki niż prób koncentracji przy pisaniu tej recenzji. Zanim zacznę dodam jeszcze tylko, że Mûrazôr działa jeszcze w trzech innych projektach / hordach, a mianowicie: Sturmfolk, Krigsvinter i Sterbendes Licht. 
Materiał zawarty na dwóch krążkach cd-r przede wszystkim zaskoczył mnie swą autentycznością. Jest w tym Black Metalu coś cholernie nieposkromionego, nie dotkniętego skurwiałym łapskiem komercji bądź myślą pchania się na salony ku uciesze jak największej ilości tzw. fanów (tfu!). Owa wiarygodność jest mianownikiem całego, bądź co bądź bardzo długiego materiału. Czernobog katuje w dość archaiczny sposób swój Black Metal wspomagany ambientalnymi wstawkami czy nawet utworami, a ja nie mogę się uwolnić od porzucenia tego materiału. W tym jego potęga, w cholernie obezwładniającym klimacie podsycanym nakręcanym magnetyzmem kompozycji. Przecież gdyby mi ktoś starał się wmówić, że ten materiał ukazał się hen lat temu, pewnie bym mu przytaknął potwierdzająco. Wiadomo, brzmienie jest lepsze niż w latach 90-tych ale to też nie tak do końca. Słychać przyjemne sprzężenia w środku riffów, zresztą zaraz opowiem trochę o pracy gitar. Otóż, riffy są monotonne, powtarzalne, a może nawet i przewidywalne. Jednak zabijcie mnie kurwa, to pasuje jak cholera! Smętne gitary przesiąknięte melancholią, upojone nostalgią są wspomagane niejednokrotnie posępną a zarazem i rzewną rolą instrumentów klawiszowych. Te z kolei na szczęście nie wybijają się na przód, tworzą dosłownie tło dla reszty instrumentów. Żeby jednak nie było, że to tylko zgorzkniały bądź pełen smutku klimat panuje. Nic podobnego, Mûrazôr w wielu partiach dosłownie rzyga w słuchacza pierwotną mocą nienawiści. Tempa bazują raczej wokół tych wolniejszych czy powiedzmy średnich, ale są i wspomniane wyżej pełne gniewu szybsze partie. Sporo tu również wstawek czy fragmentów z użyciem gitar akustycznych. Idealnie oddaje to nastrój, gdy w tel słychać jeszcze trzaski piorunów i wyjący wicher. Również odgłosy starcia na polu bitewnym, zgiełk oręża jako tło gdy na przodzie już trwa utwór... Prześwietne! I ten cholerny brud, prymitywizm dźwiękowy... 
Jedyne czego tak naprawdę szkoda to sposobu wydania. Cóż format cd-r nie należy do czegoś co szczególnie cenię, jest na samym końcu. Materiał na tyle zacny że powinien się minimum na podwójnym CD ukazać, albo taśmie nawet formatu DIY. Jedno jest pewne, muszę lepiej się przyjrzeć temu projektowi oraz i innym inkarnacjom Mûrazôr'a i jego twórczości. Konkret, dla mnie materiał wielu odsłuchów. Jednak według mnie, mimo przyciągającej ucho zawartości 'Forn anda náttúrunnar' winien być krótszy i zamykać się w standardowym czasie trwania albumu. Niech to jednak nikogo nie zniechęci. Wspierać i szukać wydawnictw.

9/10

https://www.facebook.com/Czarnobog-279659695509950/
https://www.facebook.com/CaligoArcanum/


8 kwi 2017

Necromass 'Calix. Utero. Babalon.'

CD'13
Album
Funeral Industries

Lista utworów:
1. Calix. Utero. Babalon.
2. Chapel of Abominations
3. Dawn of Silver Star
4. Vacuum
5. Scarlet Void of Lust
6. The Bornless One
7. Beyond the Veil of Shame and Glory
8. Stellae Rubae
9. Ad Luciferis Vim
10. Mater Triumphans

