26 maj 2017

Malhkebre 'Revelation'

CD'14
Album
I, Voidhanger Records

Lista utworów:
1. Multi Sunt Vocati
2. In Pulverem Reverteris
3. Hystérie révélatrice - Part I
4. Hystérie révélatrice - Part II
5. Dogma
6. To Become or Die
7. AMDG
8. The Truth Must Be Doubted for Victory
9. IHSV

Jakiś czas temu ukazał się debiutancki materiał Francuzów z Malhkebre. Sama horda powstała w 2002 roku i do dnia dzisiejszego nie może się pochwalić bogatą dyskografią. Poza opisywanym pełnym albumem wśród ich wydawnictw jest demo, epka i split z Aosoth. W skład wchodzą muzycy m.in. Sektarism, Vorkreist czy Merrimack. Trzeba przyznać, że materiał jaki został zarejestrowany na poczet tego wydawnictwa jest silnie uzależniający. Poniżej krótka recenzja owego wydawnictwa.
Okrutnie brzmiący, sięgający po nowsze rozwiązania, a zarazem nadal mocno tkwiący w korzeniach surowego Black Metalu - tak można by pokrótce opisać zawartość 'Revelation'. Z drugiej strony album ten czy raczej stylistykę Francuzów można zaliczyć do tzw. Ortodoksyjnego Black Metalu. Zacznę od kwestii, która według mnie jest tu warta uwagi. Mianowicie, mowa o lirykach do utworów, które to dwóch utworów zostały stworzone w Łacinie. Poza tym mamy oczywiście i angielski ale też i francuski język. Słucha się takiego zabiegu nader ciekawie, tym bardziej że spora ilość wokaliz jest wykonana w sposób umożliwiający bezproblemowe zrozumienie. Skoro już mowa o wokalach za które jest odpowiedzialny Eklezjas'Tik Berzerk, są one czymś mało spotykanym. Nie dość, że facet jak wspomniałem operuje bardzo czytelną w zrozumieniu techniką wokalną, to na dodatek sporo tutaj niespodzianek. Zawodzące głosy, agonalne pomruki, fałszujące inkantacje i wściekłe szczekanie krzykliwą tonacją robią tu swoją robotę. W zestawieniu z brzmieniem, które wydaje się być nader naturalne a słuchacz ma wrażenie jakby uczestniczył w próbie zespołu lub występie na żywo. To kolejny właśnie atut tego albumu. Realizacja dźwięku. Każdy z instrumentów mimo swej dużej czytelności danych partii w aranżacjach, uniknięto tutaj pójścia w plastikowe dźwięki. Zamiast tego, mamy naturalnie brzmiącą produkcję która dodaje animuszu całości 'Revelation'. Przejdźmy teraz do kompozycji od strony struktur utworów, bo dzieje się tu sporo. Całość materiału jest zarówno zaopatrzona w melodyjność ale także w cholernie surowe blastujące partie rodzące chaos. Jednak ta chaotyczność dodaje tylko opętania 'Revelation', swego rodzaju autentyczności pozbawionej elementów wymuszenia. Riffy potrafią bardzo szybko przejść z ciekawej ścieżki melodyjnej na bardzo prymitywne wręcz partie. Trudno tu zresztą mówić o poszczególnych partiach czy nawet rozkładaniu owych struktur na dane części, bo tym sposobem 'Revelation' nie może zostać zapamiętane. Nacisk położono na ciągłość, na koncept rytualności materiału i jako cały powinien być jako takowy traktowany. Równie ciekawie wypadły przerwy pomiędzy utworami. Mamy tu dla przykładu jęczącą histerycznie kobietę, której głos przechodzi w rozkosz lub głos powtarzający jedną frazę 'We must secure extinction of all the people and painful death to the children' a w tle słychać wybuchy bomb. 
'Revelation' brzmi jak nieokiełznana orgia zapomnianego przez cywilizację rytuału, gdzie pośród wilgoci, robactwa i smrodu stęchlizny w głębokiej jaskini, odbywa się ceremonia gloryfikacji ohydztwa i brzydoty. Materiał zdecydowanie nie dla wszystkich, ale ci, którzy się do niego przekonają, nie będą potrafili się uwolnić od tego obłędu. 

8/10



21 maj 2017

Cruz 'Culto Abismal'

CD'16
Album
Selfmadegod Records

Cruz to młoda ekipa z Hiszpanii, która początek swego istnienia datuje na rok 2013. Dwa lata od powstania zostaje nagrany pierwszy materiał zatytułowany po prostu 'Demo tape'. Rok później zostaje zarejestrowany i wydany ten potężny buldożer jakim bez wątpienia jest 'Culto Abismal'. Wydaniem tego materiału zajęły się aż trzy labele: wersja CD ukazała się przez Polską Selfmadegod Records, winyl i taśma dzięki Amerykanom z Sentient Ruin Laboratories oraz ponownie w lutym 2017 roku winyl wydaje tym razem Szwedzka To the Death Records. Trzeba przyznać, że jak na debiutujący zespół to niemałe osiągnięcie. Tym bardziej, że członkowie zespołu nie wywodzą się z innych, znanych hord (poza wokalistą, który grzebie na boku w bliżej mi nie znanym Phobonoid). Poniżej kilka słów na temat ich debiutanckiego albumu.
'Culto Abismal' to cholernie mocny kawał old schoolowego Death Metalu. Gdy tylko wybrzmiały pierwsze dźwięki gitar otwierającego 'Mundos disformes' poczułem się jakby ktoś włączył mi utwór Dismember z ich debiutu, no może najdalej z 'Indecent and Obscene'. W każdym razie, Cruz wpasował się idealnie w szwedzkie brzmienie i aranżacje, które kąsają przeokrutnie. Zanim przejdę do szczegółów, warto zwrócić uwagę na cholernie dobrą okładkę. Niesamowite wykonanie gdzie połączenie snującego się dymu z mnogością okrutnie świdrujących opętaniem oczu po prostu zabija. Czyjeś lub czegoś ręce trzymające ludzką głowę, w tle czaszka a wszystko jakby obrośnięte korzeniami pokrytymi ludzkim mięsem. Zresztą, sami sprawdźcie. Muzyka to kompletnie zjełczałe połączenie ohydztwa szwedzkiej melodyjności z początku lat '90-tych wraz z taką w sumie małą niespodzianką, bo Thrashem. Tego drugiego elementu jest tu naprawdę niewiele, ale zdarzają się chłopakom zapędy i rytmiczne riffy. Jest to zapewne miłe dla ucha urozmaicenie, nie powodujące obniżenia ani ciężaru ani bezpośredniości kompozycji. Osiem utworów, które znalazły się na 'Cult Abismal' tworzą w całości prawie 40-ści minut materiału, który z każdym odsłuchem coraz bardziej uzależnia. Nie ma tu przesady w tym co piszę, bo jeśli ktoś kocha stary Death Metal to zaręczam, że popadnie w obłęd z tym materiałem. Brudne brzmienie posypanych piachem gitar, riffy które po prostu miażdżą i są bliskie urwania głowy słuchaczowi. Melodyjność, ostra niczym kosa przeplata się z cholernym ciężarem wyrażonym we wspomnianej rytmice. Świetne growle, wokale które są złożeniem czci na ołtarzu Death Metalu wywodzącego się ze starej Szwecji. Dynamicznie i bez zbędnego pierdolenia, materiał dla prawdziwych maniaków.
Nie ma co za wiele wymyślać na zakończenie owych powyższych wypocin. Materiał doskonały, zajebisty w swej produkcji oraz aranżacjach. Hiszpanie nagrali bardzo dobry materiał, który niczym nie zaskakuje. Sama kwestia zaskakiwania dla jednych to temat rzeka, a wg mnie nie jest potrzebna w Death Metalu, niech pozostanie gatunkiem zamkniętym i szczelnym hermetycznie na nowoczesne trendy. Jeśli wielbicie stare dokonania tuzów ze Szwecji jak chociażby Dismember, Carnage, Interment, Centinex, Nihilist, Nirvana 2002 czy wczesny Entombed i setki innych... Nie ma co zwlekać - należne posunięcie to kupno tego albumu.