Nie tak dawno, bo kilka lat wstecz ukazał się się album weteranów Włoskiej sceny Black Metalu. Pominę dość dziwaczny image w jaki się obecnie panowie przebierają i skupię się na muzyce (ciekawe czy mi się to uda?). Na początek kilka słów historii samej hordy, bo istnieją na scenie od 1989 roku! Nieźle, prawda? Zaczęli pod nazwą Massacrator by tłuc siermiężny Death Metal i w 1990 roku nazwa zostaje zmieniona na Dark Lust. Pod tym szyldem zaczęto kombinować z hybrydą dwóch stylistyk, tj. Death i Black. Jednak obecny styl wypracowano wraz z ochrzczeniem hordy obecną nazwą w roku 1992. W tym roku powstaje właśnie pierwsze demo, dwa utworu w stylistyce Black Metalu. Potem, powoli zespół nabierał wyrazistości ale ciągłe zmiany personalne spowodowały zawieszenie broni w 1999 roku. Dopiero po 12 latach, w 2011 roku Necromass wraca zza grobu czego efektem jest ten, trzeci album. W 2015 roku zostaje zarejestrowany jeszcze materiał na split z Mortuary Drape z 2015 roku. I tradycyjnie, poniżej kilka słów o 'Calix. Utero. Babalon.'.
Należy zacząć od tego, że Necromass wykonuje Black Metal z półki opatrzonej etykietą 'melodyjny'. Nie jest to też znowu tak, że przez całość materiału słyszymy słodkie melodyjki, które nie z rzadka zakradają się do tej stylistyki. Włosi stawiają na proste rozwiązania, którymi bardzo sprawnie budują klimat. Ale właśnie ta prostota, okraszona (niestety?) 'dojrzałym' studyjnym brzmieniem, daje tutaj radę. Album na dobrą sprawę jest materiałem bardzo gitarowym. W tym natłoku melodii i wszelakich riffów, odnajdziemy zarówno i smutek ale i też wstręt wymieszany z pogardą. Sporo w tym również tajemniczości, która nie jest podana oczywiście na tacy. Wszelakie zwolnienia, krótkie linie pojawiającej się gitary akustycznej oraz nie licząc intra i outra, dwa utwory - interludia - te elementy tworzą aurę owej misterną enigmatyczność. Jak już wspomniałem, 'Calix. Utero. Babalon.' i jego stylistyka została przełożona na czasy obecne pod względem brzmienia. Jednym może się to spodobać, natomiast ja natomiast należę do tej drugiej grupy. Moim zdaniem brzmienie płyty jest zbyt ułożone, zbyt poprawne, a materiał na tym traci. Zanika z tego powodu drapieżność, zanika ta prymitywna, pierwotna siła jaką tego typu materiały Black Metalowe winny się charakteryzować. Dla przykładu, taki 'Ad Luciferis Vim' z ilością nachodzących na siebie melodyjnych riffów wypada po prostu grzecznie. Wierzę, że gdyby trochę mniej było grzebania w studio nad brzmieniem i postawiono by na archaiczną moc, takie utwory zyskałby nową twarz. Zresztą, jak sądzę jest to pewien powiązany zabieg - gdy spojrzymy na zdjęcie zespołu -> cóż, chyba ktoś za bardzo chce zabiegać o szerokie grono odbiorców. No, pozostawmy ten aspekt do rozwiązania dla kogoś innego. Struktury samych utworów są interesujące, widać że panowie wiedzą jak grać i jak egzekwować swoje pomysły. Tempa utworów są różne, od zwolnień po szybkie. Trzeba przyznać, że w obu przypadkach Necromass wychodzi obronną ręką. Słucha się tego z zaciekawieniem, materiał nie nuży. Są jednak momenty gdzie aż by się chciało takiego porządnego pieprznięcia, by ktoś w końcu ten kocioł z czarcią smołą wylał. Ale takowy moment nie następuje. I ponownie, jednych to wkurwi do białej gorączki a drudzy zaakceptują, starając się dopatrywać więcej pozytywów w takim obliczu 'Calix. Utero. Babalon.'
Po którymś z rzędu przesłuchań trzeciego albumu Włochów, zacząłem nabierać chęci by włączyć coś co ma większego pazura i bynajmniej nie mam tu na myśli zaniedbań higieny. Co można stwierdzić, że na pewno jest to album wystający ponad przeciętność. Bez fajerwerków, orgazmów czy choćby zachwytów. Do posłuchania, docenienia formy muzyków i odstawienia. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że są i tacy którzy uwielbiają takie granie. No nic, może jeszcze kiedyś do tego wrócę. Przyzwoicie, ponad przeciętność ale bez spazmów.