9/10

http://www.facebook.com/cruzmetalpunk
http://selfmadegod.com/
http://sentientruin.com/
ttd@tele2.se - mail do To the Death Records


19 maj 2017

Terra Australis 'The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth'

digi file'15
Album
Self-released

Lista utworów:
1. The God of Death
2. Consuming the Angels (Souls for Satan)
3. Across the Plain of Torment
4. Fire for the War God   
5. Drenched in the Blood of Eternal Warfare
6. The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth
7. The Hammer of Hell (Tribute to Hellhammer)

Jeżeli dobrze zliczyłem to 'The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth' jest już 5-tym pełnym wydawnictwem tej hordy. Zespół powstał w 2008 roku z inicjatywy Invisusa, który to do roku 2010 działał pod szyldem Terra Australis w pojedynkę. Dopiero na drugim albumie 'Slave to the Moon-Shadow', który tak jak debiut ukazał się właśnie w 2010 roku, szeregi zasilił wokalista, a rok później Horda ma w swoim składzie stałego perkusistę. W 2015 roku powstaje jak do tej pory ich ostatni album. Poniżej, opis tego co możemy znaleźć na tym albumie.
'The Weak Shall Inherit the Graves of the Earth' i zarazem jego stwórca mają jasny przekaz. Brzmi on następująco -> przypierdolić surowo i prymitywnie aż każdy zdechnie. Takie są moje odczucia, bo materiał jest wręcz przepełniony nienawiścią. Ta z kolei jest podana w prosty sposób, bez większych komplikacji i udziwnień. Otóż, forma jaką przyjęli Australijczycy jest bardzo bezpośrednia, okraszona pewną melodyjnością jednak bez większych przesad. Tak więc struktury utworów są nie tyle co rozbudowane ale dobrze rozciągnięte i świetnie balansują pomiędzy monotonią powtarzalności a długim budowanie klimatu. Równocześnie Terra Australis korzysta z prawa natychmiastowego chłostania kompozycją, wplatając bardzo sprawnie thrashowe naleciałości w chociażby zamykającym utworze. Piąty album posiada także dwa utwory które wplecione w całość materiału, dają wytchnienie. To instrumentalne, krótkie utwory. Brzmienie całości jest bardzo dobre, surowe i gdy zaczyna się geste i szybkie granie, materiał aż trzeszczy i dudni. Tak wiem, że w dzisiejszym 'metalu' jak coś nie wali cukrem to powinna być jednoznaczne z gównem. W sumie lubię gówno, tak więc purystów brzmienia odsyłam po nowe produkcje popłuczyn z mainstreamu. Właśnie i tu chyba trafiam w sedno, bo poza nienawiścią album cuchnie namacalnym ściekiem, który można z dużą łatwością wylać na dzisiejszy świat. Kolejnym atutem są wokale, wysunięte na przód i wrzeszczące pełnym jadu kipiącym dosłownie wymiotem. I zdecydowanie nie jest to odkrywcze granie, setki czy tysiące takich materiałów istnieje w najdalszych zakamarkach podziemia. Szkopuł jednak w tym, że wolę tak autentycznego Black Metalu słuchać godzinami niż próbować rozszyfrować zawiłości dziwacznych tworów na które jest dzisiaj moda by wzdychać i się nad nimi spuszczać.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele jest takich hord jak Terra Australis. Zdaję sobie również sprawę z tego, że jak to niektórzy twierdzą, te zespoły nic nie wnoszą nowego do muzyki. Przede wszystkim zdaję soebie jednak sprawę z tego, że prymitywny i surowy Black Metal nie jest polem do eksperymentów. Australijczycy czują ten gatunek, słychać że jest to muzyka tworzona z pasją i cholernym oddaniem. Tu nie potrzeba udoskonaleń. Materiał jest bardzo dobry w takiej formie.

8/10 



16 maj 2017

Nox Formulae 'The Hidden Paths to Black Ecstasy'

CD'16
Album
Dark Descent Records

Lista utworów:
1. NOXON
2. The Shadow Smoke
3. Nahemoth Death Plane   
4. Voudon Lwa Legba
5. The Dark Brother
6. Yezidic NOX Formula
7. O.D. Dominion
8. Hidden Clan NXN - Pt 1: Eleven Rays of Sorat, Pt 2: Black Magic Assault
9. XONOX

Pochodzący z Grecji Nox Formulae zadebiutował zeszłego roku pod skrzydłami Dark Descent Records. Żadnych oficjalnych taśm demo, promow czy choćby epki - od razu papiery z niebyle kim i oto mamy pełną płytę. W sumie w dzisiejszych czasach taka sytuacja nie dziwi. Pozmieniało się wiele, w tym i zasady jakimi rządzi się obecnie underground. Tak więc by nie wdać się w dalsze biadolenie zapraszam do poczytania o debiucie Greków.
Formuła Nocy, bo tak chyba można przetłumaczyć nazwę zespołu, para się Black Metalem który można zaliczyć do kanonu ortodoksyjnego. Zacznę od tego, że pozycja ta jest bardzo ciekawa i jedną z tych o której po odstawieniu na półkę tak szybko nie zapomnicie. Co więcej, będziecie bardziej niż zmuszeni do kolejnych odsłuchów. Po prostu do takich albumów się wraca (mowa tutaj w kontekście odbiorców BM). Zacznijmy od brzmienia, które trochę rozmyte nie należy do tych najbardziej agresywnych / dynamicznych. Począwszy właśnie od dźwięku, poprzez kompozycje, a skończywszy na otoczce i tajemniczości tej hordy, Nox Formulae stawia na atmosferę. Przejdźmy zatem do utworów i ich budowy zaczynając od temp. Pomimo, że zespół porusza się we wszystkich z możliwych, jakiego z temp byśmy nie usłyszeli, i tak mam wrażenie że wciąż jestem świadkiem zapomnianego rytuału. Że nadal cała wizja jest rozmyta przez swego rodzaju narkotyczność przekazu, że bez wdzięku i idyllicznie pochłaniam sobą ową atmosferę. Noktambuliczna aura wymieszana z sekretami nocy. Struktury utworów są dość zróżnicowane. Nie uświadczymy tu wielu powtórzeń tej samej partii, choć i takie występują. Bardzo ciekawie jest zrobiona ścieżka gitar, bowiem często słychać dwa rejestry prowadzące bez wyraźnego tzw. tła w postacie gitary rytmicznej. I mimo tego, album nie wpada w zawiłość dziwnych melodii, niepotrzebnych udoskonaleń. 'The Hidden Paths to Black Ecstasy' słucha się jednym tchem, tu nie ma przestoju. I mając na uwadze to, że każdy z utworów istnieje bezproblemowo z osobna, to jednak dopiero w całości i kilkukrotne przesłuchanie tego materiału daje jego pełen obraz. Niczym owa pajęcza sieć z loga, ta muzyka oplata, unieruchamia i powolnie dusi wdzierając się w najdalsze pokłady rozsądku. Na koniec mała ciekawostka, w skład wchodzi aż trzech wokalistów i to naprawdę słychać. Tak jak w przypadku riffów gitar i tutaj mamy olbrzymią różnorodność wokalną, chociaż zwolennicy czystych śpiewów mogą pakować walizki - są ograniczone do minimum. Jednakże to w moim mniemaniu bardzo dobrze, cała sztuka jest bardziej bezpośrednia lecz nadal silnie lunatyczna.
Grecy stworzyli naprawdę kawał solidnej muzyki spod znaku Black Metalu. 'The Hidden Paths to Black Ecstasy' to materiał na którym dzieje się naprawdę wiele i do którego warto powracać by odkrywać na nowo ów rytuał. Nie uświadczymy tu solidnego wpierdolu, ale ten debiut to cholernie mglista i chorobliwa sztuka bazująca na przede wszystkim igraniu ze świadomością słuchacza. Na wwiercaniu się w nią. I szczerze, wychodzi im to nader dobrze.