6/10

https://www.facebook.com/necromass
http://www.funeral-industries.com/


7 kwi 2017

Corrosive Carcass 'Forsaken Lands'

CD'15
Album
Xtreem Music

Lista utworów:
1. Blood Ritual
2. The Ghoul
3. Prosecuted at Birth
4. ...and So She Dies (In Sacrifice)
5. Of the Flesh
6. The Seven Princes
7. Residual
8. Memories
9. The Prophet
10. Forsaken Lands

W małym Szwedzkim miasteczku Storvik, liczącym sobie trochę ponad 2 tysiące mieszkańców, w 2004 roku czwórka młodych zapaleńców postanowiła powołać do życia Corrosive Carcass. Pierwsze 6 lat zespół po prostu istniał nie wydając żadnego nawet oficjalnego demo. Owszem, istnieje tzw. 'Demo 07', jednak do roku 2013 nigdy tak naprawdę nie było wydane w większym nakładzie. Zapewne kilkanaście sztuk wśród znajomych i na tym koniec. Dopiero pod koniec 2010 roku ukazuje się pierwsza demówka 'Rot.In.Pieces' po której zespół wydaje swój pierwszy album oraz wspomniane wyżej wznowienie starych nagrań z 2007 roku. Drugi i na chwilę obecną ostatni album Szwedów to kawał solidnej muzy Death Metalowej charakterystycznej brzmieniowo i aranżacyjnie dla tego kraju. Poniżej krótki opis zawartości tego krążka.
Pod koniec wstępu nakreśliłem stylistykę w jakiej porusza się Corrosive Carcass. Szwedzki Death Metal, który osobiście uwielbiam, tutaj jest wzorowo i ciekawie zaaranżowany. 10 utworów, które mimo wszystko są różnorodne, trwają około 46 minut. Czas materiału może wydawać się z lekka przydługi, ale uwierzcie mi, mija błyskawicznie. Utwory nie są połączone ze sobą w sposób konceptu, a każdy z nich bezproblemowo może istnieć z osobna i równie silnie rozpieprzać wszystko co znajdzie na swojej drodze. Czas trwania utworów jest bardzo różny, bo od standardowych ciosów trzy i cztero-minutowych, znajdziemy te bardziej rozbudowane nawet do ośmiu minut. Ciekawostką jest 'The Prophet' trwający nieco ponad minutę. Szybki, morderczy strzał bez zbędnej finezji i główkowania. Corrosive Carcass potrafi niewątpliwie uderzyć. Szybkie partie brzmią tak jak powinny - jadowicie, a nawet i prymitywnie budując skumulowaną masę dźwięku. Wolniejsze fragmenty albumu jak choćby prześwietny utwór 'Memories', budują atmosferę budzącej szacunek potęgi. Powoli, bez pośpiechu wgniatają w siedzenie, rozcierają w krwawą maź twarze o ścianę. Jest to całkiem ciekawe, że akurat w stylistyce Szwedzkiego Death Metalu tyle odniesień w odczuciach względem horroru. Elementy gore były raczej i nadal są specjalnością kapel z innego poletka Death Metalu. Co więcej? Hmmm, można jeszcze wspomnieć o całkiem fajnych partiach solowych gitar. Krótkie, treściwe i nie rozwlekające utworów we flaki z olejem. Dzięki temu dynamika utworów pozostaje niezachwiana i Corrosive Carcass prężnie batoży każdym utworem. Wokale Jonatana bardzo przypominają mi to co jako gówniarz usłyszałem pierwszym razem 'Left Hand Path' i wtedy zamarłem z wrażenia. Barwa głosu wokalisty może trochę odstaje od wspaniałego debiutu Entombed, jednak zachwyt jest podobny. Cholera, facet odpieprzył tutaj naprawdę kawał solidnej roboty! Totalny strzał! A utwór 'Prosecuted at Birth' otwierany linią basu... Tego trzeba po prostu posłuchać!
Fanatycy Szwedzkiej szkoły będą mieli tutaj nie lada ucztę. Reszta, może sięgnie lub i nie. Istotnym jest jednak fakt, że Corrosive Carcass nagrał płytę dojrzałą i niepodważalnie przepełnioną pasją do pieprzonego Death Metalu! Fantastyczny album, którego mogę słuchać bez końca! Brak słabych punktów, brak silenia się na oryginalność, ot czysty autentyzm.