9/10

http://www.facebook.com/NoxFormulae


13 maj 2017

Battle Dagorath 'I - Dark Dragons of the Cosmos'

CD'16
Album
Avantgarde Music

Lista utworów:
1. From the Black Sun's Fire
2. Phantom Horizons Beyond
3. Return to Gates of Dawn   
4. Through the Rite of the Stars
5. Transfixion of the Spheres
6. Psychic Abduction

Zeszłego roku ukazał się czwarty już album Amerykańskiego projektu Battle Dagorath. Co prawda, źródła obecnie traktują ten twór jako 'międzynarodowy' z racji dołączenia do składu po pierwszym albumie Christopha Zieglera znanego bardziej pod pseudonimem Vinterriket. Niemiec, rezydujący obecnie w Szwajcarii znany jest wielu osobom ze swojego Ambient projektu, przez który to niejednokrotnie przewijały się motywy Black Metalu. Facet jest odpowiedzialny za instrumenty klawiszowe na wszystkich wydawnictwach projektu, poza, jak już wspomniałem, debiutem. Zapraszam na jakże interesującą, nostalgiczną a zarazem separującą od świata zewnętrznego podróż po kosmicznych zaświatach.
Na 'I - Dark Dragons of the Cosmos' skałda się sześć utworów. Otwierający jak i zamykający utwór to wersje instrumentalne i pełnią tutaj funkcję intra i outra. Pozostałe cztery, to bardzo rozbudowane komozycje trwające ponad 11 minut każdy. Dzięki temu zabiegowi wkraczamy w muzyczną wizję Black Sorcerer Battle, który to od początku hołdował szkole Black Metalu połączonej z Ambientem i nastawionej w jak największej mierze na atmosferę. Muzyka ta trąci jakby oniryzmem, rozmywa się kołysząc. Jednak nie należy zapominać, że jest ona zarazem bardzo dynamiczna i agresywna. Taki kolaż, zestawienie balansuje poprzez długość trwania albumu i żadna z tych cech nie obejmuje prymu. Gdybym już musiał porównać, z jakim to zespołem kojarzy mi się najbardziej stylistyka prezentowana przez Battle Dagorath, wskazałbym zapewne Darkspace ze Szwajcarii. Wiem, że muzyka obu tych zespołów to zupełnie inne oblicza Black Metalu, jednak podobieństwa w kreowaniu klimatu są zbliżone. Na poprzednich wydawnictwach Battle Dagorath poza owym obliczem związanym z kosmosem, hipnotyzował przede wszystkim chłodem kompozycji i kreował atmosferę mroźnych, oddalonych i zapomnianych krajobrazów niedostępnej Natury. Obecnie nacisk jest nastawiony na szybkie partie perkusji z pojawiającymi się co jakiś czas zwolnieniami, ścianę gitar wspomaganych monumentalnymi partiami klawiszy. Mogę się przyczepić do wolniejszych partii, gdzie prawie za każdym razem słychać mocno terkoczące stopy. Momentami jest to męczące, przecież bez tego ta muzyka również była by czymś naprawdę niesamowitym. Wokale, typowe jak na Black Metal z wysoką manierą 'skrzeczenia'. Sporadycznie pojawiają się chórki, ale głównie mamy do czynienia z właśnie takim lekko monotonnym wokalem. Prawie 50 minut muzyki, obcowania z wyższą siłą przepastnych galaktyk i monstrualnych przestrzeni.
'I - Dark Dragons of the Cosmos' to potężna płyta. Jej wielkość drzemie w zbudowanej atmosferze, klimacie i bogactwie strukturalnym. Ci, którzy lubują się tylko i wyłącznie w napierdolu zapewne nie sięgną po ten album. Battle Dagorath stworzył album, który zachwyca, poraża swym ogromem i hipnotyzuje swą ekspresywnością.

9/10

http://www.facebook.com/BattleDagorath
http://www.avantgardemusic.com/


11 maj 2017

Angelgoat 'Primitive Goat Worship'

CD'17
Album
Grom Records

Lista utworów:
1. Vecna Slava Satani
2. Pentagram Ritual Massacre
3. Under the Satanic Oath
4. Sabbath 666
5. Primitive Goat Worship
6. Arising from the Black Mass
7. Unholy Horn Impalement
8. Zora Antihrista
9. Eternal Damnation of Christianity

Angelgoat pochodzi z Serbii i w czeluściach undergroundu z którego wychylał sporadycznie swój łeb z kolejnymi wydawnictwami. Przynajmniej tak było w pierwszym okresie istnienia projektu, bo należy wspomnieć tutaj, że w roku 2008 została przerwana działalność. Pośmiertnie ukazał się jeszcze debiutancki album i słuch o tym zacnym pomiocie zaginął. Owszem, w międzyczasie ukazywały się jakieś pojedyncze utwory na różnych wydawnictwach kompilacyjnych. Jednak w tym okresie zespół był martwy. W 2015 roku, Unholy Carnager, obecnie jedyna persona odpowiadająca za muzykę w Angelgoat, wznawia działalność. Wpierw w 2015 roku ukazuje się demo w limicie 66 sztuk 'Antichristian Storm Desecration'. Następnym wydawnictwem jest opisywany właśnie, drugi album. Poniżej słów kilka o 'Primitive Goat Worship'.
Angelgoat już na pierwszym demie 'Angelgoat' zaznaczył w jakiej stylistyce będzie się poruszać. Trudno tu nie odgadnąć, że jest to surowy i prymitywny Black Metal. Jeden rzut okiem na okładkę, na tytuły utworów i mamy gotową odpowiedź. I tak jak bardzo wraz z samą nazwą projektu są sugestywne i dwa wspomniane elementy, tak jest i z samą muzyką. Prosto, bez zbędnego mieszania i zapożyczeń z innych gatunków. Po prostu pieprzony do cna Black Metal, który hołduje starej norweskiej szkole. Przede wszystkim górują szybkie tempa. Jest cała masa partii, gdzie muzyka Angelgoat prze naprzód niczym nieokiełznana siła Natury, nie do powstrzymania. Surowe brzmienie gitar wzbogaca te odczucia, czyniąc materiał jeszcze bardziej przekonywującym. Słychać jedynie efekty nałożone na perkusję, szczególnie tomy, ale nie jest to rażące. Są jednak i takie fragmenty jak choćby na 'Sabbath 666' (kurwa, genialny tytuł w 100% korespondujący z muzyką), gdy do owej chłosty trzeba poczekać. Unholy Carnager powoli, średnim, miarowym tempem buduje przekaz. Są dosłownie śladowe ilości, dosłownie niczym strzępy gitar solowych. Wydawać by się mogło, że takie partie tylko będą się kłócić z całokształtem Black Metalu Serba, ale jednak nie. Dodają nawet jeszcze większego odczucia prymitywizmu, wstrętu, takiego muzycznego syfu (w dobrym słowa znaczeniu). Nad wszystkim górują skrzeczące, ochrypłe wokale. Ten nośnik / przekaźnik Zła jest tutaj wręcz idealny. Bez efektów, bez poprawiania.
Nowego albumu AngelGoat słucha się wyśmienicie. 'Primitive Goat Worship' okrutnie poniewiera słuchaczem. Ci, którzy szukają starego grania, totalne hołdu dla starych dni czasów demówkowych, ten album jest dla was. Surowo, prymitywnie, obskurnie. Nic więcej mi nie potrzeba.

8,5/10

http://www.angelgoat.net/
https://www.facebook.com/angelgoat/
http://www.gromrecords.net/