10/10

https://www.facebook.com/corrosivecarcass/
http://corrosivecarcass.com/
http://shop.xtreemmusic.com/


5 kwi 2017

Verwoed 'Bodemloos'

winyl'16
EP
Argento Records

Lista utworów:
1. Bodemloos
2. Een leven aan de oppervlakte
3. Leegte

Mający swoją siedzibę w Utrecht / Holandii jednoosobowy projekt Erika B., powstał w 2014 roku jeszcze pod nazwą Wouldloper. Pod tym szyldem wydano dwie pozycje: Epkę i singla. Nie znam przyczyn zmiany nazwy, ale rok później zostaje wybrana obecna nazwa. O ile słownik online nie zawiódł, to Verwoed można przetłumaczyć jako 'wściekle' a tytuł Epki jako 'bez dna'. Facet odpowiedzialny za całokształt muzyki udziela się także w Doom Metalowym Uur, może ktoś zna? Mi ta stylistyka jest praktycznie obca poza wszelakimi syntezami z takimi gatunkami jak Black czy Death. Takie pobratymstwa to ja rozumiem i wchodzą totalnie! Ale ja nie o tym, w kolejnym akapicie kilka słów o materiale 'Bez Dna'.
Zacznijmy od tego, że na materiał składają się raptem trzy utwory, ale całość trwa prawie 25 minut. Muzyka jaką prezentuje Verwoed została dla ułatwienia opisana jako Black Metal, jednak jest w niej znacznie więcej niż tylko ta stylistyka. 'Bodemloos' zaczyna się dość zdecydowanie, bez zastanowienia otwierający riff konkretnie kąsa i po chwili miażdży ciężarem. Powoli zaczyna narastać przytłaczająca atmosfera, wdzierają się nawet częściowo w terytorium Black / Death Metalu. Do pewnego momentu narastający niepokój, który teraz leniwie sączy się z głośników, teraz ciekawi i zaprasza swą oziębłością. Gdy Verwoed przechodzi na wolniejsze i bardzo hipnotyczne dźwięki z dużą ilością powtórzeń i dysonansów, muszę was zmartwić bo tak już pozostanie do końca wydawnictwa (pojawia się wyjątek w połowie 'Een leven aan de oppervlakte' utworu). Nie uważam tego za minus, bo klimat wciąż narasta by dosłownie budować wciąż pnącą się ku górze piramidę imponujących ale i zarazem bezwzględnie przygnębiających odczuć. W owych wolniejszych partiach masa jest zaczerpnięć z gatunku Doom Metalu, struktur które Erik wykorzystał i przerobił na oryginalną modłę. Riffy są dość rozmyte, stanowią jakby całość dźwięku którego doświadczamy. Nie jest to materiał łatwy w odbiorze, a poszczególne utwory nie stanowią osobnych rozdziałów w tej dotkliwej opowieści. Zauważyłem, że trudno tu wyłuskać pojedyncze partie. Wszystko ma tutaj odniesienie do poprzedniego lub następującego fragmentu czy nawet utworu stanowiąc druzgocący koncept pustki. Bo jak inaczej można interpretować 'Bez dna'? Kolosalna i złowroga gloryfikacja niebytu, bycia zawieszonym w bezsilności. I właśnie tym dobija muzyka Verwoed, pustką która wydaje się cholernie znajoma.
'Bodemloos' to materiał bezapelacyjnie dojrzały, przemyślany, poszukujący nowych terytoriów ekspresji. Aczkolwiek zostało to poczynione tak, by nie naruszać i nie kalać fundamentów głównej stylistyki jaką jest tutaj Black Metal. Może nie jest ona wyrazista, ale bezproblemowo można te elementy uchwycić. Szczerze polecam zapoznać się z tą Epką, bo w największym skrócie rzecz ujmując, jest to podróż w mroczną otchłań umysłu. Na dodatek sprawnie zinterpretowaną.

8,5/10

https://www.facebook.com/verwoed
https://verwoed.bandcamp.com/
http://www.argentorecords.com/


3 kwi 2017

Idolatry 'Visions from the Throne of Eyes'

CD'16
Album
Humanity's Plague Productions

Lista utworów:
1. Visions from the Throne of Eyes (Pt. I)
2. Thunder from the Depths
3. Satanas Häxan
4. Anachronistic Might of Spellcasting
5. Cathartic Expulsion of Shrieking Sorrow
6. Visions from the Throne of Eyes (Pt. II)
7. Tiamatic Winds
8. Illuminated Ominous Darkness
9. Imperator Nero Murmurationis Hortum

Pochodzący z Kanady Idolatry został założony w 2014 roku. Trzeba przyznać, że horda nie próżnuje bowiem ma na swoim koncie już cztery wydawnictwa. Poza omawianym debiutem albumowym mogą się pochwalić dwoma splity kolejno z Unrest i Kult ov Azazel oraz epką. To chyba tyle gwoli wstępu. Aha, po nagraniu tego albumu z zespołu odszedł wokalista Lörd Matzigkeitus, którego możecie znać z nowo powstałego Thy Sepulchral Moon. Przy okazji, jeśli nie znacie to warto ich sprawdzić. Wracając jednak do Kanadyjskiej bestii, poniżej słów kilka na temat ich pierwszego albumu.
Idolatry porusza się na polu Black Metalu, bez zbędnych udziwnień, rozwojowego podejścia czy innych niepotrzebnych eksperymentów. Stylistycznie ich muzyka skojarzyła mi się z Fińską sceną, zarówno wokalnie jak i w aranżacjach poszczególnych utworów. Wokale dość często schodzą do bardzo wysokich, wręcz skrzecząco-piskliwych partii. Zresztą jeśli uruchomicie sobie materiały takiego Nekrokrist SS, Sielunvihollinen czy Impious Havoc to wszystko stanie się jasne. Występują również wokale bardziej typowe ale też na wpół mówione oraz wyjące wysokie partie. I nic się ze sobą nie kłóci, dopasowane jest perfekcyjnie do danego fragmentu utworu. Kompozycje w dużej mierze są okraszone bardzo ostrą, może nawet i trochę przebojową melodyjnością. W swym surowym brzmieniu bardzo dobrze to współgra z granymi riffami. Ponad gitary wybija się bardzo dobrze sesja rytmiczna. Zarówno bas jaki i perkusja są selektywnie zarejestrowane w studio dzięki czemu dynamika albumu nie kuleje ani trochę. Moja słabość właśnie na tym polega, że poprzez wysunięcie dobrze słyszalnego basu uwielbiam być wręcz chłostany kolejnymi wściekłymi partiami niegodziwości jaka sączy się z głośników. A właśnie, zapomniałem wspomnieć na początku, że album otwiera przeciekające cierpieniem intro. Odegrane w całości na gitarze bez efektu, ze skrzeczącym monologiem gdy w tle pod koniec pojawiają się agonalne szlochy. Bardzo dobry wstęp, tym bardziej że kolejny utwór nakreśla w pełni przekrój z jakim Black Metalem będziemy mieli do czynienia. Opętanie, kompletnie oschła nikczemność, brud i surowa ciemność. Pomimo, że pozbawiony grobowej aury by nie wspomnieć o gruzie dźwiękowym, materiał ten jest cholernie zajmujący i uderza po pysku zdwojoną mocą autentyczności. Z każdym utworem nabierałem przekonania, że Idolatry wypluwa swą truciznę tak naturalnie jak czyni to wąż przy śmiertelnych atakach na swoje ofiary. Paraliżuje jadem, dozuje przy ostatnich konwulsjach kolejną grozę nieuniknionego. Ta właśnie niekryta pasja jaką można wychwycić z kolejnych utworów 'Visions from the Throne of Eyes' oraz przede wszystkim dojrzałość kompozycji (prostota i surowizna zaprezentowana w sposób interesujący to duże wyzwanie), pozwala stwierdzić, że z Idolatry będą ludzie. Jest nader dobrze, z polotem i totalnym mrokiem który zalewa myśli podczas obcowania z tym albumem. Warto nabyć.

8,5/10

https://www.facebook.com/idolatryblackmetal
http://www.hpp666.com/


1 kwi 2017

Raventale 'Transcendence'

CD'12
Album
BadMoodMan Music

Lista utworów:
1. Shine
2. Room Winter
3. Without Movement
4. Transcendence

Opisywany dzisiaj przeze mnie album solowego projektu z Ukrainy jest już szóstym z kolei, ale nie najnowszym długograjem. W 2015 ukazał się ostatni jak do tej pory 'Dark Substance of Dharma'. Jednak jako, że nie miałem jeszcze okazji przesłuchać tego materiału, padło na album który jest mi dobrze znany. Zdecydowanie nie jest to wydawnictwo którego słucham często lub wracam chociażby z sentymentu. Nie, ot po prostu uważam muzykę komponowaną pod szyldem Raventale za interesującą na tyle, by chociaż w jednej małej recenzji wspomnieć o tym projekcie.
Solowy projekt gościa ukrywającego się pod ksywą Astaroth Merc oscyluje na pograniczu muzyki Black i Doom Metalowej. Sporo tutaj atmosferycznego grania, budowania klimatu zarówno melancholijną melodyką gitar oraz pasaży klawiszy. Sam twórca określa swoją muzykę jako 'Atmospheric Blackened Metal' i w sumie jest to bardzo trafne określenie. Po pierwsze Diabła tu tyle co nic, czyli z samego założenia terminologia Black Metalu odpada. Po drugie, materiał strukturalnie jest tak zrobiony by uderzać klimatem i związanymi z nim emocjami - wielowarstwowość danych linii w utworach wykracza poza sztywne reguły tego gatunku. A po trzecie i w nawiązaniu do owego Doom Metalu, nie sądzę aby to było trafne porównanie. Owszem muzyka porusza się w wolno - średnich tempach (są też i szybkie partie, żeby nie było - chociażby w utworze 'Room Winter'), ale grobowego przybicia ja tutaj za nic nie wyczuwam. 'Transcendence' jest albumem o dużej sile hipnotycznej, duża część riffów jest transowa i to wprowadza właśnie odpowiednią atmosferę. Praca gitar w połączeniu z klawiszami buduje monumentalne partie, ma się wrażenie uczestniczenia zanikaniu pojmowania rzeczywistości. Nostalgiczny, melancholijny wymiar jaki otwiera swoją muzyką Raventale jest czymś zupełnie innym. Podniosłe partie mieszają się tutaj z smutnymi wręcz zawodzącymi partiami gitar które kojarzą się z 'Brave Murder Day' Katatonii. Można też zauważyć na każdym z utworów swego rodzaju nowoczesne (bardziej kojarzące się z mainstreamowymi zespołami) zagrywki, przerywniki - dosłownie kilka powtórzeń riffu i powracamy do pochmurnych bijących tęsknotą dźwięków. Szczerze powiedziawszy, przeszkadzają mi te elementy i burzą bardzo dobry klimat nagrania. Ale co zrobić, trzeba za każdym przeczekać cierpliwie. Utwory są długie, bo każdy trwa minimum 10 minut. Trudno by jednak nazwać je bogatymi w pomysły. Nie jest to absolutnie żadna wada. Owy klimat takiej nawet rzekłbym pochmurnej tępoty owianej melancholijnym rozżaleniem wymaga sporej ilości powtórzeń danych części utworu. I tak jest właśnie w przypadku Raventale, który snuje swoją muzyczną wizję. Daleki od jakiejkolwiek nudy, daleki od usypiania słuchacza zbędnym i wymuszonym patosem. Na koniec jeszcze wokale. Otóż, Astaroth Merc operuje bardzo dobrą skalą głosu. Jego wokale od wysoko wywrzeszczanych desperackich wręcz krzyków, przechodzą w donośne growle. Czas na podsumowanie.
'Transcendance' jest albumem zdecydowanie na plus. Obfituje klimatem, nie jest albumem nagranym usilnie by coś wydać, to po prostu słychać. Ma niestety swoje mankamenty. Oczywiście, jedni uznać mogą takie podejście jako pozytywne. Może i nawet nowatorskie. Ja jednak, stary dziad nie daję się złapać w tą sieć. Doceniam klimat, całokształt aranżacyjny i realizacyjny. Niestety takie 'nowości', te kilka fragmentów na płycie burzą mój odbiór płyty. Reszta, jak najbardziej bilans dodatni.

7/10

https://www.facebook.com/raventaleofficial/
https://solitude-prod.com/blog/lang/eng/category/badmoodman-music-releases/